Później Slawon dziesiątki razy [...] – Kadet

W tym miejscu znajdziesz opinie do tekstu, którego autorem jest Kadet — zgromadziliśmy 10 opinii.

Karczmarz cz. 10

Później Sla­won dziesiątki ra­zy próbo­wał od­tworzyć w pa­mięci wy­darze­nia, które nastąpiły po wejściu strażników, lecz nig­dy mu się to nie udało. Opierał się tyl­ko na do­mysłach i re­lac­jach in­nych, które jed­nak również nie były naz­byt rze­tel­ne. Jed­no było pew­ne – działo się dużo, szyb­ko i…krwawo.
Ułam­ki se­kund po tym, jak roz­legł się huk ot­wiera­nych drzwi, zakład­nik Kra­sena gwałtow­nie się wy­giął, od­chy­lając głowę w tył, po czym pod­ciął mu no­gi, co przy jed­noczes­nym skręcie tułowia i wy­biciu z dru­giej no­gi pos­kutko­wało tym, że obaj oder­wa­li się od ziemi i po­lecieli na przewróco­ne stoły. Różni­ca po­legała na tym, że mężczyz­na wylądo­wał miękko na ciele Kra­sena, na­tomiast tam­ten z im­pe­tem rymnął o stół, z głuchym łos­ko­tem uderzając głową o je­go kant. W efek­cie te­go ro­le się zmieniły – świeżo uwol­niony zakład­nik stał te­raz nad swym niedaw­nym prześla­dowcą, z ob­nażonym mie­czem w dłoni.
Jed­nak nie tyl­ko ta­jem­niczy mężczyz­na po­pisał się świet­nym ref­leksem – także in­ni po­kaza­li, że dos­to­sowa­nie się do no­wych wa­runków i błys­ka­wiczna reak­cja nie są im ob­ce. Nim jeszcze głowa Kra­sena uderzyła o stół, Ga­rold biegł już w je­go stronę, z pas­kudnie wyglądającym nożem w ręce. Również Ma­rand udo­wod­nił, że po­wie­rze­nie mu opieki nad strażą było ideal­nym wy­borem. Widząc, że no­wo przy­byli strażni­cy stanęli jak wry­ci i z osłupieniem ga­pią się na śla­dy niedaw­nej jat­ki, bezzwłocznie przystąpił do działania:
- Cze­go stoicie, psie sy­ny! – ryknął potężnym głosem, nieob­cym wszys­tkim je­go podwład­nym. Ten twar­dy, niez­noszący sprze­ciwu głos miał tę właści­wość, że poz­wa­lał na­tychmiast przej­mo­wać kon­trolę nad ludźmi i kiero­wać ich poczy­naniami – Do mnie psiek­rwie! Ale już!
Czte­rej strażni­cy do­piero w tym mo­men­cie zo­baczy­li swe­go przełożone­go. Je­go głos, tak dob­rze zna­ny im z częstych, mor­der­czych ćwiczeń, wyr­wał ich z otępienia i zmu­sił do działania. Bez zas­ta­nowienia ruszy­li w je­go stronę, po drodze do­bywając mie­czy. W jed­nej chwi­li ze zdu­mionych, oszołomionych i bez­radnych ludzi zmieni­li się w bez­względnych i śmier­telnie groźnych go­lemów. Gdy uwol­niono ich od obo­wiązku po­dej­mo­wania de­cyz­ji, myśle­nia, a wy­maga­no je­dynie posłuszeństwa i wy­kony­wania po­leceń, sta­wali się siłą, której nie sposób zlek­ce­ważyć. Ma­rand to wie­dział i bezbłędnie wy­korzys­ty­wał. Był człowiekiem czy­nu, nie na­dającym się do układa­nia fi­nezyj­nych planów, zas­ta­wiania pułapek, czy cier­pli­wego ocze­kiwa­nia na błąd ofiary. Za to wyśmieni­cie spraw­dzał się w sy­tuac­jach kry­zyso­wych, wy­magających błys­ka­wiczne­go i bez­pośred­niego działania. Tak więc nim jeszcze je­go czte­rej ludzie po­kona­li dzielący ich dys­tans, zaczął wy­dawać komendy:
- Dwaj ub­ra­ni na czar­no. Bar­dzo groźni. Za­bić. – a gdy od­ległość zma­lała do met­ra, ryknął – Za mną! – i ruszył biegiem, prze­sadzając ławy i roz­trącając taborety.
Właśnie hałas wy­wołany przez Ma­ran­da i je­go umiejętność sku­piania uwa­gi spra­wiły, że zarówno kar­czmarz, jak i obec­ni jeszcze w iz­bie wie­czor­ni by­wal­cy, prze­gapi­li to, co działo się obok. Mi­mo, że uderze­nie było potężne, głowa Kra­sena wyt­rzy­mał, a on sam po chwi­lowym zam­rocze­niu szyb­ko odzys­kał przy­tom­ność. Jak tyl­ko wróciła mu świado­mość, przystąpił do działania. A raczej chciał przystąpić. Jed­nak je­den rzut oka wys­tar­czył mu, by spos­trzec, że je­go sy­tuac­ja nie wygląda naj­le­piej. Os­trze mie­cza, za­taczające mi­nimal­ne łuki niecałe pół met­ra od niego, moc­no og­ra­niczało je­go możli­wości. Szczególnie w połącze­niu z trzy­mającą go ręką, której właści­ciel – tak tra­gicznie w skut­kach niedo­ceniony – stał nad nim z ka­mienną twarzą i spoj­rze­niem, które nie