17 maja 2020 roku, godz. 15:54 41

17.05.2020r.(niedziela)

Tychy są przecudnym miejscem do życia, a więc warto wybrać je, aby stało się czyimś miejscem na ziemi do codzienności. Park Północny na przykład, gdzie teraz spacerujemy najczęściej z wnukami. Przecudne kolory traw, drzew, kwiatów, fruwające latawce mniszków na wietrze, stawy pełne kaczek,łabędzi, tataraków, ale zaraz obok jest szpital wojewódzki w murach którego cierpi dziesiątki osób i walczy o życie na skutek choroby Covid 19. W tym szpitalu zmarło chyba najwięcej Polaków na tę straszliwą zarazę, dlatego noże nam się otwierają w kieszeni i zarazem bluzgów nie szczędzimy tym, którzy wypisują, że rząd im zafundował jakieś zniewolenie, bo muszą nosić maski w przestrzeni publicznej, muszą siedzieć w domu z dziećmi i organizować im czas oraz uczyć je. Że nie mogą prowadzić biznesu i mordować, tak mordować starszych ludzi i słabszych, bo chorych. Wypisują na fb kretyńskie posty, że żądają powrotów dzieci do przedszkoli,żłobków i szkół, a Polacy mają wrócić do restauracji i do hoteli. Co za sukinsyństwo. Te jełopy piszą, że filmy, że zdjęcia z nocnymi konwojami setek trumien z ciałami z Bergamo, to spisek jakiegoś Bila,co to tworzy je by wszystkich za ciężkie pieniądze zaszczepić i zaczipować. To piszą ludzie mający pozycję w społeczeństwie, w grupach zawodowych, których niektórzy jeszcze nazywają inteligencją, bo mają te osoby wykształcenie, ukończyli tak zwane studia z tytułem magistra.

Czy w każdym mieście powiatowym musi być szpital? Naszym zdaniem nie. Ten tutaj powinien być zamknięty już z pięć lat temu. Leczyć trzeba tylu ilu pozwala leczyć kontrakt z NFZ. Resztę trzeba odesłać do innych szpitali. Wszystko. Szpital, który ma długi się nie oddłuża, tylko się zamyka, a winnych zadłużenia stawia przed prokuratorem i komornikiem, to oczywista oczywistość ma być i tyle.

Wczoraj była pięknej urody sobota, jeśli chodzi o pogodę i to co wydarzyło się w naszym życiu. Przyjechały dzieci i wnuki, więc było naprawdę normalnie, taką normalnością polską klasyczną, gdzie rodzina, gdzie biesiada, gdzie rozmowy, gdzie zabawa. Spacery z wnukami i pokazywanie im wiejskiego świata ludzi, flory i fauny. I ich zachwycone wpatrywanie się w ogromnego bernardyna, igraszki ze sforą kotów, dotykanie trawy, igieł świerków, płatków kwiatów mniszka czy aronii. Śledzenie lotu pszczół z jednego baldachu kwitnącego głogu na drugi, wreszcie pytanie - o piękne kolorowe błonkówkę i muchę, pierwsza siedząca na przy kropli wody na liściu poziomki, droga w sercu kwiatu jaskra. Pytanie, czemu kominy są takie wysokie i odpowiedź, ryzykowna, ale szczęśliwie wystarczyła, żeby dym nie spadał na ziemię. Czemu kura szczeka? Wreszcie ze dwuminutowy wykład do zniecierpliwionej kotki, że nie wolno jej uciekać,gdy mama chcę ją głaskać, że mamy się słucha i robi się to co mama powie. Wreszcie żądanie wobec dziadka - przestań już mówić! Czas prawdy. Czas mądrości. Czas normalności. Czas tradycji: bigos, ciasto drożdżowe z rabarbarem, jabłkiem kosztelą, dżemem węgierkowym i kruszonką, wreszcie ognisko, kiełbaski, chleb pieczony z czosnkiem i masłem,ziemniaki z gorącego popiołu z masłem i solą. Normalne jest piękne. Wnuki urodzone przed trzydziestką zdrowe i pożądane.

