Potoki górskie rodzą się [...] – fyrfle – zeszyty

W obecnej chwili w 0 zeszytach znaleźliśmy poniższy tekst, którego autorem jest fyrfle.

JELONEK

Po­toki górskie rodzą się gdzieś wy­soko na zboczach gór i naj­częściej początkiem ich są podziem­ne źródła i cieki wod­ne, które drążą ziemię w zboczach tychże gór i w pew­nym mo­men­cie wy­bijają na po­wie­rzchnię. Autor miał okazję widzieć to cu­dow­ne dzieło na­tury w Bes­ki­dach i jest urzek­nięty je­go pięknem, dob­rem i mocą spraw­czą. Ta­kie źródło wy­bija i po­tem stróżki wo­dy spływają po zboczu, między tra­wami, między ja­godzi­wiem w dół i zbiegiem chwil i metrów łączą się ze stru­gami ko­lej­nych źródeł. Tak tworzą się stru­myczki, które niżej łączą się w stru­mienie, a po­tem już są na ty­le sil­ne, że żłobią drob­ne ko­ryta w łąkach i po­między wik­liną czy krze­wami róż, a nad ni­mi osied­lają się kaczeńce i skow­ronki. Wo­da rozpędza się, moc jej rośnie, przy­bywa de­cybe­li, a może tyl­ko więcej trosk świata w so­bie niesie nurt. Ziemis­te i ska­lis­te podłoże bro­ni się przed na­porem wo­dy i kieru­je ją po­między siebie, a więc tworzą się os­tre za­kola. Piękne esy, flo­resy i mi­ni za­toki, jeszcze zagłębienia uwi­daczniające korze­nie ol­ch, wie­rzb i lip, a i dąb mu­si uz­nać siłę nur­tu po­toku. Cza­sem więc, za­wieje wiatr i słychać trzask ich upadków. Da­lej nurt pieniąc się i wyb­rzuszając po ka­mieniach, które sam od­kry­wał, płynie i wpa­da do wios­ki, a w niej rwie po­między do­mami, sa­dami i og­ro­dami. Często kiedy po deszczach wo­dy przy­biorą na si­le, to czy­nią niezłe spus­tosze­nia w obejściach i do­mach. Cze­mu ludzie jed­nak bu­dują do­my nad rze­kami? A zwłaszcza nad po­toka­mi górski­mi? Pew­nie głupo­ta, pycha, chci­wość i nap­rawdę pod­szep­ty diabła ich do te­go pchają. Dla­tego ich narze­kania na pod­to­pienia co­roczne są nieuza­sad­nione. A nim ta­ki po­tok, czy rzeczka górska wpad­nie do Wisły, Soły, Ska­wy, Sa­nu czy Wiep­rza, to w miarę spo­koj­nie często popędzi do­liną pełną pól i łąk,stając się miej­scem ujęcia wo­dy dla wo­dociągów, fab­ryk na­pojów gazowanych.

Po­tok płynie i tworzy się już mi­liony lat, ale było tak, że było zlo­dowa­cenie i nieja­ka mo­rena czołowa lub tam in­ny na­tural­ny bul­dożer szedł od półno­cy i rzeźbił też ziemię w i przy po­toku, a kiedy so­bie poszedł, po­wodo­wany z pow­ro­tem wra­cającym do nor­my umiar­ko­wanej kli­matem, to po­zos­tały wyżyny, wąwo­zy i głazy. Jak ta­kim głazem przeorało w pop­rzek nur­tu ta­kiej górskiej rzeczki, to pow­stał jar lub wąwóz, a w naszym przy­pad­ku chodzi o "Wąwóz Col­lo­rado", naz­wa­ny tak przez bo­haterów nasze­go opo­wiada­nia na cześć słyn­nej piosen­ki zes­połu "Lom­bard", która to pieśń roz­rywko­wa, w la­tach osiem­dziesiątych dwudzies­te­go stu­lecia miała swoich fanów.