po­zos­ta­wiało złudzeń co do te­go, ja­ki los cze­ka Kra­sena gdy spróbu­je sięgnąć po nóż, al­bo cho­ciaż stanąć na no­gi… Jed­nak jak to zwyk­le by­wa, os­ta­tecznie o wszys­tkim za­decy­dował przy­padek. Ga­rold właśnie przes­koczył nad os­tatnim stołem, zag­radzającym mu drogę i chciał za­raz po wylądo­waniu cias­nym skrętem ominąć mężczyznę, który przyg­woździł Kra­sena do ziemi i ruszyć na spot­ka­nie strażni­kom. Jed­nak nie uwzględnił jed­ne­go. Drew­niana podłoga była w tym miej­scu pot­wornie ślis­ka od wchłoniętej w dużych ilościach krwi. W tej sy­tuac­ji gdy tyl­ko dot­knął ziemi, pośliznął się i stra­cił równo­wagę. Tyl­ko dzięki nieby­wałemu ref­lekso­wi i nadzwyczaj­nej zwin­ności nie sta­rano­wał stojące­go przed nim mężczyz­ny, des­pe­rac­kim skrętem tułowia zmieniając kieru­nek lo­tu. Jed­nak na­wet to nie po­mogło – prze­latując obok, za­haczył tam­te­go ręką. Niez­na­jomy, uderzo­ny w nerkę, stęknął cicho i na mo­ment spoj­rzał w bok, by zo­baczyć, co się stało. Dla Kra­sena było to aż nad­to. Błys­ka­wicznie pod­niósł z ziemi upuszczo­ny nóż, sprężył się w so­bie i jed­nym płyn­nym ruchem po­der­wał się z ziemi. I gdy tak le­ciał, cały uzys­ka­ny im­pet wy­korzys­tując do za­dania ciosu nożem, wy­mie­rzo­nym w gardło mężczyz­ny, przeżył ko­lej­ny koszmar­ny szok. Gdy ocza­mi wyob­raźni widział już os­trze roz­szar­pujące gardło i trys­kającą wokół krew, usłyszał me­taliczny zgrzyt, a rękę przeszył mu ok­ropny ból. Szyb­kość, z jaką niez­na­jomy za­reago­wał, prze­raziła go. Mi­mo, iż roz­proszo­ny i wytrąco­ny z równo­wagi, zdążył nie tyl­ko zab­lo­kować cios, ale w do­dat­ku zro­bił to trzy­manym w le­wej dłoni nożem, które­go do­był w międzycza­sie, pod­czas gdy pra­wej ręki, ob­ciążonej mie­czem, użył do uzys­ka­nia prze­ciw­wa­gi. Kra­sen na mo­ment osłupiał, nie mogąc zro­zumieć te­go, co się stało. Ura­towały go tyl­ko od­ruchy, tak wyt­rwa­le i długo wyp­ra­cowy­wane. To im zaw­dzięczał, że w os­tatniej chwi­li spa­rował wyp­ro­wadzoną kon­trę. To wy­darze­nie, w połącze­niu ze świado­mością, że gdy­by nie fakt, że niez­na­jomy przed wyp­ro­wadze­niem ata­ku mu­siał odzys­kać równo­wagę, zachwianą lek­ko przez uderze­nie ręką i bar­dzo moc­no przez od­bi­cie potężne­go ciosu, to te­raz on, a nie ta­jem­niczy mężczyz­na trys­kał by po­soką z rozpłata­nego gardła, sku­tecznie go ot­rzeźwiła i wyr­wała z otępienia. Nie miał jed­nak cza­su zas­ta­nawiać się nad wy­darze­niami, których był świad­kiem, a które nor­malnie uz­nałby za niemożli­we, po­nieważ miał dużo po­ważniej­sze zmar­twienia. Z naj­wyższym tru­dem od­bił nóż, zmie­rzający ku je­go wątro­bie, równocześnie us­ka­kując przed mie­czem, które­go os­trze wy­raźnie szu­kało tętni­cy udo­wej. Dzięki te­mu, stal za­miast tkan­ki, prze­cięła je­dynie no­gawkę spod­ni i tyl­ko drasnęła skórę. Po raz pier­wszy od wielu lat, w ciągu których stoczył set­ki po­jedynków, z których niemal zaw­sze wychodził bez draśnięcia, zaczął po­ważnie bać się nie ty­le te­go, że po­jedy­nek będzie trud­ny, ale o je­go rezultat…
Tym­cza­sem Ma­rand i je­go ludzie po­kona­li już cały tor przeszkód, pow­stały w wy­niku wcześniej­szych starć i z łos­ko­tem star­li się z Ga­rol­dem i je­go kom­pa­nem, do­dając so­bie od­wa­gi głośny­mi ok­rzy­kami. I także tym ra­zem, jak i pop­rzed­nio, na podłogę szyb­ko trysnęła krew. Strażnik, który nieopat­rznie wys­fo­rował się nap­rzód, zbyt późno spróbo­wał za­hamo­wać, nie chcąc zderzyć się z nad­biegającym z nap­rze­ciw­ka człowiekiem w czer­ni. Je­go pech po­legał na tym, że na miej­sce ha­mowa­nia przy­padł mu ka­wałek podłogi, uwa­lany ser­wo­wanym w kar­czmie krup­ni­kiem, który w tym mo­men­cie pot­wier­dził swoją złą sławę. Pap­ko­wata i oślizła kon­systen­cja naj­gor­szej zu­py w lo­kalu spra­wiła, że strażnik za­miast stanąć w miej­scu, wpadł w poślizg i ruszył w podróż po drew­nianej podłodze, roz­paczli­wie wy­machując ręko­ma. Nie trwało to jed­nak długo – gdy prześliz­gi­wał się obok swe­go niedoszłego opo­nen­ta, ten płyn­nym ruchem nad­gar­stka zmu­sił swój miecz do po­now­ne­go zbru­kania się krwią, roz­ci­nając udo strażni­ka, wraz z prze­biegającą tamtędy tętnicą. Po kil­ku chwi­lach, war­stwa krwi sku­tecznie skryła śla­dy mor­der­czej zu­py na des­kach podłogi, a sam strażnik znierucho­miał leżąc pop­rzek wywróco­nej ławy.
