(wstawiam ten tekst, bo [...] – .Rodia – zeszyty

W obecnej chwili w 5 zeszytach znaleźliśmy poniższy tekst, którego autorem jest .Rodia.

psychofazologia-konto usunięte, czego się wszak spodziewałem

(wsta­wiam ten tek­st, bo chciałem go sko­men­to­wać. ro­zumiem po­wody dla których zos­tał usu­nięty przez auto­ra. gdy człowiek oka­zuje swoją je­dyną prawdę, a świat na nie nie pat­rzy (w tym przy­pad­ku nie ko­men­tu­je), może nie znieść bólu, który wy­nika z je­go od­mien­ności i po­kazu­je jak bar­dzo jest sa­mot­ny. za­pew­ne zos­tał ska­sowa­ny, gdyż każde­go dnia mógłby zno­wu przy­pomi­nać, że ktoś jest sam ze sobą. w podzięko­waniu za tent teks przez naj­bliższy czas nie będę do­dawał no­wych, by wi­siał na początku. niech po­leży cho­ciaż tydzień. do­dam również że to je­den z niewielu wyjątko­wych tek­stów, ja­kie czy­tałem i są mi po­niekąd blis­kie kiedy wra­cam cza­sem w pamięć)

ko­men­tarz do auto­ra - gdy­bym mógł pomóc ci zro­zumieć pew­ne nieścisłości w tekście proszę o kon­takt.gdy­byś mil­czał jed­nak, nie poczuję się urażony. wy­bacz, że wsta­wiam ten tek­st. to była mo­ja ri­pos­ta.


"Wszys­tko tak oczy­wis­te, że za cho­lerę nie wiado­mo o co kaman

Oczy­wiście, że wróciłem. To na­tu­ral­ne dla wy­mysłu, którym jes­tem. Oczy­wiście, że mnie to wkur­wia, to na­tu­ral­ne dla cze­goś, czym jes­tem. Oczy­wiście, że mam to w du­pie, to zwyczaj­nie na­tural­ne.
Wróciłem dla sa­me­go siebie, w miej­sca, których już nie ma, pow­ra­cając z sa­my­mi tyl­ko od­czu­ciami, które tym miej­scom to­warzyszyły. Pow­ra­cając doj­rzal­szy, ale co dziw­ne­go, ta doj­rzałość od­legła jest wyob­rażeniom na jej te­mat. Co za­baw­niej­sze, doj­rzałość ta jest młodzieńcza, by nie po­wie­dzieć nas­to­let­nia. Doj­rzałość ta jest wy­ni­kiem świado­mości i sta­je się rodza­jem ek­scy­tac­ji, rodza­jem sza­leństwa, sta­je się wol­nością samą w so­bie i wol­nością wy­biegającą po­za wszel­kie, do­tychczas zna­ne mi stan­dar­dy by­cia wol­nym.
Wiem, że muszę poz­wo­lić cze­muś odejść, ale żebym jeszcze wie­dział cze­mu, wie­dział jak, a może żebym cho­ciaż wie­dział, czy muszę to wie­dzieć, al­bo wie­dział, czy zas­ta­na­wianie się nad tym, czy muszę to wie­dzieć, jest słuszne. Jeśli nie jest słuszne, to teore­tycznie, nie muszę wie­dzieć nicze­go. I ta teore­tyczna myśl pa­su­je mi bar­dzo. Nie wie­dzieć nic. Nic kur­wa nie wie­dzieć, a jeszcze mniej ro­zu­mieć. To zba­wienie. Bo tu­taj, bez ro­zu­mienia, bez wie­dzy, jes­teśmy czyści, jes­teśmy pier­wsi, cały czas będąc dziewiczym spoj­rze­niem, niez­mie­sza­nym jeszcze przez wszel­kie doz­na­nia tzw. kul­tu­ry, tzw. zacho­wań, obyczajów, pa­ra­dyg­matów i wszys­tkich dog­matów, teorii, te­go wszys­tkiego, po czym człowiek zaczy­na myśleć, cho­ciaż ciężko naz­wać to myśle­niem właści­wym, myśle­niem fi­lo­zo­ficznym. To raczej wyścig myśli, które­go napędem są emoc­je.