Wąwóz był pięknym zja­wis­kiem przy­rod­niczo-na­tural­nym. Po­rośnięty na zboczach krze­wami róży, tar­ni­ny i ma­liny zap­raszał twórców na­lewek na żni­wa. Upiększo­ny krze­win­ka­mi po­ziomek w czer­wcu przy­woływał dzieci wra­cające ze szkoły i gos­po­dynie do­mowe. Jeszcze rosły na je­go zboczach wie­rzbow­ni­ce, żywo­kos­ty i mi­mozy, czy­li nawłocie, a więc cza­sem przywędro­wali tu­taj za­kocha­ni nas­to­lat­ko­wie na kon­sum­pcję miłości, czy tyl­ko zwyczaj­nej chęci zwa­nej pot­rzebą chwi­li, ko­nie­cznością wejścia w świat do­rosłych w sposób właści­wy, czy­li przez zbiera­nie doświad­czeń i da­nie upus­tu życiu nim zos­ta­nie tyl­ko us­tatko­waniem i związkiem pot­wier­dzo­nym przy­sięgą sak­ra­men­tu. Czy to tak było, czy to tak nie było po­tem, to mniej­sza oto, ale fakt fak­tem, że wąwóz w so­botę i w nie­dzielę wy­pełniał się mężami. Uczy­nili so­bie z niego klub we­sołego wi­na, we­sołej na­lew­ki, we­sołej wódeczki, ra­dos­nej skrzyn­ki pi­wa. Oczy­wiście pra­ca była na zmiany, więc frek­wen­cja gościła w wąwo­zie od po­nie­działku do piątku również. Jed­nak oni spe­cyficznie ro­zumieli małżeństwo, a więc płodzi­li dzieci i od­da­wali wypłatę żonie, a pre­mię wy­korzys­ty­wali na kul­ty­wowa­nie doz­gonnych męskich przy­jaźni od przed­szko­la. Wąwóz więc kwitł gwa­rem ludzkich głosów, często pod­niesionych, często oburzo­nych, często za­powiadających bitkę, a po­tem przep­ro­siny i w związku z tym trze­ba było po­now­nie się na­pić. Pi­to na zdro­wie i tłuczo­no szkło. Roz­ma­wiano o bieżących wiej­skich no­winach - ko­mu się co urodziło i z kim, spiera­li się o Górni­ka Zab­rze i Le­gię, cze­mu ci co kradną mają le­piej w życiu co piją, o wszel­kie za­tar­gi wiej­skie, o słyn­ne mie­dze i płoty, roz­ma­wiali i nie wie­dzieli cze­mu się tak żrą o wszys­tko, cze­mu wciąż modlą się o pla­gi na sąsiada, cze­mu chodzą do kościoła, a ich życie nie ma nic wspólne­go ze zgodą, a do­piero żywioł zmuszał ich do (cza­sowe­go) porzu­cenia to­porków i współdziałania. Tam był swois­ta en­kla­wa te­go chocho­lego tańca, który trwał nie po­suwając spraw naprzód.

Każdy z nich no­sił szpic­miano, czy­li przez­wisko, przy­domek. Brały się one chy­ba stąd, że dzieci rodziło się dużo,a naz­wiska były często ta­kie sa­me, bo we wsi w za­sadzie mie­szkały kla­ny rodzin­ne i były usa­dowione w pla­cach, a więc na te­renie dwóch trzech ulic. Szpic­miana były więc ko­nie­cznością, aby wie­dzieć kto jest kto, o kim mo­wa. W wąwo­zie więc królo­wali po świ­ty po­nie­działko­we mężowie z rodów Czechów i Jaksów: Ciul­trąba, Fe­niks, Za­cior, Bi­dun, Pa­petek, Wiejek, Ja­nosek, Kiszka, Pol­troll, Ba­sior syn Nieumy­tej, czy jeszcze Za­jaw­ka wnuk Rocha. Był też i oczy­wiście Rim­pocze.

Sie­dzieli so­bie i spożywa­li na zboczu, często, a na­wet prze­ważnie paląc og­nisko i piekąc kiełbas­ki, czy ziem­niaki. Gdy było deszczo­wo nie re­zyg­no­wali, a cho­wali się przed deszczem w piw­ni­cach, które mieli wy­fed­ro­wane w ziemi, w których trzy­mali ziemiopłody, a na­wet wędzo­ne mięso. Pew­ne­go dnia Rim­pocze ni z gruszki, ni wie­dziony mod­litwą lub opęta­niem, przy­niósł cały ron­del sznyc­li, które były smaczne i pod­chodziły do aku­rat spożywa­nej, jak zwyk­le w og­romnych ilościach czys­tej. Chwa­lili wszys­cy Rim­pocze i py­tali skąd ta­ka na? A, że je­lon­ka złapał na wny­ki, od­po­wiadał im dum­ny i pry­mujący, na wpół śle­py ren­cista. Ba­sior wpraw­dzie przez se­kundę po­myślał - jak ten śle­pak na je­lon­ka za­sadził się w le­sie? Jak tam weszedł? Ale us­po­koił sam siebie tym, że pow­szechnie mówi­li we wsi, że ta je­go ociem­niałość, to ściema przy po­mocy górniczych łapówek, al­bo­wiem Rim­pocze wcześniej do­jeżdżał na ko­pal­nię jak pra­wie wszys­cy. Fakt trochę nie widział po tym jak kiedyś za­niosło go na me­linę do Fiszbi­na i Kukła, i tam spożyli po­noć pa­liwo do od­rzu­towców nie wiado­mego pochodze­nia. Po­tem ludzie mówi­li, że Fa­kir brat Ku­kieła przy­wiózł je w do­dat­ko­wym ba­ku Ti­ra z ba­zy w Ram­mstein, ale pew­nie naj­praw­do­podob­niej Fiszbi­na szwa­gier za­kosił me­tanol w ro­bocie. Rim­pocze miał szczęście wte­dy, bo tam­ci umar­li na miej­scu, a on przeżył.