To jed­nak był ko­niec triumfów mężczyz­ny w czar­nym płaszczu – następni trzej pod­bieg­li niemal jed­nocześnie i choć bro­nił się roz­paczli­wie, to jed­nak niewiele mu to po­mogło. Z początku gład­ko pa­rował wszys­tkie ciosy, wyp­ro­wadzając cza­sem kon­trę, jed­nak po chwi­li inic­ja­tywę przejął Ma­rand, co i rusz wyp­ro­wadzając potężne ciosy. Je­den z nich był tak moc­ny, że zachwiał prze­ciw­ni­kiem i odep­chnął je­go gardę – i to wys­tar­czyło. Dwaj po­zos­ta­li strażni­cy dwa tra­fienia, a z przed­ra­mienia i łyd­ki mężczyz­ny popłynęły stróżki krwi. I to był już ko­niec wal­ki – zdołał jeszcze spa­rować tyl­ko dwa cięcia i pchnięcie, a następny cios zmiażdżył oboj­czyk i zat­rzy­mał się w oko­licach mos­tka. Mężczyz­na tyl­ko głucho stęknął, wy­puścił z dłoni ok­rwa­wiony miecz i padł na podłogę. Jed­nak lo­kal­ni stróże porządku nie zdążyli na­cie­szyć się od­niesionym zwy­cięstwem – led­wo Ma­rand wyszar­pnął miecz z upa­dające­go ciała, a między trójkę zwy­cięzców wpa­rował Ga­rold, z obłędem w oczach, pieniąc się i wy­dając nieludzki ryk. Stra­ta ko­lej­ne­go to­warzysza prze­pełniła czarę – przes­tał zważać na co­kol­wiek i ośle­piony fu­rią miał w głowie tyl­ko je­den cel – za­bić! Na je­go wi­dok cała trójka od­rucho­wo się cofnęła, odep­chnięta wyczu­walną niena­wiścią i żądzą mor­du. Jed­nak człowiek, który ich zaata­kował, nie był kar­czem­nym awan­turni­kiem, który pieni się i cis­ka, ale nie ata­kuje zbyt pochop­nie. Ga­rold był osobą o wielu twarzach, a jed­na z nich była twarzą zabójcy i kil­kukrot­ne­go trium­fa­tora tur­niejo­wych walk zbioro­wych i to z czasów nim zaczął właści­we szko­lenie. Te­raz więc nie zwol­nił ani na mo­ment, wręcz prze­ciw­nie – jeszcze przys­pie­szył. Wy­winął młyńca nad głową i uderzył potężnie, z szyb­kością błys­ka­wicy. Strażnik zdołał pod­nieść miecz na wy­sokość ra­mienia, gdy je­go głowa opuściła wy­god­ne miej­sce na kar­ku i pof­runęła w dal, de­fini­tyw­nie opuszczając to­warzys­two potężnych, wy­tatuowa­nych barków. Ga­rold na­tomiast nie tra­cił cza­su – jeszcze nim lecąca głowa uderzyła han­dlarza ko­niną, on przystąpił do dru­giego ata­ku. Jed­nak tym ra­zem po­pełnił błąd. Za­miast zaata­kować dru­giego strażni­ka, który na wi­dok krwi trys­kającej na pięć stóp w górę ze skróco­nego to­warzysza, ska­mieniał z prze­rażenia, rzu­cił się na Ma­ran­da, ja­ko bez­pośred­niego zabójcę swe­go to­warzysza. A ten, mi­mo że również w szo­ku, zacho­wał zdol­ność do ob­ro­ny. I choć w os­tatniej chwi­li, to jed­nak spa­rował uderze­nie z góry, mie­rzo­ne pros­to w cze­rep. I choć siła ciosu spra­wiła, że no­gi się pod nim ugięły, to wyt­rzy­mał, a ból w rękach sku­tecznie ot­rzeźwił go z szo­ku. Dzięki te­mu spa­rował następny cios, mie­rzo­ny w wątrobę, a także pod­stępne pchnięcie w krtań. Po tym os­tatnim zna­lazł się w bar­dzo niedo­god­nej po­zyc­ji, gdyż po roz­paczli­wej ob­ro­nie nad­mier­nie się odsłonił, jed­nak z po­mocą przyszedł mu podwład­ny, który na­reszcie się ot­rząsnął i wyp­ro­wadził niem­ra­wy atak. Widząc tak niepo­rad­ny cios na ćwicze­niach, Ma­rand os­tro zru­gałby strażni­ka, jed­nak te­raz był mu wdzięczny. Mi­mo, iż cios zos­tał bez wy­siłku spa­rowa­ny, to jed­nak wytrącił Ga­rol­da z ryt­mu i poz­wo­lił Ma­ran­do­wi na chwilę wyt­chnienia. A to było aku­rat ty­le, ile doświad­czo­ny wo­jow­nik pot­rze­bował. Pew­nym sko­kiem skrócił dys­tans i przejął inic­ja­tywę. Jed­nak zre­zyg­no­wał z tak­ty­ki potężnych ciosów, mających złamać opo­nen­ta – je­go prze­ciw­nik był na to zbyt szyb­ki. Za­miast te­go przerzu­cił się na ata­ki