Chciałbym mieć szczerze wy­je­ba­ne. Tak na sto pro mieć wy­je­ba­ne na ludzi. Nie czuć na­pięte­go mięśnia ser­co­we­go, gdy mi­jam ko­goś na uli­cy, nie czuć jak je­go oso­ba prze­ni­ka przez moją klatkę pier­siową. Wciąż te­go nie ro­zu­miem, kiedyś będę mu­siał i to wkur­wia. Nie chcę czuć, jak na­pi­nam mięśnie brzucha, bo prącie budzi się ze snu, bo zno­wu łapię wkurw na otocze­nie i bez po­wo­du de­ner­wują mnie przy­pad­ko­we głowy na uli­cy. A już w szczególności nie chcę wychodzić z do­mu tyl­ko dla­te­go, by uciec od wiz­ji, w których mnie zos­ta­wiasz, znaj­du­jesz ko­goś in­ne­go, a ja, roz­sier­dzo­ny, do­pa­dam go i leję po mor­dzie tak długo, aż zos­ta­je z niej czer­wo­ny na­leśnik. To przy­jem­ne, te całe myśli, prze­rażające, a jed­nak przy­jem­ne.
Bo w tych myślach czuję, jak bar­dzo jes­teś mi blis­ka, pod ty­mi myśla­mi czuję własną niena­wiść, która za wszelką cenę prag­nie dop­chać się do świado­mości. Zmieścić się w małym ro­zu­mie człowieka i za­mienić go w chaos. A mały człowiek prag­nie te­go chaosu, by sta­wać się większym.

Kiedyś myślałem, że wiele ro­zu­miem, że wiele od­kryłem po­pa­dając w in­tro­wer­tyzm, wszel­kie za­wiłości psychiczne i schorze­nia. Myślałem na­wet, że te schorze­nia są następstwem ja­kieś mis­tycznej wie­dzy, którą po­siadłem, a której nie pot­ra­fię wysłowić. Ale te­raz, te­raz będę po­wie­rzchow­ny, płyt­ki i zwyczaj­ny. Będę pro­zai­cznie ba­nal­ny.

A wszys­tko, by poz­być się sty­lu, wszel­kiego sty­lu, którym się kiero­wałem, poz­być się war­tości, których nie mam już zbyt wiele, poz­być się chęci i prag­nień, poz­być fan­taz­ji, marzeń. Poz­być się wszys­tkiego z cze­go, bądź na co składa się człowiek, zrzu­ca się jak w prze­paść, by pow­stało choć jed­no, małe urzeczy­wis­tnienie te­go, cze­go ten człowie­czek prag­nie.