Kot­le­ty z je­lonków stały się prze­bojem ku­linar­nym, le­gendą wąwo­zu. Pi­wa ,wódki, wi­na, na­lewek, a na­wet bim­bru nie bra­kowało, tyl­ko Sza­jer był dziw­ny i nie re­zyg­no­wał z wo­dy brzo­zowej i auto­wido­lu. Dop­ro­wadzał wszys­tkich do szału, kiedy przez chleb kil­kakrot­nie przesączał de­natu­rat i na­woływał ich, aby przeszli na stronę je­go cu­dow­nej al­che­mii, co ko­lor jagód od­wołuje,a czys­tość spi­rytu­su po­wołuje. A po­tem, gdzieś w oko­licy 22 lip­ca nag­le umarł Kućka i wszys­cy poszli dwa i pół ki­lomet­ra w górę wsi do kościoła i po­tem po mszy od­pro­wadza­li trumnę na pog­rzeb. Pol­troll usłyszał stojąc przed kościołem, jak ba­ba skarżyła się ba­bie, że jej też za­ginął Bernardyn.

Dob­ry żart tyn­fa wart po­wiadają. A tym żar­tem z ko­legów Rim­pocze przeszedł do le­gen­dy wsi i stał się treścią wieści gmin­nej już w ko­lej­nym po­kole­niu. Oni go nie przek­reśli­li. Nic się nie stało da­lej ra­zem pi­li. Da­lej pi­li bar­dzo dużo, a w po­nie­działek ko­biety z małymi dziećmi nie mogły dos­tać się do le­karza, bo pocze­kal­nię dok­to­ra szczel­nie wy­pełniali górni­cy szczególnie. Po­tem, gdy przyszło do wcześniej­szej eme­rytu­ry, to oka­zało się, że wielu z nich ma kil­ka lat do od­pra­cowa­nia. Tak pow­stał je­den z naj­piękniej­szych domów mie­szkal­nych w po­wiecie, który wy­budo­wał pe­wien le­karz z ser­cem. Kiedy dziadek z wnuczkiem prze­jeżdża dzi­siaj koło niego, to mówi - wnu­siu, to jest tak zwa­ny DOM GÓRNI­KA, a wiąże z nim się piękna opowieść.

A na­si bo­hate­rowie? Jak po­toczyły się ich lo­sy w la­tach dziewięćdziesiątych tam­te­go stu­lecia? Pra­wie w stu pro­cen­tach wszys­cy umar­li. Wątro­ba jed­nak po pew­nym cza­sie przes­ta­je się od­radzać, ser­ca nie wyt­rzy­mują pom­po­wania al­ko­holu i nie tak dużo,więc i żyłki pękały. Pla­ce wokół wąwo­zu Col­lo­rado stały się pla­cami wdów. A Rim­pocze przeżył. Ma już z dziewięćdziesiąt lat i jest żywą le­gendą po cza­sach bar­dzo ro­man­tycznych, bar­dzo swo­bod­nych, bar­dzo nieśpie­sznych, kiedy to było pięknie, skrom­nie i prze­de wszys­tkim we­soło.

opowiadanie
zebrało 1 fiszkę • 13 maja 2019, 10:33
Partnerzy

Blok

Zamyslenie.pl

Menu
Użytkownicy
E F G
Aktywność

dzisiaj, 16:58marcin kas­per sko­men­to­wał tek­st > może naj­bar­dziej nie­szczęsną [...]

dzisiaj, 16:56Niusza do­dał no­wy tek­st A gdy­by życie po [...]

dzisiaj, 16:48marcin kas­per sko­men­to­wał tek­st Prawda zaw­sze pat­rzy pros­to [...]

dzisiaj, 16:38PetroBlues sko­men­to­wał tek­st Mój tem­pe­rament jest tak [...]

dzisiaj, 16:36PetroBlues sko­men­to­wał tek­st Opluwanie bliźniego, to tak [...]

dzisiaj, 16:35PetroBlues sko­men­to­wał tek­st ... sądzę, że wszel­kie [...]

dzisiaj, 16:27PetroBlues sko­men­to­wał tek­st Potrzeba cza­sem skom­pli­kowa­nych słów, [...]

dzisiaj, 16:22PetroBlues do­dał no­wy tek­st Najdłuższa podróż w życiu [...]

dzisiaj, 16:17PetroBlues sko­men­to­wał tek­st Świat drży na myśl [...]

dzisiaj, 16:05klorynda do­dał no­wy tek­st Miła Zo­sieńka dziś ra­no [...]