29 maja 2020 roku, godz. 11:57 4,4°C

OGRÓD ŻYCIA OGRÓD ŚMIERCI

Na początku było tak. Gdzieś w roku Anny i Dominii dwutysięcznym pan Józef posadził blisko zachodniej granicy ogrodu dziesięć tui. Tuje rok w rok pięknie przyrastały w górę i wszerz. Zbiegiem dekad stały się miejscem gniazdowania kosów,szpaków, pliszek górskich czy sikorek. W roku dwa tysiące szesnastym pan Józef postanowił rozszerzyć areał rabat kwiatowych w ogrodzie. Zaczął szpadlem skalpować glebę z trawiastej darni, którą wywoził do kompostownika. Szpadel natrafiał stale na nie do przebycia kamienisty opór. Okazało się, że pod darnią były jakieś kamienne bloki. Najprawdopodobniej pozostałości po bunkrach wermachtu z czasów drugiej wojny światowej. Na szczęście nie były za duże. Radzieccy saperzy byli skuteczni albo krasnoarmiejscy artylerzyści. Cierpliwie wybierał je z ziemi i przenosił pod płot, właśnie tam za tujami. Uzbierała się spora pryzma tych bloków. Tam sobie były prawie zapomniane. Prawie, bo robiąc obchody ogrodu i zachwycając się jego szerokim asortymentem piękna, pełnym rozlicznych meandrów i enklaw, zauważył, że kamienne bloki z żyznej gleby opłukał już deszcz i stały się one miejscem wypoczynku w słońcu kowali i kotów. Po południu, kiedy słońce zawędrowało już na południowy-zachód i stopniowo przesuwało się jeszcze bardziej ku zachodowi,w kierunku Skrzycznego, któryś z kotów zwijał się na tych kamieniach w kłębek lub kładł na plecach i odpoczywał czujnie w niby śnie będąc.

Było majowe bardzo słoneczne popołudnie. Temperatura w cieniu prawie upalna. W ogrodzie jak co dzień rozrabiały dwa kocury. Kocury sąsiada. Lopez z miotu wrześniowego lub październikowego w dwa tysiące osiemnastym roku. Drugim był Ufarte, przywieziony od siostry spod Grojca, miot sierpień 2019 roku. Czyli kot rodem był z Zadupia, jak drwiąco się wyrażali o sąsiadach mieszkańcy centralnych placów wielkiej wsi. Lopez położył się na kamieniach za tujami i miał gdzieś,a Ufarte przypominał zaawansowane stadium ADHD i stale kajsik ćykoł. Goniłpo drzewach, zaczepiał ludzi, kury, aby tylko się mieć z kim bawić. Nie odpuścił zatem motylom, liściom i pajęczynom rozłożonym, swoistym hamakom śmierci, między gałązkami porzeczek czy pniami mirabelki.