I to za­baw­ne, jak trud­no spra­wić, by włas­na oso­bo­wość od­pier­do­liła się ode mnie. Nie jest wca­le tak sta­ra, ma prze­cież 23 la­ta. Niemal 24. Kur­wa. A do­piero były mo­je­go urodzi­ny, 23. O ile wte­dy pla­no­wałem, o ile miałem zro­bić, o ile zdo­być, i chuj cały z te­go wyszedł. Jak zwyk­le zresztą. Oczy­wiście, jes­tem wul­gar­ny, a co mam kur­wa po­wie­dzieć?! Cho­wać własną mar­ność pod dur­ny­mi me­ta­fo­ra­mi? Si­lić się na jakąś po­pap­raną sty­lis­tykę. Otóż ot­war­cie mówię - chuj w dupę wszys­tkim pseudo pi­sarzy­nom, które wy­du­mac­twem tuszują własną, mi­zerną osobę, własną głupotę i bez­ta­len­cie. Bo ja kur­wa uważam, że jak po­myślę kur­wa, za­nim na­piszę, to to kur­wa na­piszę, choćbym kur­wa miał się pow­tarzać. I niech to kur­wa będzie egzal­tac­ja, prze­rost for­my nad treścią, niech es­te­ty­ka boi się cho­ciaż przyz­nać, że w ogóle o niej myślałem pod­czas pi­sa­nia. Bo ja kur­wa te­raz nie piszę. Pier­wszy raz nie piszę. Pier­wszy raz, ot­war­cie, przed sa­mym sobą, przyz­naję się do źródeł, do praw­dy jaką jest, że pi­sar­stwo jest dla mnie le­kar­stwem. Jest ucie­czką, jest wy­ba­wieniem i pot­rzebą. I niech so­bie będę gra­fo­ma­nem, który płodzi set­ki stron miesięcznie, który nie może zos­ta­wić pus­te­go miej­sca w zeszy­cie, nie za­pi­sując go wcześniej, niech so­bie będę su­per, me­ga, hi­per gra­fo. Je­bać to. Te­raz, te­raz będę sobą. Tak kur­wa. Tym sobą, który skry­ty jest w oso­bo­wości, ale nig­dy nie miałem możli­wości wyjść na światło zewnętrzne, bo mu na to nie poz­wa­lałem. Cho­wałem się za wsty­dem, stając się co­raz bar­dziej karłowa­ty. Chuj, du­pa, kur­wa, ci­pa. Ko­niec te­go.

Może tu­taj nie być ani gra­ma sztu­ki, ani krzty, od­ro­bi­ny, może tu­taj nie być ani ociupin­ki ta­len­tu. Je­bać to. Piszę, bo się leczę. Leczę sa­me­go siebie - prze­je­ba­ne. Leczę się z sa­me­go siebie - pa­ra­doks. Ale chwi­la­mi się zas­ta­na­wiam (po­mi­jając to, że zas­ta­na­wiam się nad tym, kto doczy­ta tek­st do te­go mo­men­tu, gdy po­wo­li się roz­kręcam, ale po­wyższe­go tek­stu za chuj nie usunę) co jest kur­wa ze mną nie tak? Co jest we mnie, że muszę cier­pieć, że nie pot­ra­fię sa­modziel­nie wciąż lo­su we włas­ne ręce. Że szu­kam me­ta­fi­zycznych szlaków, ducho­wej dro­gi, a gówno, którym byłem i jes­tem, gównem po­zos­ta­je. Ma­sak­ra.

Co z tą oso­bo­wością, do kur­wy nędzy? Hel­lo?! Słyszysz mnie kur­wo?! Tak, to ja, Two­je­go ego. Cham­skie, próżne, bes­tial­skie. Pros­tac­two z gru­bej ru­ry, wio­cha, obłęd, sza­lekur­wa­wieństwo.
I chuj mnie swędzi, jak to wygląda... bo prze­cież i tak ściem­niam... Tyl­ko skąd tak po­my­lo­ne po­mysły, tak po­ro­nione. Ta mi­mo­wol­ność, która do­tychczas płynęła przez słowa, płynęła bez zas­ta­no­wienia, ta mi­mo­wol­ność zda­je się być dookoła mnie, za­tem, jeśli jest z niej coś we mnie, jest to sztuczne i uda­wane.

Zno­wu wy­pa­dałoby powrócić do oso­bo­wości, do świado­mości, emoc­jo­nal­ności, do ro­zu­mu, wol­ności. Do te­go wszys­tkiego, co jest mi ob­ce i obojętne. Chy­ba obojętne jest mi już wszys­tko. Nie chce mi się na­wet marzyć, nie mówiąc o tym, by te marze­nia reali­zo­wać. W głębi czuję, po raz ko­lej­ny, pot­rzebę załama­nia się, pot­rzebę dep­res­ji, bólu i cier­pienia oraz rodzącej się w nich niena­wiści. Pot­rze­buję umierać każde­go dnia ja­ko męczen­nik, a wręcz pragnę te­go, pożądam. Zas­ta­na­wiam się tyl­ko po co, jeśli chcę wznieść się po­nad to. Może is­tnieją popęd oraz pożąda­nie i jed­no jest in­styn­ktem, dru­gie jest już zja­wis­kiem umysłowym, blis­kim li­bi­do? Wychodziło by na to, że popęd ja­ko na­tu­ra, może być skraj­nie od­mien­ny od pożąda­nia, które jest nieco bar­dziej cha­rak­te­rys­tyką da­ne­go człowieka.
Wychodzi na to, że nasze pożądli­wości są fak­tycznie wy­na­turzo­ne, pod­czas gdy sam popęd działa podług na­tu­ry. Tyl­ko jak odróżnić popęd, od pożąda­nia? Jak roz­winąć włas­ny popęd, by ten mógł złączyć się z pożąda­niem? Jak roz­winąć w so­bie na­turę i in­styn­kt, by te połączyły się z li­bi­do człowieka, tworząc tym sa­mym coś nad­rzędne­go?

