14 czerwca 2019 roku, godz. 8:39

KOS, opowieść druga

Ta historia w pewnym sensie jest uwspółcześnioną wersją mitu o Dedalu i Ikarze. Oczywiście znowu bardzo bolesna to i trudna lekcja dla nas. Trudna do czytania, ale pozwala jednak na wyciągnięcie dobrych wniosków, dla życia mądrego i nie pozbawionego pierwiastków piękna i spontaniczności.

Rodzicami nie powinni być wszyscy, tylko ci mądrzy i roztropni,umiejący się poświęcić dla dzieci. Cierpliwie potrafiący tłumaczyć życie, pokazywać je. Spokojnie umiejący zaszczepić w dzieciach umiłowanie do piękna i wytłumaczyć miejsca niebezpieczne, czyhające w życiu, innych, którzy mogą zmarnować młode życie. Rodzice muszą znaleźć sposób dotarcia do dzieci tak, aby powstrzymać ich przed pragnieniem zbyt wczesnego szaleństwa. Zatrzymać ich kiedy chcą iść w życie, ale nie mają jeszcze ku temu odpowiednich umiejętności. Czasem trzeba powiedzieć - dziecko ty nie masz predyspozycji, iskry talentu, jesteś zupełnie kim innym niż myślisz o sobie. Przemyśl, zwolnij, poukładaj życie na nowo. Nie wszystkie marzenia mają sens i mogą zaistnieć realnym szczęśliwym życiem. Trudna to sztuka być rodzicami. Bo jednak jakąś część wolności dziecku trzeba pozostawić. Pozwolić mu subtelnie uczyć się życia, doświadczać, nawet popełniać błędy, ale tak, żeby nie złamało sobie tego życia i wyciągało samo wnioski i w przyszłości podobnych błędów nie popełniało. Dzieci zachowują się różnie w stosunku do postaw swoich rodziców. Jedne, gdy rodzice są marni, potrafią wyciągnąć wnioski i same ruszają w świat i życie, strzegąc się błędów rodziców i próbując stworzyć sobie los zupełnie inny, a drugie dzieci przejmują fatalne zachowania i model bytowania, i stają się kolejnym na przykład pokoleniem pasożytniczym dla całości gatunku.

Para młodych kosów zbudował solidne i trwałe gniazdo wysoko w koronie czterdziestoletniej tui. Przymocowali je do pnia drzewa i na gałęzi od strony północnej, tak aby nie latem nie przygrzewało zbyt mocno słońce i nie wysuszało zanadto konstrukcji oraz oni, aby nie byli narażeni na odwodnienie w wyniku wysokiej temperatury i ich potomstwo. Kochali się bardzo, byli nierozłączni,stąd też nie dziw, że z wiosną pani kosowa zniosła cztery dorodne jajka, a po kilku tygodniach wykluły się maluteńkie kosy.

Było ich czworo. Pierwszy wykluł się Roch, po nim Zyta, trzecim był Miłosz, a ostatnia na świat przyszła Rita. Rodzice pielęgnowali swoje dzieci, na zmianę latali im na trawnik i pod drzewa owocowe i krzewy w sadzie po pyszne dżdżownice i inne robaki oraz stale uzupełniali zabudowę gniazda. Trudny jest los takich kosich rodziców, bo stale muszą pracować i to pracować myśląc bardzo, aby będąc na ziemi nie paść ofiarą morderczego instynktu kotów.

Pierworodny Roch był bardzo nadpobudliwym dzieckiem. Bardzo wiercił się w gnieździe i ciągle wypatrywał co jest poza nim.Denerwował się, że widok na południe zasłania mu pień drzewa, że pozostałe kierunki też w dużej mierze zasłaniają gałęzie tui. Jadł dużo i szybko, często objadając rodzeństwo, bo chciał szybko dorosnąć. Niecierpliwił się, że za wolno rosną mu skrzydła i że tak powoli pojawiają się pióra. Rodzice tłumaczyli mu, że wszystko nastąpi w odpowiednim czasie, ale on tylko jeszcze bardziej był nadąsany, wzrastała w nim gorycz i jednocześnie trawiła go gorączka przygód. Ciągle rozmyślał i snuł marzenia o dalekich wyprawach. Drążyło go pytanie - co jest za drzewami sadu, czym są te świecące punkciki tam wysoko, chciał jak najszybciej poznać inne ptaki, bo jego rodzeństwo - takie spokojne, poukładane, wsłuchane w rodziców było jemu po prostu nudne.

