1 listopada 2011 roku, godz. 14:43

chcę przestać

Wtedy jeszcze nie wiedziałam.Wszystko było dla mnie takie nowe.Przerażające i niepewne,ale jednocześnie ekscytujące.Nie bylam pewna,czy to, co robie
ma jakis sens.Czy to ma przyszlosc i czy moje poswiecenie bedzie przez niego docenione.Czy ten bol,ktory towarzyszyl mi podczas zegnania moich przyjaciol i zostawiania ich w Iławie, bedzie mnie i im w jakichs sposob pozniej zrekompensowany. Byly dwie opcje-albo Opole bedzie moim wybawieniem i strzalem w dziesiatke albo...albo bedzie moim przeklenstwem.Gdyby mozna bylo nazwac stan pomiedzy i znalabym to okreslenie ,to wlasnie nim nazwalabym stan ostateczny.Chociaz czy ostateczny?Bo moze sie przeciez jeszcze cos wydarzyc,moze sie jeszcze cos zmienic?
Mam zyc zludna nadzieja,nastawic sie na myslenie pozytywne,bo takie myslenie przyciaga zawsze dobre rzeczy czy z drugiej strony nie zapeszac"pozytywnym mysleniem",odpuscic sobie?Probowac zmienic zaistniała sytuacje,starac sie odwrocic los na lepsze czy nie robic
nic i udawac zimną suke?A może wcale nie udaje?Może nią jestem i dlatego odrzucam tym facetów?Oni nie lubią zimnych suk. A ja nie byłam nią zawsze, tylko sie nia stalam.I to sie chyba stało w lutym.Przyjelam taka poze, by nie zostac skrzywdzona.Bo wtedy 28 lutego,dzien przed moim pierwszym dniem na uczelni przeprowadzono ze mna rozmowę-tak wlasnie-przeprowadzono,bo ja niewiele w niej uczestniczyłam. Praktycznie nie miałam w niej prawa głosu,a jeśli nawet bym go miała to nie wiedziałabym jak go wykorzystać.Byłam tak zszokowana,że wtedy nawet zapomniałam jak się płacze.Jak to?mam tak po prostu wylać łzy?Gdzie mialabym je wylac i po co?Tylko bym się ośmieszyła,a ja nie...Ja chcialam udawac,że mnie to nie dotknelo,ze przeciez takie rzeczy się zdarzają,ze sa naturalne i w ogole to mnie to nie dotyczy…"zły człowiek,który robi złe rzeczy"- tak uargumentował fakt,iż nie możemy być razem.Śmieszne.Przecież nie jemu to oceniać.Nie mowi się o sobie:"jestem złym czlowiekiem i robie zle rzeczy.Kto mialby odwage tak o sobie powiedziec?Albo wlasnie nie.To z braku odwagi,z tchorzostwa,by nie musiec brac za mnie,za nas odpowiedzialnosci.Nie możemy się w to angazowac i to nic,ze to było piekne,ze jakis czas już to trwalo,ale ja cie ostrzegam,ze jestem zlym czlowiekiem, chce Cie przed soba uchronic,bo nie chce cie zranic.Ach taaak....jaki ty wspanialomyslny jestes.Faktycznie no.Bo to co powiedziales wtedy rozbawilo mnie,totalnie. Nigdy nie slyszalam zabawniejszej satyry.A gdzie morał?Wlaśnie w zimnej suce.

Rozmawiamy ze sobą…zwyczajne rozmowy w stylu co u niego co u mnie. Czasami są jakies podteksty,ale zarówno on jak i ja wiemy,że to są tylko nic nie znaczące słowa,ze nigdy nie będziemy razem na serio.On mnie bardzo lubi, dlatego jest dla mnie taki,bo po prostu uwielbia ze mna rozmawiać.Bo jestem prawie taka jak on,smiesza nas te same banały i paradoksalne zachowania ludzi. Jesteśmy zwyczajnie cud miód przyjaciele.Noo bomba po prostu!Tylko,ze ja wciąż mam nadzieje,ze za jakiś czas będzie to wyglądać inaczej.Ale nadzieja matka glupich nauczyla mnie,ze jak cos sobie zaplanujesz to będzie na odwrot.Nie chodzi tutaj o obranie sobie jakiegos celu i dazenie do niego,bo to już inna sprawa,ale zwyczajne planowanie nie wychodzi.Zycie weryfikuje plany i zawsze jest na odwrot niż to sobie wczesniej zamierzylas.
Zostaje sama na ponad tydzień w domu i chce do mnie przyjechać.Tylko,ze ja wiem,co się wydarzy, kiedy on tutaj przyjedzie.I podświadomie do tego dąże.Bardzo chce,żeby tutaj był ze mną.Chce czuć bliskość jego ciała,chce go dotykać, czuć jego zapach i oddech na swojej skórze. Chce, byśmy leżeli razem na dachu w ciemną noc i wgapiali się durnie w gwiazdy. Chce, żeby śmial się ze mnie i mowil mi,że mam kukunamuniu bo on uwielbia to mowic,a ja tego sluchac,Chce,zeby siedzial na moim krzesle jedzac naleśniki,które obiecałam mu zrobic i żeby schlapywal ze swojego umytego ciala wode na moje łazienkowe płytki i żeby spał w moim łóżku ze mną.I tak bardzo mocno przytulił mnie, przed tym jak zasne i rankiem jak się rozbudzę.Tak bardzo go kocham,że ta miłość urasta do ogromnego bólu, który mnie nęka i powoli zabija. Miłość,która zabija.Strasznie banalny paradoks.Możnaby ubawić się po pachy.
Tak bardzo chciałabym się z tego śmiać.I żeby to nie była prawda, że on jest dla mnie całym światem. I nic nie wskazuje na to,żeby miało się to zmienić.

Imponuje mu, bo jestem silna. Podziwia mnie, bo jestem pewna siebie i mimo tego, ze na chwile obecna mam dosyć przerąbane,bo czuje się rozdarta pomiedzy jedną a drugą prawdą, że cholernie nie wiem jak mam postąpić,że musze stoczyć ze sobą walke i musze ją wygrać to pomimo tego wszystkiego jestem na tyle silna,ze mu imponuje.I poradze sobie ze wszystkim,bo on we mnie wierzy. Najzabawniejsze jest to,że on tak doskonale mnie rozumie i ze za kazdym razem,kiedy mam zly dzien i kiedy w siebie zwatpie on skutecznie mnie podbuduje. Boże, dlaczego zawsze najtrudniej kochać jest tych, którzy sa ci najblizsi na swiecie? Ale widocznie musi być tak,ze on ma pozostać moim przyjacielem. Bo to przyjaciele sprawiaja, ze czlowiek ma wrazenie,ze dostal skrzydeł i może przelecieć cały glob 5 razy dookoła. Tylko zostaje jeszcze miłość.Co z nią?Do kosza?Bo jemu jest to zbędne, ale ja sobie nie wyobrażam żyć bez niej. Wyzbyć się jej i żyć z dnia na dzień?Jak ma to wyglądać, skoro jest ona dla mnie sensem wszystkiego. Wszystkiego, co wbudza we mnie emocje, co podziwiam, co oglądam i czego słucham. Przepraszam.Przepraszam,że tak Cie kocham.

Sheldonia Laura
 1 listopada 2011 roku, godz. 15:41

Jak dla mnie za dużo błędów ortograficznych, by czytać to do końca.