Gdzieś pod kamieniami lub pomiędzy kamieniami mieszkały sobie myszy. Tak. Pod tym kamieniami na których teraz spał Lopez, a kiedyś miały chronić żołnierzy wermachtu. Były sobie tam zatem rodziny polnych myszy. Nie wiadomo co się stało, ze taak się stało jak się stało, ale się stało i jedna z myszy, całkiem już niemłoda, wyszła sobie pospacerować na te kamienie i przyszła wprost pod nos wpół drzemiącego Lopeza. Ten momentalnie chwycił ją w zęby i nie wierząc swojemu szczęściu lub rozpatrując absurd całej sytuacji, zbiegł z myszą pod gałązki tui, czyli na ogrodową łąkę i tutaj przysiadł i znieruchomiał. Rozważał pewnie dlaczego i po co? Nie był ani narodem wybranym, anie głodny, manny nie potrzebował. nie był na pustyni. Patrzył na trawni będący akurat w fazie do koszenia, a więc z mnóstwem kwitnących mniszków, które w tym momencie dnia zaczęły składać swoje złote parasole kwiatów i szykowały się tym samym do snu. Jeszcze popatrzył na łąkę dookoła siebie i pytał o to co się stało stokrotki, kurdybanki, jaskry i niezabudki, a wszystkie były kwitnącymi,zwłaszcza te niezapominajki pod krzewami krzewuszek miały niebiańskie odcienie błękitu. Jeszcze różowe był i jeszcze białe ich płatki. Kulminacją były pięciopłatkowe kwiaty niezabudek w barwie złota. Lopez wstał. Lopez przysiadł, jakby zapomniał o zawartości pyszczka, owocu totalnej głupoty. Nie była to zdobycz. W ustach miał jakby akt samobójczy, ofiarę depresji? Skłonił w końcu głowę z orzechowego koloru myszą i z ciemnym pasem sierści przez grzbiet do ogona, wykonał silny ekspresyjny ruch swojej głowy do góry i w odpowiednim momencie puściły zaciski szczęk. Mysz wyleciała wysoko w przestrzeń, gdzieś ponad metr wzleciała w powietrze, wykonując w tm czasie kilkanaście może kilkadziesiąt salt, po czym spadła fikołkując na kępę wysokiej majowej kostrzewy. Spadła i zaczęła się przedzierać przez wysokie trawy i zioła majowego trawnika. Może już powrócił i może już działał instynkt? Liczyła na cud, że schowa się pod gąszczem plątanin kurdybanka. Instynkt też pewnie podpowiadał jej tę oczywistą oczywistość, że w momencie, kiedy przestanie walczyć, to Lopez znudzi się ją i zgodnie z kocim rytuałem zakończy jej życie. Najpierw odgryzie jej głowę, a potem na raz albo na dwa razy pożre jej tułów. Lopez spokojnie w tym czasie śledził salta wykonywane przez ciało myszy i z ogromnym zadowoleniem patrzył na upadek myszy w trawę, po czym śledził rozbawiony dalsze ruchy myszy. Do zabawy przyłączył się wiatr, który zerwał latawce mniszków i widowisko stało się jeszcze ciekawszym, bo mysz saltowała w oprawie poetycko lecących białych spadochronów majowego złota łąk. Piękny akt otrzymała przyroda i malarze. Akt życia i akt śmierci zarazem.

Tak się przynajmniej zapowiadało. Mysz nie poddawała się. Brnęła przez rajgrasy i życice. Lopez? Położył się na plecach, przeciągną się dwa razy i wstał. Zrobił wręcz wzorowy, bajecznie wyglądający koci grzbiet. Potem przyjął sylwetkę i minę klasycznego skledziorza i z nosem w czubkach traw poszedł spokojnie za zapachem myszy. Szybko ją dopadł i złapał w przednie łapki. Położył się na plecach i uniósł w łapkach mysz przed swoją twarz. Radość swoją ogłosił światu esowatym poruszaniem ogona w poziomie i pionie. Traktował teraz mysz jak kłębek wełny albo piłeczkę z odpustu. Rozpoczął jej młynkowanie. Obracała się w jego pazurkach jak złoty pieniądz w piosence Perfectu. W końcu znowu wyrzucił ją wysoko i daleko. Upadła około metra za wesołym ogonem Lopeza. Po kolejnej serii salt upadła i zaraz ruszyła przed siebie. Lopez wstał, odwrócił się w kierunku myszy, przywarł brzuchem do trawy, wyciągnął przednie łapy przed siebie, na łapach oparł głowę. Pozwolił oddalić się myszy w najwyższe partie trawy w ogrodzie.

Tymczasem pojawił się rządny wygłupów Ufarte. Bezszelestnie skradał się do Lopeza od strony jego wachlującego stale ogona. Będąc metr od Lopeza z całych sił wybił się wysoko w górę i spadł na plecy niczego niespodziewającego się Lopeza. Lopez tak się wystraszył, że wyrwał jak sprinter z bloku startowego i zatrzymał się dopiero w połowie wysokości trzydziestoletniego graba. Przerażony patrzył z tej wysokości na ogród próbując dociec co było źródłem bólu i lęku.

Pan Józef i pani Róża omal ze śmiechu nie pokrztusili się kawą. Mysza już nie niepokojona przez nikogo i nic poszła spokojnie w gąszcz goździków kamiennych.

Jest taki film"Oszukać przeznaczenie". O zmierzchu pan Józef spotkał tą mysz przy rabacie z młodymi malwami i jeżówkami. Zajadała się błękitnym granulatem, czyli trutką na ślimaki.

fyrfle Mirek
 29 maja 2020 roku, godz. 16:16

W oryginale chyba jest AnnoDomini, ale postanowiłem to trochę sfeminizować, a poza tym Anna to piękne imię, a Dominik, to jedno z moich imion, no i jeszcze brzmi tak pięknie jak dla mnie kompletnie sprzecznie z przyjętymi zasadami.