19 września 2019 roku, godz. 8:24
Edytowano 19 września 2019 roku, godz. 19:02

MIĘDZY MORZEM A OCEANEM(recenzja filmu)

Zastanawiam się za co ten obraz został zwycięzcą festiwalu w San Sebastian? Może za sposób podania go widzowi, czyli jakby w formie takiej, że ma się wrażenie oglądając jakby kamera wchodziła w rzeczywiście dziejące się sceny z życia, a więc jest to konwencja niby paradokumentu. A zarazem trudna to bardzo forma do przełknięcia przez widownię, więc jest to tak zwany film dla widza wyrobionego, dziejący się we współczesnej Hiszpanii, w kraju hiszpańskim zwanym Andaluzja. Kraj leżący między Morzem Śródziemnym, a Oceanem Atlantyckim. Można nawiązując do polskiego filmu "Daleko od szosy" powiedzieć, że film opowiada o miejscach dalekich od legendarnej plaży Costa del Sol, Tutaj umiejscowiona jest akcja w którymś z miast nadmorskich, pewnie w Maladze, ale generalnie to my Polacy znamy tą krainę z wyjazdów do niej do pracy przy zbiorze truskawek czy winogron. Wiele z naszych córek poznało tam mężów, wielu z nasz z naszych synów przywiozło stamtąd żony, a słyszałem też opowieści o tym, jak to wiele z naszych żon postarało się tam o rodzeństwo dla naszych dzieci, no i żeby to było chociaż rodzeństwo o bladej cerze twarzy.

Takie nudne, ciągnące się jak włoskie bardzo długie nudle, z tą bardzo małą ilością sosu kino, no więc co robić? Ano myśleć, porozważać, może nawet pofilozofować, choć nie uwzniośli nas aż powiedzmy do odlotu w poezję. Ponoć kryzys trawi Andaluzję od 2009 roku i o tym kryzysie ten film, że uciekają w przestępstwo, prace dorywcze, złomiarstwo, a co zarobią, to przepijają w przyplażowych tawernach. I tak już 10 lat. Kombinujemy więc, że z nami Polakami jest trochę inaczej i zaraz pakujemy się i wyjeżdżamy za chlebem do Andaluzji choćby. Że jakoś El Słońce Donald przeprowadził nas suchą stopą przez ten ocean kryzysu, albo raczej nie dopuścił do rozlania się na Polskę, a może po prostu był to okres w którym buzowało w nas wkurzenie płacą minimalną daleko daleką od siedmiuset euro hiszpańskiej Kuroniówki i nie zauważyliśmy kryzysu, tylko kopnęliśmy CHDKP i myślenie "A kłuj z Polską B" i wreszcie zażądaliśmy, i ktoś zrozumiał, że przelewek nie ma z narodem i, aby można było jeszcze mówić o polskim narodzie i Polsce, to trzeba ludziom dać dobre życie, dostrzec tą część Polski najbiedniejszą, ale najbardziej państwowotwórczą, najbardziej scalającą Polaków w naród, a więc rodzinę i klasę robotniczą, w której kultywowana jest tradycja polska, wiara i religia. Dziwne, ale głowa ryby zobaczyła, że polskotwórczy nie są celebryci, aktorzy, nauczyciele, pracownicy uniwersytetów, sędziowie i tak dalej, bo oni mówią, że Polacy muszą być podzieleni na lepszych, czyli ich i na ich służących, czyli robotników i klasę urzędników. Takie to refleksje przyniósł mi ten film. Jeszcze rozmawialiśmy po filmie o gospodarce, o tym czy wymuszenie godnej płacy minimalnej spowoduje kontrrewolucję cwaniaków i podniesienie gwałtowne cen, tak aby pognębić plany patriotów i jeszcze bardziej zniewolić robotnika, Matkę Polkę, pognębić rodzinę? W kwestii podwyżek, to dziwimy się rządowi, że nie podniósł jeszcze drakońsko akcyzy na papierosy i alkohole? Też jesteśmy za tym, aby paczka fajek kosztowała w Polsce 10 Euro, a butelka wódki 50-60 złotych.

