20 października 2020 roku, godz. 12:40

RETROSPEKCJA 3

W lasach pszczyńskich dobrze się myśli i rozważa. Sam przejazd przez nie jest medytacją, modlitwą i opowiedzeniem się po stronie Boga. Przejeżdżamy przejeżdżając przez te lasy przez miejscowość Kobiór, a tam w tamtejszym kościele rekolekcje głosił kilka tygodni temu ksiądz Adam Szustak, co na pewno świadczy o wielkiej otwartości i odwadze tamtejszego proboszcza. Tradycyjny Kościół Katolicki jest pełen obaw, że ojciec Szostak tak bardzo nie pasuje do polskiego typowego księdza i wiernego, że wcześniej czy później odejdzie z Kościoła i wyrwie z tacy te prawie siedemset tysięcy katolików, którzy subskrybują jego kanał internetowy "Langusta na palmie" i co gorsza boją się hierarchowie, że może on założyć swój własny kościół, jak zrobił to ksiądz Natanek.

Od ojca Adama Szustaka myśli jednak prędko cofają się do czasu, kiedy to do naszej leśnej osady nie za bardzo chciał na kolędę przyjechać ksiądz, bo żądał podwody, a dla czterech rodzin o niskim statusie majątkowym nie chciało mu się tracić znacznej części dnia. Zresztą i tak pozostawały w domu i czekały na księdza tylko mama i siostry oraz ojciec, a my chłopaki ni stąd ni zowąd znikaliśmy. Były ważniejsze sprawy, jak na przykład wspominają przeze mnie wcześniej karpina. Karpina, to stare korzenie drzewa, które tkwiły w ziemi kilka kilkanaście lat. Dwóch sąsiadów miało konie i oni wyrywali końmi te stare korzenie. Układali je potem w metry przy lasach i młodnikach. Karpina była znakomitym materiałem opałowym, bo kumulowała w sobie mnóstwo żywicy. Była materiałem dla przemysłu chemicznego, farmaceutycznego i kosmetycznego. Za wyrywkę karpiny zrywkarze dostawali sowite wynagrodzenie.

A my? Po zrębie przychodził maj i czas sadzenia. Sadziliśmy dużo, więc znowu nie chodziliśmy do szkoły. Za sadzenie drzew mieliśmy bardzo dobrze płacone przez nadleśnictwo. To jedna z najlepiej opłacalnych robót do dzisiaj w lesie. Dostawało się od leśniczego szpadle i kostury, i robiło się nimi wgłębienia do których wsadzało się sadzonkę i specjalną techniką operowania tymi narzędziami dociskało się je glebą, aby korzenie mogły czerpać wilgoć z ziemi. Moje nasadzenia mają dziś 30 - 40 lat. W zasadzie drzewo posadziłem tysiące drzew, mam syna i stworzyłem domy, ale nie wybudowałem żadnego.

Potem przychodziło lato i na zrębach obsadzonych sadzonkami zaczęła rosnąć pewna wysoka trawa, nawłoć, rudbekie i paprocie, które poyrafiły zagłuszyć sadzonki drzew i wtedy ponownie do akcji wkraczaliśmy między innymi my - dzieci pilarzy i drwali oraz innych robotników i chłopo - robotników. Dostawaliśmy od leśniczego te kosy z krótkim ostrzem, osełkę i babkę do klepania kosy. Mając kilkanaście lat umiałem już dobrze wyklepać kosę. Nauczyłem się od ojca, któremu przez wiele lat asystowałem przy klepaniu kosy do żniw, czy koszenia łąki na siano dla krów, owiec i królików oraz świnek morskich, bo i taką hodowlę mieliśmy. Z wyklepaną kosą jechało się rowerami na uprawę i tam skręcało kosę do kosiska. No i kosiło się bardzo ostrożnie, starając się nie skosić stożków wzrostu młodziutkich roślin. Przeszkodami były gniazda os i szerszeni. Stąd też gumiaki, grube spodnie drelichowe w naszym stroju oraz kurtki kangurki. Kosiło się i co kilka metrów przystawało i rozglądało się, czy nie weszło się w gniazdo os lub szerszeni. Szliśmy zazwyczaj w trzech braci w odległości kilka metrów i jeden drugiego asekurował. Gdy któryś zobaczył rozjuszony rój, dawał hasło do ucieczki. Mieliśmy sokole oczy i w powietrzu potrafiliśmy wypatrzeć lecące szerszenie i odprowadzaliśmy je wzrokiem aż do gniazd. Podchodząc nie drażniliśmy ich, tylko kilka metrów przed gniazdem zaprzestawaliśmy koszenia i kosiliśmy znowu kilka metrów za gniazdem. Do koszenia upraw wyjeżdżało się przed świtem i kosiło się gdzieś do dziesiątej rano, bo potem był skwar. Na uprawy wkraczaliśmy około piątej popołudniu i kosiliśmy do zmierzchu. Piliśmy swoją herbatę z domu w butelkach po jabcokach, którym szyjki korkowaliśmy substytutem korka, czyli gniecioną w korek gazetą codzienną. Potem w drugiej połowie lat osiemdziesiątych leśniczy dawał nam skolko godno grodziskiej wody mineralnej. Czasem kupowaliśmy sobie oranżadę, a czasem te legendarne bączki z namysłowskimi piwami - rycerskim i zamkowym. Piękne lata. Naszą pracą uzupełnialiśmy skromny budżet, którym była ojca renta i to co mimo chorych płuc odrobił jako drwal w lesie, czy stróżując na budowach, których inwestorem było nadleśnictwo.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.