25 kwietnia 2019 roku, godz. 19:10

O-błędna względność

Wszystko, czego doświadczamy, jest ta bardzo względne. Boleśnie dla nas samych i dla innych, brutalnie względne. Nie ma w naszym odbiorze rzeczywistości nic stałego, a brak zmiany staje się nie „upragnioną stabilizacją”, ale przyczyną niezadowolenia i chęci kolejnej zmiany… Jeśli przez dłuższy czas przebywamy w stanie, który z początku nas zadowalał, z czasem zaczynamy się do niego przyzwyczajać na tyle, że nie tylko bierzemy go za pewnik, ale też dostrzegamy coraz więcej jego wad lub zupełnie ignorujemy pozytywne aspekty tego stanu, które kiedyś tak nas cieszyły i były powodem radości i wdzięczności… Brak zmian powoduje więc w nas ospałość i brak doceniania tego, co mamy… Dopóki tego nie utracimy i znów nie zapragniemy, z tak wielką łatwością zapomnimy o znaczeniu tego, co jest częścią naszego życia. Przyzwyczajamy się, a to zabija radość, kreatywność, wdzięczność, zabija nas poprzez generowanie niekończących się uczuć niedostatku czegoś jeszcze, czegoś więcej albo czegoś mniej, czegoś…innego. Doceniamy później to, co inne, ale też tylko na moment, dopóki zdobyty szczyt nie stanie się równiną, po której chodzimy bez dawnego entuzjazmu. Rozglądamy się więc dookoła, znużeni, wciąż „wybrakowani” i dostrzegamy nie to, co my mamy, ale to co mają inni – i znów czujemy ekscytację na samą myśl, że to mogłoby być nasze. Ta myśl nas ożywia – nareszcie pozbędziemy się starego balastu, nudy, marazmu… To, co niegdyś było upragnione – mieszkanie, rodzina, nowa praca – staje się powodem niezadowolenia i znużenia tylko dlatego, że już nie trzeba o to walczyć, starać się, marzyć… I to nieprawda, że tylko mężczyźni są łowcami. Z kobietami jest niemal identycznie. Tak szybko przechodzimy do porządku dziennego nad tym, czego pragnęłyśmy wczoraj, i dziś nas to już nie kręci, a jutro zaczniemy na to narzekać i zazdrościć tym, którzy mają coś innej kategorii. I tak w kółko. Tragedią jest to, że to nie ma końca. Ale z kim tak naprawdę się ścigamy? Czy tylko z innymi? Kto ma więcej, lepiej, nowszy model, bardziej atrakcyjnego partnera, lepszą pracę, lepsze wakacje, zdolniejsze dzieci? A może ta niby rywalizacja to tylko kolejny płaszczyk pod czymś, do czego dużo bardziej wstydzilibymy się przyznać – do ciągłego poczucia niezadowolenia, wpisanego w naszą ludzką naturę… Czy to, że przestaje nas cieszyć to, co mamy, zależy wyłącznie od porównywania się z innymi? Czy może to już nasza szkodliwa tendencja, zaniedbywać emocjonalnie – czyli nie doceniać – tego, co tak naprawdę stanowi wielki skarb i bogactwo naszego życia? Gdybyśmy nagle to stracili, zorientowalibyśmy się, ile to dla nas znaczyło… I do tego wcale nie są nam potrzebne inne punkty odniesienia. Taka jest po prostu nasza natura. Czegoś pragnąć, o coś walczyć, o czymś marzyć, potem – zdobyć to i zachłysnąć się samym zdobywaniem – a następnie rozczarować się, że już po wszystkim, że po marzeniu została jakaś niewygodna dziura, która była atrakcyjna tak długo, jak zapychało ją pragnienie zdobycia czegoś… i nagle zdobyta pozycja, związek, wybudowany dom stają się normą, a po chwili już