7 kwietnia 2021 roku, godz. 15:01

Ogrodnik

Ogrodnik przekazuje ogród, jego bogactwo, stąd takie nagromadzenie przekazu w jego pisanej twórczości, że trudno o zrozumienie. Chaos, więc go podsumowują czytelnicy i słuchacze, ale jednak wierni.

A pewien minister, to powiedział, że wiejskie dzieci są lepsze od miejskich, co właśnie podchwycił pewien wiejski ogrodnik amator i taki samowyrodek pisarski i rozwinął myśl ministra, że górskie dzieci wiejskie są lepsze jeszcze od dzieci wiejskich nizinnych, bo chodziły do szkoły pod górkę, a wracały ze szkoły z prądem idąc rwącego potoku.

Po drodze do tej konstatacji zauważył, że górskie miejskie dzieci są lepsze od dzieci nizinnych miejskich, bo też mają pod górkę w wielu aspektach swojego losu, choćby komputery, których klawiatury na zboczach, stale zsuwają się im z kolan. Tu sobie ogrodnik wyobraził, jak trudno jest utrzymać pion dzieciom górskim wiejskim, którzy są pastuszkami na stromych halach i czy w ogóle w trosce o bezpieczeństwo nie powinno się sprowadzić kozic górskich na niziny. Takie względy czysto humanitarne, to przemawiają za tym jak byk, bo wielu turystów spada i pastuszków pewnie też, dlatego, czemu w dobie walki o prawa zwierząt nie pomóc kozicom?

No i tak ów ogrodnik doszedł do jeszcze takiej dedukcji, że wyżej w hierarchii lepszości od dzieci górskich wiejskich mają się dzieci wiejskie z górskiego lasu. W sumie żadne szczególne odkrycie, a oczywista oczywistość płynnego dyskursu wnętrza wiernego wolności z rozumem wiernym sobie.

Pozostaje tylko pytanie - co realne życie ma do powiedzenia, czyli rzeczywistość? A ono twierdzi w kontrze. Kontrując stopniuje poprzednie rozważania i wynosi je na wyżyny rozwoju, więc dzieci tak zwanych biebrzniętych i dookołasolińskich mają być jeszcze lepszymi dziećmi. Wiadomo. Góry, wielka woda, wiatry, głusza i co se nie urąbiesz, to się nie ogrzejesz i nie najesz.

Tak, pięknie jest być piewcą śpiewu ogrodów. Wyrazicielem i tłumaczem ich rozmów ze swoim wnętrzem. Tych dyskursów mirabelek z wiosną, wręcz wykłócaniem się ich pąków o kilka dni w ciepłym słońcu, aby mogły być zapylone i dostać szansę do wielości owocowania.

W strukturach wolnego myślicielstwa wiejskiego ogrodnika z samo nadania, pojawia się i to pytanie. Czy w ogrodzie mogą przebywać zwierzęta gospodarskie parzystokopytne. Jest to pytanie wręcz z dziedziny produkcji zwierzęcej i genetyki. Powstaje zatem zagwozdka myślicielska we wnętrzu ogrodnika i po prostu w mózgu komórki pracują, co pewnie przejawia się wirem impulsów elektrycznych albo też czymś innym albo całkiem jeszcze inaczej to się odbywa, co nikomu jeszcze do głowy nie przyszło. W każdym razie ogrodnik udziela sobie i miastu odpowiedzi. Produkować zwierzęctwo, czyli hodować parzystokopytnych w ogrodzie się nie powinno, bo zeżrą liliowce i piwonie też mogą nie zakwitnąć. A czemu parzystokopytność haczy o genetykę? Otóż genetyka, to mogłaby się pokusić już dawno o parzystokopytność, która nie zjada kwiatów, krzewów, drzew, tylko jedynie i li trawę, nawet nie tykając rumianku i jaskrów, bo mają cenne walory ogrodnicze i zielarskie oraz obdarzają pięknem człowieka.

Michał Kościej Michał
 20 kwietnia 2021 roku, godz. 11:34

Świetne po prostu świetne. Na chwilę przeniosłem się do górskiego ogrodu, w którym cholerna koza zjada moje lilie, a w radiu toczy się kolejna zażarta debata krajowych decydentów

fyrfle Mirek  20 kwietnia 2021 roku, godz. 11:52

Ja to radia raczej też nie bardzo słucham, wystarczy mi co przynosi fb, zwłaszcza, że minister, to znajomy i takie rzeczy gada, że temat się sam wykluwa.