Kolejne dni i noce mijały w gnieździe u szczytu tui. Dzieci państwa kosów rosły, opierzały się, a rodzice cierpliwie, krok po kroku tłumaczyli im świat. Roch jednak był nie zadowolony. Uważał, że pióra u skrzydeł ma już na tyle duże i jest na tyle mocny, ze wzniesie się do lotu. Czynił co chwilę wyrzuty swoim rodzicom. Przyszedł czas majowej pełni i księżyc przecudnej urody wędrował po nocnym nieboskłonie. W pewnym momencie dojrzał go Roch i ten urzekł go. Zachwycony młody ptak nie wytrzymał i wszedł na skraj gniazda, po czym spontanicznie zerwał się do lotu w kierunku złotej tarczy księżyca, otoczonej piękną łososiową poświatą.

Natychmiast okazało się, że rojenia o swojej sile i zdrowi oraz dorosłości i możliwości lotu były zgubne. Młody kos po prostu machając nieco opierzonymi skrzydłami zaczął spadać prędko w dól i uderzać o gałęzie kolejnych pieter drzewa. Złamał prawe skrzydło, bardzo się potłukł, a na jednej z dolnych gałęzi drzewa jeszcze złamał lewą nogę.

Ojciec kos, który widział całe zdarzenie, a którego słowa napomnienia nie powstrzymały młokosa cicho zapłakał, bo nie mógł już w żaden sposób pomóc swojemu synowi. Musiał dbać o żonę i pozostałe dzieci. A Roch spadając i doznając kolejnych bóli żałował swojego czynu, ale po upadku walczył, miał nadzieję. W amoku, gorączce i bólu, pomimo złamanych dwóch kończyn wyczołgał się spod tui i zaczął iść mając nadzieję na ratunek wgłąb trawnika. Jakoś, że miejscowe koty spały już o tej porze, a może zdobycz była zbyt łatwa i za bardzo poraniona, więc nie było zabawy dla kota, a więc długiej i okrutnej procedury zabijania, to młody kos nie został zjedzony, tylko brnął jeszcze kilka metrów i wyczerpany stracił przytomność.

Kiedy w południe człowiek kosił trawę, to zauważył ciało młodego, trochę opierzonego kosa w trawie. Nóż kosiarki nie sięgnąć szeroko rozłożonych skrzydeł i ciało pozostało w trawniku poddane działaniu słońca deszczu i powietrza. A po dwóch tygodniach człowiek ponownie kosił trawę i zauważył, że korpusu ptaka już nie ma, a leżą tylko w trawie skrzydła ptaka, który przedwcześnie uważał, że jest gotów do swojego dorosłego losu.

Po kolejnych dwóch tygodniach człowiek zobaczył z okna swojego domu, jak dookoła rabaty kwiatowej skaczą dwa dorosłe kosy i trójka młodych.Rodzice pilnie ich strzegli i podpowiadali każdy krok po skoszonym trawniku i doradzali każdy kęs. Rodzina ptasia zrobiła tak dwie rundy, a potem z powrotem odleciała w gąszcz tui. Po jakimś czasie znowu zlecieli i znów sytuacja z krążeniem dookoła kwitnących bratków, lilii i łubinów powtórzyła się. Potem znowu ptaki zleciał, ale rodzice odlecieli już na gałęzie pobliskich drzew owocowych i z daleka obserwowali jak radzi sobie ich potomstwo, a młodzi nauczeni, karnie wędrowali na razie dookoła rabaty wskazanej im przez rodziców i zajadali się smacznymi dżdżownicami i innymi smakołykami.

Koniec

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.