balastem. Rola innych osób jest tu drugorzędna. To, że widzimy tych, którzy „mają więcej” przyspiesza proces zniechęcenia i niedoceniania tego, co mamy, to prawda – podobnie jak zauważenie biednych ludzi, sierot, głodujących plemion w Afryce, chorych i cierpiących osób – w jakiś sposób „pomaga” nam poczuć się lepiej z tym, co mamy. Ale zwykle nie na długo. Potrzeba wciąż obecności bodźca, który byłby punktem odniesienia do naszego wyobrażenia o tym, ile to jest dużo, mało, dość. Sytuacje się zmieniają, ludzie wokół się zmieniają, a my tak wirujemy szukając punktu zwanego satysfakcją i wykolejamy się co chwila, bo zmieniają się punkty odniesienia… To czyni nas nieszczęśliwymi. To czyni nas niewolnikami manii czucia się zwycięzcą, zdobywcą. Manii, której nikt i nic nie może zaspokoić . Ilekroć coś zdobędziemy, nagle drastycznie traci to na wartości w naszych oczach. Pozostaje zaś często kac moralny w postaci świadomości, z ilu rzeczy trzeba było zrezygnować i co trzeba było poświęcić, żeby zdobyć to, co teraz wydaje się tak pospolite i niewarte swojej ceny… Nasze wyobrażenie o spełnionym śnie pęka jak bańka mydlana, pozostawiając ból, który domaga się ukojenia – zwykle w postaci znalezienia sobie nowej obietnicy, nowej przynęty, upragnionego „pocieszenia” po stracie złudzeń… I ta nasza „naturalna skłonność” to niestety wbudowany w naszą naturę mechanizm, który tylko rosnąca świadomość pozwala zaobserwować i ujarzmiać. Bez dyscyplinowania samych siebie do nieustannej wdzięczności i spojrzenia „jak dziecko” – świeżo i bez uprzedzeń – na to, co mamy, jesteśmy w stanie wejść na ścieżkę prowadzącą do coraz większej harmonii i życiowej satysfakcji. Tylko jeśli docenimy i będziemy wdzięczni za to, co mamy dziś, tu i teraz, począwszy od maleńkich rzeczy, na wielkich i bardziej ogólnych skończywszy, jesteśmy w stanie nauczyć się wolności od szkodliwej dyktatury naszej własnej ludzkiej natury – od ciągłego poczucia braku, od wyobrażania sobie, że inni mają lepiej, od złudzenia, że potrzebujemy jeszcze „tylko” tego i tego, żeby „osiągnąć szczęście”. To droga do nikąd, jeśli nie przejmiemy odpowiedzialności za samodyscyplinę. Tylko stając w pozycji kogoś, kto jest dla samego siebie rodzicem i widzi w samym sobie to rozkapryszone dziecko, będące częścią niego samego, jest w stanie nad nim zapanować, spojrzeć z góry, zdycyplinować – wierząc, że to dla własnego dobra. Jeśli nie rozpoczniemy sami ze sobą relacji „obserwator versus moja natura”, będziemy skazani na bycie miotanymi emocjami, popdami, pragnieniami, które bardzo często mają niewiele wspólnego z naszym własnym dobrem. Spojrzenie na siebie i uznanie w sobie istnienia natury, która dąży do egoizmu, do wygody, do ulegania zachiankom, do rzucania się zachłannie na wszystko, co wywołuje ekscytację, jest początkiem procesu pedagogicznego pozwalającego stać się dla samego siebie menagerem i mentorem. Tylko tego typu relacja z samym sobą jest gwarantem postępu na drodze do wartościowego, świadomego życia, które nie krzywdzi innych, a jednocześnie czerpie pełnymi garściami z chwili obecnej i pragnie mieć pozytywny wpływ na rzeczywistość.