Wróciliśmy do codziennych spacerów późnym wieczorem przez centrum wsi, bo czuliśmy się bardzo zastani. Czym innym praca w ogrodzie, a czym innym spacer trzymając się za ręce, serdeczne rozmowy, słowa - KOCHAM CIĘ i uśmiech widziany w oczach i przez maskę. W nocy, w świetle ulicznych latarni też są cudowne płatki w najrozliczniejszch barwach i kształtach tulipanów, których ogrody przy ulicy nam nie żałują i krzyczą do nas tą specyficzną kolorową bezsłownością. Cisza nam nie jest potrzebna wtedy. Choć jest cicho. Miejscowi nie spacerują,miejscowi nie biegają, miejscowi nie jeżdżą na rowerach. Rzadko nawet słychać odgłosy kłótni.W domach tlą się elektryczne lampy, migają poświaty ekranów telewizorów. Wolno tutaj notorycznie biegające psy tylko codziennie nam towarzyszą, koty szukające siebie w swoich ścieżkach, kuny i tchórze rozpoczynające pielgrzymki w imieniu nagłej i niespodziewanej śmierci. Mówią do nas samotne puste i niszczejące domy. Przeszłość, która wciąż jest sobą i nie chce być tu i teraz, nie chce być pojednaniem, przebaczeniem, ta, która chce wciąż być sobą, czyli za wszelką cenę chce postawić na swoim, choćby miała utracić wszystko, nawet Boga. I traci.

Niektórzy ludzie są źli. Nie umieją przystosować się do ograniczeń w czasie zarazy. Ich życiem był na przykład tylko biznes i wszelkie psiekrwiejki z nim związane. Teraz pomstują. Nagle okazało się, że od 35 lat są w związku i to małżeńskim, mają w dodatku dzieci i wnuki. Nikt z nich nie zna kogokolwiek z nich. Reakcja? Co ty tutaj robisz? Odejdź! Ale co ksiądz? Co ludzie? Mieli swoje zespoły tańca i pieśni oraz muzyki regionalnej i ponadregionalnej. Co mają robić, jak dwoje niespokrewnionych nawet w maskach nie może się zbliżyć do siebie. Wbrew Bogu, wbrew Kościołowi, wbrew partii, wbrew sobie twierdzą - eureka EUTANAZJA! Chce mieć moje zabawki, a przy okazji wybije się starców i chorych. Kurcze Hitler miał rację! Nic, że przecież tutaj akurat wszyscy mamy wielkie domy, przestronne ogrody i pola i lasy i zbocza gór i szlaki i hale i potoki i rzeki. Naprawdę jest się czym zająć i gdzie cieszyć ogromnie bogato nagromadzonym pięknem. Jest radości życia po uszy. Nie! Bo ja chcę i nie przyjmę do wiadomości.

Cudna niedziela. Po prostu być ze sobą o przytuleniu, pocałunku, kochanym czułym słowie, o szklance herbaty, o kubku kawy, o talerzu grysiku z żurawiną, masłem i słonecznikiem, o drożdżowcu, o talerzu bigosu z chlebem. Napisać kilka limeryków, ustosunkować się do rzeczywistości, posłuchać kłamstw ludzi polityki, przywieźć bundz, bryndze i oscypek z bacówki, pospacerować mimo wiatru, którego miało nie być i chłodu, który niespodziewanie zastąpił słońce w aurze. Odwiedziły nas też wielkie dwa kielichy amarylisa z zewnątrz płatków w jasnym różu, a wewnątrz bardzo przejaskrawionym, prawie czerwonym. Życie jest piękne i dobre. Sprawdzają się modlitwy z płatków storczyków, w pąkach pnącej hortensji posyłane, w zapachu żonkili, na latawcach mniszków, w kroplach wody z wczorajszego deszczu, w zadumie z kazań łódzkich dominikanów, w bardowskiej pieśni z cmentarza Kazika i Ojcze nasz bez nie wódź nas na pokuszenie, bo wystarczy zbaw nas chwało Trójcy w wieki wieków przez tradycję i mądre potrzebne zmiany wiary dla szczęścia naszej wiary w naszej indywidualności. Z Bogiem i do widzenia.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.