23 maja 2020 roku, godz. 19:29 1,9°C

Truskawki prosto z krzaka i inne atrakcje

Wtedy to — tym bardziej w tak małej wioseczce — nie było praktycznie żadnych atrakcji, jak to się dziś nazywa. Atrakcje tworzyliśmy sobie sami. Dlatego dziś jest co wspominać.

Wystarczyło, że trochę popadał deszcz w ciepłym i letnim dniu, i tworzą się kałuże na pięknej, świeżej i zielonej trawce. I już pomysł mieliśmy, aby na bosaka, w samych majtkach i ewentualnie koszulce, ślizgać się na stopach, na tyłku, na plecach i na czym się akurat wyłożyło. Frajda na całego. Poślizg był genialny. Kałuża z deszczu, mokra, zielona trawa, nart nie trzeba ani żadnego smarowania środkami do poślizgu. Mogliśmy tak całymi dniami. I jak tu nie stwierdzić, że właśnie w takich akcjach tworzyły się więzi i dlatego zostaje w pamięci to wszystko, co działo się trzydzieści lat temu. Tak krótki okres w Białej, a tyle wspomnień. Musiało być zajebiście, aby to wszystko zostało w głowie do dziś. A może brak zaników pamięci???

Mam takie szczęście, że mogę to przelać na strony owej książki.

Dosłownie wczoraj miałem okazję zjeść świeżą truskawkę prosto z krzaka (Brzezina koło Brzegu, województwo opolskie, 6 czerwca 2017 roku). Wtedy to mieliśmy takie okazje codziennie — w sezonie truskawkomanii. Tata Moniki i Tomka Maciongów posiadał kawał solidnego pola, na którym zasadzono truskaweczki. W sezonie mogliśmy zbierać, zarabiać pieniądze, no i — rzecz jasna — najeść się do syta świeżych i wspaniałych truskawek. Nie myśleliśmy wtedy, aby jak najwięcej zarobić. Najwięcej to raczej ich zjadaliśmy. Smaczne były. Niemyte przed spożyciem, ale nikt wtedy nie zwracał na to uwagi. Nic nikomu się nigdy nie stało. Po zjedzeniu nasze organizmy, pełne witamin, dalej do późnego wieczora heja odyseja — bieganie za piłką i bez piłki. Z celem i bez celu. Wybiegać się, paciorek, siku i spać.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Paweł L., gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.