Zda­je się, że w każdym roz­myśla­niu, kwes­tią za­sad­niczą jest per­cep­cja wewnętrzna oraz umiejętność mo­du­lo­wa­nia świado­mością tak, by zagłębiać się w sed­no, bądź esen­cję. A mnie ani trochę nie chce się te­go ro­bić. Nie chce mi się ro­bić nicze­go. Jak­by ta­len­ty, które rze­ko­mo po­siadam, były na ty­le wys­tar­czające, iż nie muszę udo­wad­niać, że ja­ki­kol­wiek po­siadam. Bo i po co? Jak będę chciał, to na­wet nie będę udo­wad­niał, po pros­tu coś stworzę, w przypływie we­ny. Ale te­raz? Te­raz nie chce mi się tworzyć ani trochę. Szczerze po­wie­dziaw­szy, mam ochotę rzu­cić to wszys­tko w piździec i uciec do psychiat­ry­ka. Drzeć się w niebogłosy, płakać, roz­ma­wiać z wszys­tki­mi cho­ry­mi i czuć się jak w do­mu. Os­tat­nio myślę, że tyl­ko w psychiat­ry­ku czułbym się jak pośród rodzi­ny. Os­tat­nio myślę, że tyl­ko tam znajdę wol­ność. Zam­knięty pośród białych ścian. Jak­by spo­ra część mo­jej tożsa­mości, związa­na była właśnie z tam­tym miej­scem. Co­raz częściej po­mi­jając in­dy­wi­duum, którym jes­tem, a które, jak wspom­niałem, liczy so­bie nieco po­nad 23 la­ta, roz­ważam własną egzys­ten­cję w ka­te­go­riach po­nad cza­so­wych. I tak, co­raz częściej czuję, że spo­ra część mo­jej emoc­jo­nal­ności, wy­biega po­za cza­sy mo­jej obec­nej byt­ności we wciele­niu, którym się znaj­duję. Co­raz częściej od­czu­wam głód niena­wiści i dos­kwiera mi jej brak. Brak tej mrocznej ener­gii, skłębionej i sta­rożyt­nej, którą posługi­wa­li się "czar­nok­siężni­cy", "wiedźmy" i tym po­dob­ne, mi­to­lo­giczne wy­mysły naszej his­to­rii. Od­czu­wam blis­ki związek z tą ener­gią, po­nieważ wyk­racza ona po­za pro­zai­czne zdol­ności człowieka, z cza­sem zos­tała ok­reślo­na złem. Za­pew­ne ok­reślo­na przez ko­goś, kto po­siadał porówny­wal­ny og­rom mo­cy, lecz pochodzący z in­ne­go źródła, bądź przez ko­goś całko­wi­cie niero­zum­ne­go, kto ok­reślał rzeczy w ka­te­go­riach dob­ra i zła na pod­sta­wie lęku. I tak, złe jest wszys­tko, cze­go się boimy, na­to­miast dob­re jest wszys­tko, co nas po­ciąga. I przez to po­ciąga­nie, na­leży zno­wu chy­ba powrócić do kwes­tii pożąda­nia oraz popędu, po­nieważ pożąda­nie jest popędem sil­nym i mag­ne­tycznym, to­też po pier­wot­nym roz­gra­nicze­niu dob­ra i zła na pod­sta­wie lęku, mu­siała pow­stać ko­lej­na wy­tyczna, która nie była już tak moc­no in­styn­ktow­na, a stała się two­rem ro­zu­mu, in­te­lek­tu. Stała się zalążka­mi mo­ral­ności i su­mienia.