To film o Cyganach innych niż znamy w Polsce, czy o których słyszeliśmy, bo oni starają się normalnie żyć i akceptują zasady cywilizacji. Starszy brat jest marynarzem marynarki wojennej, młodszy mimo problemów z prawem, też szuka własnej drogi pogodzenia się z rzeczywistym światem, choć jest tak bardzo niecierpliwy. Dostrzega tą swoją niecierpliwość i próbuje ją w sobie zwalczyć. Choć jest tam taki moment klasyczny w głupocie współczesnych młodych, że kolejne niepowodzenie życiowe, cz poprzednie życiowe traumy nie pozwalają leczyć psychologom i normalnym życiem, tylko idą wyryć sobie kolejne tatuaże.

Jest też to film o tym, że na zagubionych czyhają sekty, które nie oferują stabilizacji życia poprzez pomoc w znalezieniu pracy, a omamiają nawiedzonym słowem w stylu - Jezus Cię kocha. W tym kontekście jest też wątek o zemście - czy pomścić śmierć zamordowanego ojca, czy powierzyć zemstę Bogu? Faktycznie jest zadane w tym filmie pytanie o przebaczenie za zbrodnię, która nie spotkała się ze sprawiedliwą karą i zadośćuczynieniem, która przekreśliła stabilne życie kilkoro ludzi.

Europa Zachodnia, a fawele, prawie jak te w Rio. Aż dziw bierze, że elity są w stanie tak bardzo zapomnieć o pozostałej części narodu i nie wyjść do nich z programami socjalnymi - pracami publicznymi. Nie robią kompletnie nic. I tak pozwalają, aby w dzisiejszych czasach kryzys trwał już 10 lat. To bardzo długo. Czas, który złamać może twardzieli i popchnąć w obojętność i życie na krawędzi wszystkich sensownych zasad. Winnymi są te fircyki w Brukseli, w Madrycie i lokalnym rządzie Andaluzji, którzy nie przekierowują natychmiast dziesiątek miliardów euro, którymi przecież dysponują, aby pobudzić tamtejszą gospodarkę. Andaluzja nie jest Grecją, której, gdy środkowego palca pokazała Europa zachodnia, to znak victorii pokazał Władimir Putin i zaraz pani Merkel znalazła stosowne miliardy na ratowanie gospodarki greckiej. Dziś cicho o Grecji, cicho o Andaluzji. Grecy się mają dobrze i piją wino, a Andaluzyjczycy, z tego co słyszałem, późno bo późno, ale rozjeżdżają się po Europie i pracują na przykład przy szparagach w Niemczech zamiast Polaków.

Takie refleksję budzi film, bo sam w sobie jest nudny i zarazem przygnębiający, gdyż widać, że los tych ludzi jest jednak przede wszystkim losem z ich własnej nie przymuszonej winy. Ten los to odejście mężczyzn od dbania o rodzinę, brak w nich kultu pracy, niemieckiego uporządkowania czy polskiej przedsiębiorczości, brak zacięcia. Ważniejsze jest życie z dnia na dzień w przyjemnościach i niż długodystansowe myślenie kategoriami stabilizacji, rodziny, uczciwej pracy.

Klaustrofobiczny obraz z dorosłymi dziećmi uzupełniają rozdzierające i faktycznie drące się gardła śpiewaków flamenco, pewnie o tragicznym i fatalnym życiu, jak to owi śpiewacy i śpiewaczki bardzo potrafią zanudzać de facto. Za nimi postępują ekspresyjne szarpnięcia w struny hiszpańskiej gitary, ilustrujące namiętnie i zarazem melancholijnie to andaluzyjskie brodzenie w bagnie odpływów oceanu za przegrzebkami, na przemian z zabijaniem czasu w brudnych kąpielach przypływów. Hiszpanie, a jak Polacy swojego czasu - tańczą "chochoła".

Mirosław

marcin kasper marcin
 19 września 2019 roku, godz. 16:06

przy porannej kawie, najpierw czytam dłuższe formy, najczęściej Ciebie