26 kwietnia 2019 roku, godz. 10:34

***

mój przyjaciel z dzieciństwa
i jego młodsza siostra

on pucołowaty radosny
z uniesieniem na życzliwej twarzy
wymawia moje imię chwyta za ramię
na jego policzki wzbiera rumieniec
ona - mała dziewczynka z wadą wymowy
rozbujana na huśtawce
odpycha się klapkami od ziemi
ciepły wietrzyk chwyta w locie jej chichot
ozdabia nim balkony jak wiszące ogrody

przychodzi ich ojciec
spokojny opanowany
mówi że czas wracać
śmieje się dobrodusznie

niedługo potem
w awanturze domowej
przebije matkę nożem
i wyskoczy z trzeciego piętra

spadnie pod moje okno
a moi przyjaciele odejdą
nikt z nas o śmierci
wtedy jeszcze nie rozmawiał

marka piotr
 27 kwietnia 2019 roku, godz. 23:42

Początek kapitalny, ten opis. Całość oczywiście ciekawa i na nasze czasy.

Adnachiel Adnachiel
 27 kwietnia 2019 roku, godz. 19:03

I to jest właśnie tchnienie tej prawdziwości, którą spotkać w tym miejscu coraz trudniej.
Szczęście, mamy jeszcze Twoje wiersze.
Warto wracać do Twoich tekstów. Warto się w nie wsłuchać.
Ave bracie! :)

truman Kamil
 26 kwietnia 2019 roku, godz. 12:54

Kompletnie bez nadziei, bo ludziom szczęście nie wystarczy

fyrfle Mirek
 26 kwietnia 2019 roku, godz. 12:50

Pięknie opowiedziana dramatyczna historia rodzinna i koleżeńska, raczej pytająca, choć chyba bez nadziei na zwrot akcji całej ludzkości w kierunku spokojnego szczęścia z dużą dozą często podawanej rozkoszy,

truman Kamil
 26 kwietnia 2019 roku, godz. 12:44

i autentyczne, niestety

chrupcia Ania
 26 kwietnia 2019 roku, godz. 12:26

Jakie to jest smutne, a jednocześnie niesamowite..