I przez tą wsze­la­kość, a może bez żad­ne­go po­wo­du, muszę wy­myślić no­we­go siebie. Jed­nak, pow­ra­cając już do cze­goś, co naz­wać mogę wiedzą, wy­myślić siebie ulep­szo­ne­go o wcześniej­sze bra­ki oraz obec­ne doświad­cze­nia pop­rzedzo­ne błęda­mi. Stworzyć siebie nieco bar­dziej od­ległego ziem­skiej or­bi­cie oraz ludziom, po­zos­tając jed­nocześnie wrośniętym w źródło ludzkiej świado­mości. A może, wca­le nie muszę wzras­tać, wys­tar­czy, że za­biorę jed­no z na­sion, z które­go wy­rośnie ko­lej­ne drze­wo. A może pier­wsze z nich. Do­tychczas sadziłem kwiaty, po­siadając ich całe mnóstwo. Przes­tron­ne og­ro­dy pop­rzep­la­ta­ne alej­ka­mi, al­tan­ka­mi, fon­tan­na­mi. Te­raz czas na połacie lasów, całe par­ki i dzicze.

Muszę wy­myślić no­we­go siebie, a ten wy­mysł mu­si stać się two­rem. Twór mu­si być zarówno pod­porządko­wa­ny jak i swo­bod­ny, mu­si być zes­po­lo­ne z sze­re­giem cech i po­zos­ta­wać nie­wzruszo­ny względem pew­nych stanów. Muszę stworzyć no­we­go siebie, to pot­wor­ne, a za­ra­zem po­ciągające.

Ale po­nad to wszys­tko, pot­rze­buję poz­nać, kim na prawdę jes­tem i co mnie śmie­szy. Z cze­go czer­pię przy­jem­ność i co jest mi miłe. Co spra­wia, że cier­pię i co jest po­wo­dem bólu. Muszę poz­nać to, kim jes­tem, by przes­tać okłamy­wać sa­me­go siebie. " 

felieton
zebrał 40 fiszek • 6 stycznia 2016, 06:03

Zeszyt Wyszpiekowane
Tek­sty, do których lu­bię wrócić 

Zeszyt Dyskusyjne 

Zeszyt Zeszyt
Zeszyt jak każdy - pus­te kar­tki, z ter­mi­nem na 'nie pamiętam'. 

Zeszyt Wzbu­dające refleksje..
ka­wał dob­re­go słowa. 

Partnerzy

Blok

Zamyslenie.pl

Menu
Użytkownicy
Q R S
Aktywność

dzisiaj, 22:14marcin kas­per wy­powie­dział się w wątku Skojarzenia

dzisiaj, 22:03Neska do­dał no­wy tek­st Bywają dni kiedy masz [...]

dzisiaj, 22:01rudolf88 wy­powie­dział się w wątku Skojarzenia

dzisiaj, 22:00Neska do­dał no­wy tek­st Człowiek jest naj­bar­dziej in­te­ligen­tny [...]

dzisiaj, 21:56Neska do­dał no­wy tek­st Nie lu­bimy szuf­la­dek, ale [...]

dzisiaj, 21:56Neska do­dał no­wy tek­st Myślisz, że no­wy dzień [...]

dzisiaj, 21:55Neska do­dał no­wy tek­st Mówi się, że su­mienie [...]

dzisiaj, 21:55Neska do­dał no­wy tek­st Szczerość jest trudną sztuką, [...]

dzisiaj, 21:54Neska do­dał no­wy tek­st Zanim od­po­wiesz na py­tanie: [...]

dzisiaj, 21:53Neska do­dał no­wy tek­st Nie ufa­my tym, których [...]