fi­nezyj­ne, szyb­kie i następująco la­wino­wo, je­den za dru­gim. Wal­ka stała się strasznie za­cięta, lecz mi­mo nad­ludzkich wręcz wy­siłków, czy­nionych przez obu strażników, tańczący między ni­mi mężczyz­na wciąż w os­tatnim mo­men­cie uchy­lał się przed ciosa­mi, lub też blo­kował te, które zda­wały się już wbi­jać w ciało. Miało to jed­nak dob­re stro­ny. Po pier­wsze, zep­chnięty do ob­ro­ny nie mógł wyp­ro­wadzać włas­nych ataków, a po dru­gie, wal­cząc sam prze­ciw­ko dwóm mu­siał zmęczyć się szyb­ciej (szczególnie, że nie była to je­go pier­wsza wal­ka w tym dniu). I rzeczy­wiście, po kil­ku ko­lej­nych se­riach cios – pa­rada – pchnięcie – unik – cios – unik – cios końcówka mie­cza Ma­ran­da na­cięła no­gawkę spod­ni, a chwilę później zaz­naczyła cieniuteńki, czer­wo­ny ślad na le­wym po­liczku Ga­rol­da. Wy­darze­nie to spra­wiło, że na twarzy dowódcy straży przem­knął cień uśmie­chu. Nie poz­wo­lił so­bie jed­nak na de­kon­cen­trację, wręcz prze­ciw­nie –moc­niej za­cisnął w sku­pieniu kwad­ra­towe szczęki i zwiększył jeszcze wy­siłki mające na ce­lu tra­fienie prze­ciw­ni­ka. Umiejętność długiej kon­cen­trac­ji i nie pod­da­wanie się emoc­jom w cza­sie wal­ki były ko­lej­ny­mi za­leta­mi, które sta­nowiły o wyjątko­wości te­go nieg­dy­siej­sze­go żołnie­rza, ma­rude­ra, zbója i wy­kidajły. Nies­te­ty, dru­gi strażnik mi­mo po­dob­nej ko­lek­cji ty­tułów, ta­kich cech nie po­siadał. Tak więc gdy tańczący między ni­mi mężczyz­na po ko­lej­nej niemożli­wej pa­radzie za­toczył mie­czem zbyt sze­roki łuk, to właśnie on, a nie je­go przełożony, „zwiet­rzył mo­ment” i rzu­cił się do ata­ku. I zgod­nie z tym, co pod­po­wie­dział Ma­ran­do­wi in­styn­kt, był to koszmar­ny błąd. Gdy je­go podwład­ny skoczył nap­rzód, Ga­rold wy­korzys­tał pęd mie­cza, by jeszcze szyb­ciej us­koczyć w bok. I gdy naiw­ny strażnik le­ciał obok niego, z głupa­wym wy­razem zdzi­wienia na twarzy zawzięcie tnąc po­wiet­rze, gwałtow­nym skrętem tułowia i za­machem ra­mienia za­dał cios w krzyże, które­go siła była tak duża, że chro­niąca je kol­czu­ga zda­wała się nic nie po­magać. Wpraw­dzie nie rozpłatało strażni­ka na pół, ale wy­dał on z siebie koszmar­ny, ur­wa­ny ok­rzyk i z twarzą skur­czoną z bólu zwa­lił się pod no­gi Ma­ran­da, który chcąc nie chcąc, mu­siał od­skoczyć w tył…
Ta­niec śmier­ci trwał. Ruchy obyd­wu wal­czących umy­kały wzro­kowi, roz­my­wały się wręcz i gu­biły. Wal­czy­li w zu­pełnym mil­cze­niu, sku­pieni do gra­nic możli­wości. Je­dynym wyt­warza­nym przez nich dźwiękiem był szczęk noży. Cza­sem dźwięk ten roz­le­gał się kil­ka ra­zy w ciągu se­kun­dy, in­nym ra­zem zni­kał. Można by wte­dy usłyszeć przys­pie­szo­ne, chrap­li­we od­dechy obu mężczyzn, ale ginęły one w hałasie toczącej się obok wal­ki – równie śmier­telnej, a jed­nak tak od­mien­nej. Tam rządził chaos, trys­kała krew, pa­nował har­mi­der i zgiełk. Tu wszys­tko działo się w zaw­rotnym tem­pie, z chi­rur­giczną pre­cyzją. Tam były zwro­ty ak­cji, zmiany układu sił. Tu­taj nie. Tu pa­nował je­den sche­mat – Kra­sen do­kony­wał nad­ludzkich czynów, blo­kując za­sypujący go grad ciosów i uchy­lając się przed cięciami, z których każde było „os­ta­teczne”. Przes­tał dos­trze­gać co­kol­wiek, otocze­nie przes­tało dla niego is­tnieć. Był tyl­ko on i ten ka­wałek sta­li, który ciągle próbo­wał poz­ba­wić go życia. Życia, które tak bar­dzo kochał i które­go tak bał się stra­cić. Tym­cza­sem ten lo­dowa­to zim­ny ka­wał sta­li wciąż na no­wo próbu­je wysączyć je­go ciepłą krew. I jeszcze raz. I zno­wu. Z góry. Z pra­wej. Na od­lew. Sztych. W udo. Od biod­ra. Od ra­mienia. Pchnięcie. Kra­sen dob­rze wie­dział, że jest to pros­ta dro­ga do tra­gedii. Wie­dział, że jeśli nie przej­dzie do ata­ku, to będzie zgu­biony. W końcu ta­jem­niczy mężczyz­na do­sięgnie go, je­go zim­na stal utoczy mu gorącej, życiodaj­nej krwi. Wie­dział…i bro­nił się da­lej. Bo o ata­ku nie było mo­wy. Je­go prze­ciw­nik wal­czył strasznie. Bez­na­miętnie. Z