Warto zacząć od obserwacji samego siebie w oparciu o zestaw pytań, które – dopóki nie staną się automatyczną „autokorektą” - trzeba sobie samemu nieustannie zadawać.Te pytania muszą dotyczyć tego, na czym się sami „przyłapaliśmy” – a okazji do tego jest każdego dnia całe mnóstwo. Dlaczego kupuję to, co kupuję? Dlaczego sądzę, że to coś jest mi tak bardzo potrzebne? Jak dziś traktuję rzeczy, które kiedyś tak bardzo mnie cieszyły? – mój związek? mój samochód? moje mieszkanie, moje meble? Czy wciąż czuję przymus bycia zajętym pragnięciem czegoś następnego? Czy umiem funkcjonować bez pragnień, ciesząc się tym, co mam i czując jak przepełnia mnie wdzięczność za to? Czy umiałbym być szczęśliwy, gdybym już nie zabiegał o kolejne rzeczy? Czy pamiętam te momenty radości, gdy coś zdobywałem, kupowałem, gdy umówiłem się na pierwszą randkę z osoba, z którą teraz dzielę życie…czy pamiętam, jak bardzo umiałem wtedy doceniać? Czy wtedy przypuszczałem, jak bardzo mi to spowszednieje po czasie? A gdybym wtedy wiedział, że ta ekscytacja tak szybko mija, czy też dokonałbym tych wyborów, których dokonałem? Czy mam świadomość wartości ludzi i rzeczy w oddzieleniu od emocji i stanów, jakie mogą początkowo we mnie wywoływać? Jeśli nie mam tej świadomości, czynię siebie niewolnikiem tych rzeczy, zdobyczy i osiągnięć, ale tak naprawdę jestem niewolnikiem samego siebie, nie umiejąc prawidłowo wartościować tego, co wybieram dla mojego życia i tego, co już posiadam. Ta niewola mogłaby nas zaprowadzić nawet na szczyt sławy, na szczyt bogactwa – i wiecie co? Wcale by się tam nie skończyła! W momencie gdy osiągnęlibyśmy przysłowiowe „wszystko” , wspięlibyśmy się na „szczyt szczytów” , który po jakimś czasie też stałby się równiną….nie pozostałoby nam już nic innego, jak tylko droga w dół. Znamy przykłady „ludzi sukcesu”, którzy poświęcili wszystko dla pogoni za iluzją „wszystkiego” – a gdy już to osiągnęli, albo jeszcze byli w amoku osiągania – nagle zdali sobie sprawę, że gonią za emocjami i doznaniami, zaś zdobywane sukcesy nie mają dla budowania ich życia żadnej pozytywnej wartości. Gdy celem i sensem staje się jechanie coraz szybciej, okazuje się, że to, co nas napędza, to tylko uzależnione od tankowania adrenaliny emocje i cierpiące na wieczny niedosyt zadowolenia z siebie ego, a nie coś, co ma prawdziwą wartość i wieczny sens. W takiej sytuacji, gdy pędzimy z zawrotną prędkością, ale nagle widzimy, że to wszystko i tak traci sens i nie daje upragnionej satysfakcji - sztuką jest nie spaść nagle na samo dno. Wiele podziwianych niegdyś osób tak właśnie skończyło – a my, bierni widzowie w spektaklu, w którym zdaje nam się, że nie gramy, nagle się dziwimy, zdumiewamy, jesteśmy zdezorientowani – „No ale jak to?” – myślimy – „Taki był bogaty, taki sławny, utalentowany….” – wspominamy gwiazdy, które nagle zgasły i niespodziewanie odeszły z tego świata lub znalazły się na odwyku, czy na dnie. A no – „tak to”. Bo wszystko w życiu ma swoją cenę i ktoś musi ją kiedyś zapłacić. A największą cenę zdaje się mieć nasz brak świadomości na temat tego kim jesteśmy i jakie mechanizmy same nami sterują, gdy je przeoczymy. Człowiek sam sobie gotuje ten los, nie będąc uważnym, czujnym, zbyt ufając i folgując swojej naturze, zamiast przez całe życie rozwijać z samym sobą relację rodzicielsko-managersko-mentorską. Bez tej relacji jesteśmy zgubieni, wydani na pastwę nawiększego wroga, z którym się rodzimy – naszej własnej natury.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Eufemia, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.