24 października 2010 roku, godz. 4:39 4,0°C 1

R.

Ten czas przedsenny. Ten czas przed snem wspaniały, lekki, dziwny, niosący ze sobą świat cały. Ten czas przed snem wspaniały, który nocą przychodzi, który późną nocą – nocą wieczorną przychodzi i porywa człowieka całkiem, człowieka ogarnia całkiem – zupełnie. Od lewej do prawej strony, a potem od prawej do lewej strony człowieka ogarnia.

Piękny ten stan! Pięknie może człowieka ogarnąć zupełnie przed snem. Ale może być też straszny ten stan. Jak wczoraj nocą. Stan przedsenny-myślowy, mnie strasznie ogarnął. Nie mogłem przez ten stan spać wcale. Do czwartej albo i do piątej nie spałem. Cały tydzień planowałem w tym stanie. Siedem dni w kilku godzinach upchałem.

Minuta po minucie, sekunda po sekundzie. I potem, chwilę potem, to wszystko upadało, to wszystko rozsypywało się w mak czarny, w ziarenka tego maku. Dopadał mnie wtedy smutek ogromny, dopadał mnie, gdy na te ziarna maku patrzyłem. A z tym smutkiem tym jakaś cichość mnie ogarniała. Cichość, która po stanie przedsennym-myślowym przychodzi. I już miałem nadzieję usypiać. Już miałem nadzieję upadać. Zatapiać się w objęciach cienia. Uciekać z objęć światła. Już miałem nadzieję wygrywać z tym stanem przedsennym-myślowym, ale nie wygrywałem. Przegrywałem. Nie usypiałem, bo znów zaczynałem ziarna maku czarnego układać… Sekunda po sekundzie, minuta po minucie. Od nowa… W kółko!

Tak, jak w kółko teraz, czyli w miejscu ciepłym i miejscu miejskim, miejscu ulicznym, w takim schowku ulicznym, obracam kubkiem kawy. Tak, jak teraz ten kubek kawy jest przeze mnie w kółko lewą ręką obracany, a prawą piszę. Piszę abstrakcje. Piszę abstrakcyjne wobec świata wyrzuty sumienia i bardzo zmęczonym się czuję. Może to po nocy bezsennej, pełnej stanu przedsenno-myślowego, a może to przez ludzi. Przed chwilą jakaś dziewczynka z kartką zapisaną jakimiś prośbami „bla bla bla” prosiło mnie o pieniądze. To wyglądało tak mniej więcej:

Piszę. Przed sobą mam kartkę z tym wyrzutem abstrakcyjnym, już prawie skończonym. Dalej mam tacę z cheeseburgerem zwanym tak z angielska, a z polska, to by była po prostu bułka z kotletem i serem, na ciepło. Z angielska prościej i bardziej oczywiście brzmi. Choć w mowie codziennej trochę gryzie ta angielska forma. Trochę jest nie miła. Trochę miło jest powiedzieć po polsku, kotlet z serem żółtym, na ciepło w bułce. Trochę miło byłoby na ten przykład z jakimś specem od marketingu się dogadać i zamiast cheeseburger mówić, ser-burger. Czemu nie? Ale za dużo o nazewnictwie bułki z angielska zwanej cheeseburger. Wrócić do stolika i do mnie, który siedzi przy stoliku, kończy pisać manifest abstrakcyjny, popija kawę małą, czarną i bez cukru i czeka, aż mu cheeseburger ostygnie, bo uwielbia jeść go na zimno. Kiedy tak czeka, dziewczynka rzuca mu przed oczy kartkę. Białą, wydrukowaną, taśmą klejącą bezbarwną zaklejoną z tyłu i z przodu dla trwałości. Jakieś słowa na niej…

„Jestem z Mongoli, zbieram na bla bla bla (…). Proszę o każdy grosz.” – tekst kartki klasyczny, jak to zwykle bywa.

Zastanawia mnie, nie od zawsze mnie to zastanawiało, ale od niedawna zastanawia mnie fakt żebrania o pieniądze. Nie samego żebrania, bo żebranie same w sobie jest złe i niegodne człowieka, ale żebranie o pieniądze jest jeszcze bardziej niegodne. Zastanawia mnie to, że im nie wstyd prosić o grosze. Że nie proszą o życie, które za te gorsze, ktoś inny mógłby im dać. Ah… Głupota świata.

Wracając do dziewczynki. Nie obrażając jej korzeni, ale jej mongolskie cechy twarzy dawały mi pewność, prawie całkowitą, że ona należy do przysłowiowych Rumunek-miejskich. Żebraczy dziecięcych zwyczajnych. Wtedy w mojej głowie pojawiło się pytanie.

Ona patrzy na mnie, tym swoim wzrokiem czystym wprost ze swojej twarzy brudnej. Patrzy na mnie tymi oczami brązowymi, o tej barwie, o której nikt nie pamięta, bo nikt nie ma odwagi spojrzeć rumuńskiemu dziecku w oczy. Nie mówię, że ja mam odwagę. Nie mówię, że ja pamiętam… Mnie po prostu się tak zdarzyło. Zdarzenie takie. I ona patrzy na mnie, to trwa może z sekundę. I ja pytam:

Głodna może jesteś?

I to trwa, moje pytanie trwa może z 2 sekundy, a potem ludzie na mnie wszyscy dookoła patrzą. Wszyscy ze stolików pobocznych na mnie patrzą. Wszyscy wspaniali, tutaj okolicznie na kawę zebrani ludzie, na mnie patrzą, a ja na nich nie. Ja patrzę na Rumunkę i czekam, aż powie „pff” i odejdzie… Ale ona. Ku zdziwieniu mojemu ogromne. Ku niezwykłej dziwności świata! Siada przede mną. Na krześle siada.

- Da. Głodna – stwierdza.

Ja częstuję ją moim cheeseburgerem, już trochę ostygłym i przyglądam się jej rączkom, jej ciapkom brudnym, jej ciapkom dziewięcioletnim, jej ciapkom biednym. I przyglądam się całemu kontrastowi świata. I widzę pojedynek świata z nienaturalnością. Widzę porażkę świata. Widzę śmierć świata i bardzo mnie to smuci. Nie tak zewnętrznie, ale gdzieś tam do głębi wpada tego smutku ziarno. Zacznie kiełkować wkrótce zdaję się. Wkrótce zdaję się. Ale teraz, to znaczy wtedy. W tamtym czasie, kiedy siedzę przy stoliku z małą Rumunką jedzącą cheeseburgera odczuwam uczucie prawie-idealnej szczęśliwości. Prawie wszech-idealnej szczęśliwości.

To „prawie” dodaje tutaj uczucie tęsknoty wspaniałe.

Ludzie jedzą. Ludzie piją. Ludzie się uśmiechają do siebie, i się do siebie nie uśmiechają – to drugiej częściej. Rumuneczka mówi: dzienkuję i odchodzi.

Ja też po czasie odchodzę. Nic tu po mnie.

bezsenność Magda
 25 października 2010 roku, godz. 23:18

Zawsze miałam problem z pisaniem komentarzy pozytywnych. Więc napiszę prosto.

Bardzo mi się podoba, chociaż w pierwszym akapicie trochę się zagubiłam. Nie, żeby to było coś złego. Powtórzenia, inwersje - wszystko wyraźne, nie mogłam po prostu czytać, musiałam Czytać, przez duże "C". A ja bardzo lubię Czytać. Gratuluję tekstu ;)

Leid3210 ewa
 24 października 2010 roku, godz. 15:30

zachwycilam sie forma , w jakiej to napisales

strasznie ujmuje mnie

cichosc mnie ogania
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++