lo­dowa­tym opa­nowa­niem i ka­mien­nym spo­kojem. Je­go oczy były zim­niej­sze, niż trzy­mana w ręku stal. Je­go twarz była maską, od początku star­cia nie zmieniła wy­razu. Kra­sen już nieraz się bał, ale do­piero te­raz poz­nał, co to jest strach. Lęk, który ma moc obezwład­nić. Prze­rażenie, które roz­le­wa się po ciele i pa­raliżuje duszę. Bro­nił się tyl­ko in­styn­ktem, wrodzo­nym i szli­fowa­nym ref­leksem, wyu­czo­nymi do per­fek­cji od­rucha­mi. On sam był jak­by po­za tym. W głowie miał pus­tkę, brze­mienną w jedną, wszecho­gar­niającą myśl – ZGINĘ. TO KO­NIEC. I choć ciało, ta ideal­na i nieza­wod­na machi­neria, na­dal wal­czyło, to umysł już wy­wiesił biały sztan­dar. Każdy ko­lej­ny unik był za­powie­dzią zagłady. Każda gar­da – zwias­tu­nem cier­pienia. Ra­miona pa­liły go strasznym bólem, ale nie zwra­cał na to uwa­gi. Z kil­ku roz­cięć na skórze sączyła się krew, jed­nak on te­go na­wet nie dos­trzegł. Przeczu­cie nieu­chron­ności od­su­wało wszys­tko in­ne na plan dal­szy. Spos­trzegł, że je­go ruchy zwal­niają. Że je­go uni­ki są mi­nimal­nie wol­niej­sze. Że reak­cje o ułam­ki se­kund spóźnione. Dla zwykłego człowieka nie byłoby żad­nej różni­cy – ruchy Kra­sena na­dal byłyby dlań niemal niedos­trze­gal­ne. Jed­nak on sam widział prawdę wy­raźnie. Znał siebie i swo­je możli­wości, wyt­rzy­małość i gra­nice, których je­go or­ga­nizm nie przek­roczy. Wie­dział, że któryś z naj­bliższych ataków (dziesięciu?, dwudzies­tu?) za­kończy ten po­jedy­nek. I wie­dział, że je­go prze­ciw­nik wie. Pot­wier­dze­nie swoich po­dej­rzeń ot­rzy­mał niemal na­tychmiast. Po zabójczym pchnięciu w krtań, przed którym cu­dem się uchy­lił, nastąpiły dwa błys­ka­wiczne cięcia – w udo i brzuch – a następnie trze­cie, w lewą rękę. W porówna­niu do pop­rzed­nich, zos­tało wy­kona­ne niemal od nie­chce­nia, na od­wal. A jed­nak wys­tar­czyło, by na le­wym bi­cep­sie Kra­sena po­jawiła się szra­ma, długa na pa­lec i bar­dzo głębo­ka. Syknął z bólu, a je­go ręka mo­men­talnie za­wisła bezwład­nie, obi­jając się o le­we biod­ro. Cięcie w skroń spa­rował auto­matycznie, przed pchnięciem w wątrobę zdołał się uchy­lić. Jed­nak bezwład­na ręka jeszcze bar­dziej spo­wol­niła je­go ruchy i gdy do­piero odzys­ki­wał równo­wagę, zo­baczył jak zim­na stal bie­rze za cel je­go ser­ce. Przy­naj­mniej kon­kret­nie – przem­knęło mu przez myśl. Unosząc rękę wie­dział już, że je­go pa­rada spóźni się o dob­re 10 cen­ty­metrów. Za­cisnął zęby, ocze­kując bólu, czując pochłaniającą go roz­pacz…i ze zdu­mieniem spos­trzegł, że wro­ga stal nie tyl­ko nie sięgnęła ce­lu, ale posłuszna ręce wy­cofała się. Spoj­rzał nieco wyżej i uj­rzał wyk­rzy­wioną w bólu twarz niez­na­jome­go i je­go skroń, która ob­fi­cie krwa­wiła. Jed­nocześnie usłyszał dźwięk tłuczo­nego szkła – to szklan­ka, która ugodziła je­go prze­ciw­ni­ka, uderzyła o podłogę, roz­sy­pując się w drob­ny mak. Nie wierząc włas­ne­mu szczęściu i nie próbując zgadnąć, ja­kiż to idiota ruszył mu z po­mocą, rzu­cił się w tył, roz­poczy­nając błys­ka­wiczny od­wrót. Po raz pier­wszy w ciągu os­tatniej de­kady, mając możli­wość do­bicia oszołomione­go prze­ciw­ni­ka, nie zro­bił te­go. I se­kundę później gra­tulo­wał so­bie ge­niu­szu. Gdy­by zaata­kował, zdradziec­kie pchnięcie, wy­kona­ne przez na wpół ogłuszo­nego mężczyznę, tra­fiłoby go ideal­nie w krtań. Wyob­raźnia przes­trzen­na i szyb­kość reak­cji je­go prze­ciw­ni­ka po raz ko­lej­ny przejęły go prze­rażeniem. Jed­nak fa­la ra­dości, która za­lała go po tym tak nieo­cze­kiwa­nym, da­nym przez los dru­gim życiu, do­dała mu sił i ener­gii. W błys­ka­wicznym pi­ruecie obrócił się przo­dem do drzwi, jed­nocześnie przes­ka­kując nad pog­rucho­tany­mi szczątka­mi stołu i w pełnym pędzie ruszył do wyjścia. I właśnie wte­dy, gdy je­go mózg wyr­wał się z apa­tii i wzno­wił działanie, w sza­lonej se­rii myśli i ob­razów próbując nad­ro­bić za­ległości i uporządko­wać wstrząsające przeżycia, zro­zumiał wreszcie, z kim wal­czył. Praw­da uderzyła go z siłą ka­fara. Ra­zem z tożsa­mością mężczyz­ny, na­deszły opo­wieści, które o nim słyszał. Opo­wieści, które zaw­sze uważał za zmyślo­ne, prze­sadzo­ne i wyima­gino­wane, a które oka­zały się ka­leką próbą od­da­nia choć części praw­dy. Wraz z ni­mi przyszła też świado­mość, że w tej sy­tuac­ji choćby biegł pięć ra­zy szyb­ciej, nie dot­rze do drzwi. Miał za ple­cami naj­lep­sze­go nożow­ni­ka, ja­kiego znała his­to­ria. Fakt, że był je­dynym człowiekiem, który przeżył po­jedy­nek z nim, nies­pecjal­nie go te­raz po­cie­szał. Całość tych prze­myśleń trwała może jed­no uderze­nie ser­ca. Przy dru­gim podjął już de­cyzję. Pos­ta­nowił pos­ta­wić wszys­tko na jedną kartę i za­ryzy­kować. Zresztą, jeśli się nie my­lił, był to je­dyny sposób dający choć cień szan­sy… Gwałtow­nie skręcił i za­miast w stronę drzwi ruszył w stronę trójki wal­czących, od­da­lonych od niego o ja­kieś trzy met­ry. Po­konując ten dys­tans zo­baczył, jak strażnik na­biera się na pros­tacką zmyłkę, rusza do ata­ku, tnie po­wiet­rze i lądu­je pod no­gami przełożone­go, z kręgosłupem co naj­mniej przetrąco­nym, a praw­do­podob­nie pog­rucho­tanym w od­cinku lędźwiowym. Jed­nak lo­sy strażni­ka miał gdzieś. In­te­reso­wał go tyl­ko Ga­rold, który po wy­kona­nym ma­new­rze stał te­raz bo­kiem do niego. Kra­sen prze­biegł pędem obok niego, w prze­locie trzy­manym w ręce nożem roz­szar­pując wewnętrzną stronę sta­wu łok­ciowe­go człowieka, który do dnia dzi­siej­sze­go ja­ko je­dyny wzbudzał w nim lęk. Gdy tyl­ko go minął, znów gwałtow­nie skręcił i ruszył pędem w stronę drzwi, słysząc łos­kot mie­cza, pa­dające­go na podłogę. Pra­wa ręka Ga­rol­da była unie­szkod­li­wiona, a je­go miecz dołączył do wa­lające­go się po ziemi żelas­twa. Długo nim do­tarł do drzwi wie­dział, że od­niósł suk­ces. Roz­pierała go sza­lona ra­dość. Miał szansę jedną na mi­lion i wy­korzys­tał ją! Gdy wy­padał przez drzwi w mrok no­cy, obej­rzał się za siebie. Uj­rzał dokład­nie to, cze­go oczekiwał.
Ból głowy roz­sadzał mu czaszkę. Właśnie te­raz, gdy zwy­cięstwo było tak blis­kie… O siebie się nie bał. Mi­mo iż zam­roczo­ny, na­dal czuł się bez­pie­czny. Od­cze­kał trzy uderze­nia ser­ca i wy­konał mor­der­cze cięcie, z pa­mięci od­twarzając ruch. Jed­nak tak jak się spodziewał, je­go nóż nie na­pot­kał opo­ru. Je­go prze­ciw­nik był zbyt mądry, by rzu­cić się do ata­ku na oślep. Gdy wreszcie odzys­kał wzrok, je­go przy­puszcze­nia się pot­wier­dziły – uj­rzał Kra­sena moc­no już od­da­lone­go i pędzące­go ile sił w no­gach. Na szczęście cza­su miał aż naz­byt. Spo­koj­nie zmrużył oczy, bez­wied­nie przyj­mując po­zycję i us­ta­wiając rękę. Już już miał cisnąć nożem i za­kończyć tą sza­loną ucie­czkę, gdy wtem…zba­raniał. Kra­sen gwałtow­nie skręcił i ruszył w stronę wal­czących. Je­go szok szyb­ko ustąpił miej­sce prze­rażeniu – gdy zro­zumiał, ja­ki złowie­szczy i ge­nial­ny w swym ok­ru­cieństwie plan uk­nuł ten człowiek. Pot­wier­dze­nie przyszło od ra­zu – skok, gwałtow­ny skręt i Kra­sen mknął ku drzwiom, miecz Ga­rol­da uderzył o podłogę, a z je­go ręki trys­kała krew. Wie­dział, że w dal­szym ciągu może rzu­cić nożem i za­bić ucieki­niera. Wie­dział również, że za kil­ka se­kund Ma­rand za­bije Ga­rol­da… Podjął de­cyzję. Przyjęcie pos­ta­wy, wy­mie­rze­nie i rzut zajęły mu mniej, niż mrug­nięcie okiem. Nóż wy­konał w po­wiet­rzu dokład­nie dwa ob­ro­ty i ut­kwił w gar­dle Ma­ran­da aż po ręko­jeść. Po­soka trysnęła na wszys­tkie stro­ny. Jeszcze nim nóż skończył swój lot śmier­ci, mężczyz­na po­der­wał się do biegu. Pędem pod­biegł do Ga­rol­da, które­go ręka wy­magała na­tychmias­to­wej po­mocy. W do­dat­ku nie był pe­wien, czy leżący obok strażnik nie wsta­nie za­raz i nie spróbu­je cze­goś głupiego. Pod­biegł i pomógł usiąść ran­ne­mu. Gdy pod­niósł oczy, uj­rzał Kra­sena, zni­kające­go w pros­tokącie wejścia, z szy­der­czym uśmie­chem na us­tach. Z mro­ku do­biegł go złowie­szczy głos:
- Do zo­bacze­nia, Star­cze! Na szczęście ty też masz słabe punkty…
Po tych słowach roz­legł się długi, szy­der­czy śmiech.
Skrzypnęły za­wiasy i drzwi zaczęły się za­mykać. Cichy, fur­koczący dźwięk, który się przy tym roz­legł, nie przy­kuł niczy­jej uwa­gi… Ulot­ny błysk światła od­bi­tego od os­trza i głuchy jęk Ga­rol­da zlały się w jed­no. Mężczyz­na naz­wa­ny Star­cem ja­ko je­dyny spos­trzegł rzu­cony nóż, jed­nak nies­te­ty nie on był ce­lem. Os­trze tkwiło pew­nie w ce­lu, którym był pod­trzy­mywa­ny przez niego człowiek. Człowiek, który poświęcił życie dla Króles­twa i służby królo­wi, wy­konując skraj­nie niebez­pie­czne za­dania. Człowiek, które­mu za la­ta wyrzeczeń i poświęceń zapłaco­no te­raz po­dej­rze­niem o zdradę. I on, Starzec, przyłożył do te­go rękę…
Do­piero po chwi­li spos­trzegł, że Ga­rold coś mówi. Nachy­lił się, aby usłyszeć cichy, char­kotli­wy szept:
-…ura­towa­na. Udało się. Kra­sen zdradził. Sprze­dał nas. – mówił z naj­wyższym tru­dem, od­dychając chrap­li­wie i dławiąc się krwią – Nah­mej­czy­cy. Złapa­li go. I przewerbowali.
Chciał mówić da­lej, ale nie zdołał. Zachłysnął się jeszcze krwią, je­go ciałem wstrząsnął dreszcz, po czym znierucho­miał. Na zaw­sze. Naj­wier­niej­szy człowiek króla Da­gora przeszedł do his­to­rii, do końca pełniąc swą służbę. Starzec pat­rzył w je­go ma­towiejące oczy i ze wszys­tkich sił wal­czył z za­lewający­mi go: fu­rią, frus­tracją i po­gardą. Po­gardą do ludzi, którzy do te­go dop­ro­wadzi­li. Po­gardą do siebie. Du­mał tak dłuższą chwilę, po czym os­trożnie złożył ciało Ga­rol­da na ziemi, pod­niósł się i ruszył w stronę leżące­go pod ścianą os­tatniego z piątki to­warzyszy. Leżący chciał się pod­nieść, jed­nak złama­ne żeb­ra spra­wiły, że je­dynie syknął z bólu i opadł na podłogę.
- Leż spo­koj­nie – rzekł Starzec – Na dziś już ko­niec. Nic więcej się tu nie wydarzy.
- Czy to praw­da? – za­pytał z tru­dem tam­ten – Czy ty jesteś…?
- Tak. To ja. Ale to nie ma znacze­nia. Nic już nie ma znaczenia.
- Jak to! Ale wiado­mość. Taj­ny do­kument. Masz go na­dal. Nie zginął. I wiemy, kto jest zdrajcą. To Krasen!
- Tak… Prob­lem w tym, że ja wie­działem to jeszcze za­nim ot­rzy­maliście misję. Jed­nak nie prze­konałem króla…nie zająłem się tym. Nie zauważyłem, że zdra­da Kra­sena to nie jest wyb­ryk jed­ne­go człowieka, ale część szer­szych działań… Te­raz już to ro­zumiem. Zdraj­ca jest w naj­bliższym otocze­niu króla. Ale to już nie ważne.
- Ale do­kument! Na­dal jest Twój. Taj­ne informacje…
- Oto twój do­kument! Taj­na wiado­mość, w imię których poświęca­my naj­lep­szych ludzi! Mar­ny pod­stęp, podła próba lo­jal­ności! – to mówiąc wyjął zza pa­sa zwój per­ga­minu, złamał pieczęć królew­ską i rzu­cił pod no­gi rannego.
- Masz swo­je taj­ne wieści! O ka­pital­nym dla króles­twa znacze­niu! Leż tu, za­raz spro­wadzę me­dyka. A po ka­kofo­ni zza ok­na wnoszę, że wreszcie do­tarła tu reszta straży. Za­raz wezmę w ob­ro­ty tych idiotów i znajdę im zajęcie… A wy cze­go się ga­picie! – ryknął na ludzi, którzy jeszcze po­zos­ta­li w kar­czmie – Wy­nocha stąd! Ale już!
Wtem je­go wzrok padł na kar­czmarza. Sla­won stał za ladą, biały z prze­rażenia. Twarz star­ca wyk­rzy­wił po­nury grymas.
- To to­bie wi­nienem podzięko­wania za roz­wa­loną głowę… Ehhh…. Przeklęta two­ja mać, bo­daj byś się nig­dy nie urodził! Nie trząś się tak, nic ci nie zro­bię. Miałeś od­wagę działać, miej od­wagę no­sić kon­sekwen­cje… Karą będzie ci świado­mość, że jes­teś współwin­ny śmier­ci naj­wier­niej­sze­go i naj­bar­dziej pra­wego człowieka w tym chędożonym króles­twie głupców. Na liście win­nych zaj­mu­jesz zaszczyt­ne, dru­gie miej­sce – za­raz za mną…
Po tych słowach obrócił się, spoj­rzał na leżący na ziemi per­ga­min, splunął z ob­rzydze­niem i ruszył w kierun­ku drzwi.
Gdy wyszedł, długo jeszcze pa­nowała głucha cisza. W tej ciszy leżący mężczyz­na w czar­nym płaszczu pod­niósł zwój z królew­skim la­kiem i przeczy­tał, co następuje:

Królew­ski jadłospis:
1. Śniadanie:
- ja­jeczni­ca z pięciu jaj
- świeży bekon
- dwa do­rod­ne pomidory
2. Obiad:
- pie­czo­na baranina
- czte­ry surówki
- kasza w so­sie E`guade…
Da­lej nie czy­tał. Znies­maczo­ny opadł na ziemię i długo, z wściekłością za­ryczał…

opowiadanie • 27 listopada 2011, 02:40

Już Cię lu­bie, Ty Ja­kubie :)
Trochę doooooogie, ale nie nudzi... faj­nie się czyta.
Pozdrawiam. 

Eee tam, dyplomatyczne...


Miłosier­dzie jest za­raźli­we(spraw­dzałam) , również w sieci,
więc nie dzi­wię się,że i Ciebie nie ominęło ;p

"Mar­nuję okaz­je"? - spre­cyzuj , bo nie lu­bię ;D

Ja już na­pisałam jak u mnie ,
i szczerze
 [...] — czytaj całość »

Hahaha!
Ano, jak od­po­wiada, to go nie zmieniaj. ;-)

Heh, widzę, że dyp­lo­matyczne wy­powie­dzi również Ci nieobce...
"Nie­czuła z na­tury"...no cieka­we... ;D

Muszę Cię zmar­twić, ale na tą op­cję nie poz­wa­la mój pun­kt sie­dze­nia - wedle [...] — czytaj całość »

Mój pun­kt sie­dze­nia mi odpowiada,
a od­nośnie sa­mego sie­dze­nia się nie wypowiadam...:D

Ja tam jes­tem nie­czuła z natury.
Mnie po­ciąga tyl­ko to co zasługu­je na to ,
by pociągało.

Już nie bierz tak wszys­tkiego na siebie.
Po­zos­ta­je jeszcze
 [...] — czytaj całość »

Ano, to nasze "pun­kty sie­dze­nia" są do­syć od­mien­ne... ;-)

Tą za­leżność w pełni ro­zumiem - też tak mam, że co­raz trud­niej mnie zas­koczyć, po­ruszyć, za­dowo­lić... Tym trud­niej, im więcej dob­rych książek pochłonąłem... Puzo, [...] — czytaj całość »

Two­je wrażenie z mo­jego pun­ktu sie­dze­nia ,
jest je­dynie wrażeniem.

Fakt, jes­tem wy­magająca , bo praw­da jest taka,że
kiedy przeczy­tasz coś świet­ne­go , to to co "przed".
było ok , "po" jest do niczego.
A,że czy­tam min.Puzo,Palahniuk'a
 [...] — czytaj całość »

Ano, ja właśnie też się nie znam i dla­tego tak liczę na uwa­gi in­nych... Szczególnie, że nieraz uwa­gi "niez­nających się" by­wają niez­wykle cen­ne. ;-)
A swoją drogą, to Ty chy­ba jed­nak trochę się [...] — czytaj całość »

Po­wiem Ci,że ja się nie znam za bardzo
na opo­wiada­niach od stro­ny poprawności,
żeby nie po­wie­dzieć wcale.
To co czy­tam u Ciebie mi odpowiada,
na­tomiast mnie oso­biście mno­gością wydarzeń
na­mie­szałeś we łbie :D

Co do sa­mej krytyki...
Uważam ,że
 [...] — czytaj całość »

O!

Dziękuję uniżenie! Jeśli pot­ra­fię zain­te­reso­wać, to bar­dzom rad. To te­raz będę pra­cował nad ut­rzy­maniem zain­te­reso­wania dłużej niż pier­wsze linijki...

Bar­dzo dziękuję za opi­nię, bo tyl­ko na nie liczyłem, wrzu­cając tek­sty. Jeśli masz dla mnie kry­tykę, to proszę po­daj - pochwała miła dla ucha, lecz to kry­tyka da­je mo­tywację i wska­zuje drogę...

Poz­dra­wiam! :) 

Po­doba mi się na­wet Twój styl pisania.
Pot­ra­fisz zain­te­reso­wać czytelnika.
 

Facebook
Reklama
Partnerzy

Blok

Cy­taty.eu - afo­ryz­my i sen­ten­cje Afo­ryz­my, Cy­taty, afo­ryz­my, sen­nik Moje-Cytat­y.com, Za­mys­le­nie.pl - Afo­ryz­my dla Ciebie, Aforyzmy i cy­taty

Reklama
Autorzy
d'Arc Bułhakow Lincoln

No_One_

Użytkownicy
J K L
Reklama