Tekst nie został dodany jeszcze do żadnego zeszytu.
 10 grudnia 2018 roku, godz. 8:17

PODBESKIDZIE

Grudniowym popołudniem - sobotnim, słonecznym,ciepłym, bezwietrznym zamiatał plac przed domem od strony ulicy. Na polbrukowej kostce było wiele świerkowego igliwia, szyszek chmielu, liści klonów, dębów, olch, lip i leszczyny, które wiatr przywiał z ogrodu jego,ogrodów sąsiadów i z drzew rosnących przy obydwu potokach. Kiedy wiatr wiał z południa, to przywiewał liście z potoku czerwonego, a kiedy duło z północy, to nanosił liście od potoku srebrnego, że w sumie każdej soboty miał chwilę pracy, kilkanaście minut drapania miotłą po betonowym placyku.

Zamiatając zauważył postać na podwórzu sąsiadów po drugiej stronie ulicy. Jakiś elegancko ubrany mężczyzna wychodził z posesji z błyszczącą metalową walizką. Pewnie jakiś domokrążca - pomyślał i spokojnie wydrapywał igliwie spomiędzy kostek betonu. Ale zauważył, że postać kierowała się w jego stronę i dopiero jeszcze kilka kroków, i po sylwetce rozpoznał - organista. Organista, a więc roznosi opłatki, więc teraz szybko przemknęło mu przez głowę - czy mam jakieś pieniądze papierowe? Żona zawsze mówiła, że 220-30 złotych jest stawka, ale takich na pewno nie miał. Ba! Czy w ogóle jakieś pieniądze ma, a może żona będzie miała. Raczej dzisiaj płaci się kartą. Przypomniał sobie jednak, że ma Kazimierza Wielkiego w portfelu po ostatnich zakupach owoców na targowisku, gdzie oscypkarze, wiejscy ogrodnicy i rolnicy jeszcze terminali nie mają. Naprawdę kamień spadł mu z serca. Tymczasem organista wszedł na podwórko i wyciągnął dłoń na przywitanie, mówiąc jednocześnie:
- Szczęść Boże, dzień dobry, widzę, że po chrześcijańsku - mąż krąży na zewnątrz domu, a żona pewnie króluje w kuchni!
- Trzeba posprzątać, jak każdej soboty, zapraszam do środka.
Weszli na korytarz, a stamtąd do kuchni.
- Dzień dobry - powiedział organista.
- Dzień dobry - odpowiedziała żona - akurat w porze obiadowej, właśnie wyciągam z patelni ostatnie nóżki i zaraz podgrzeje flaki.
- Dziękuję serdecznie, ale skorzystam z obiadu mojej żony, jeszcze mam wiele domów do odwiedzenia, a sobota, to taki dzień, że mogę prawie wszystkich zastać.
Otworzył srebrną walizkę i ukazały się w rządki poukładane zestawy opłatkowe.
- Jakie państwo chcecie, bo można je różnie konfigurować...
- Może po jednym, mały i duży poprosimy - powiedziała żona, decydując szybko i odpowiadając jednocześnie na pytające spojrzenie męża. Organista wyjął dwa zestawy opłatków i zamknął walizkę.
- Tutaj proszę jeszcze są życzenia od księży i ankieta, którą proboszcz prosi by wypełnić i oddać księdzu, który będzie przeprowadzał kolędę.
- Dziękujemy - powiedział mąż i dał Kazimierza Wielkiego organiście.
- Serdecznie dziękuję i smacznego obiadu życzę oraz dobrego popołudnia i niedzieli, ja lecę dalej.
Odprowadził organistę do furtki i szybko dokończył zamiatanie, a potem zebrał śmieci do worka i odniósł narzędzia do piwnicy. Wszedł do kuchni, gdzie czekała na niego uśmiechnięta żona.
- No teraz, to ci będzie dłoń uściskał!
- Myślisz?
- Pewnie, nie wszyscy mu dają niebieskie brodate nominały.
- Innego nie miałem.
- Ja tym bardziej.
- Mówił, że zastał prawidłowy obrazek chrześcijański - mężczyzna przy obejściu, a kobieta krzątająca się w domu.
- Tak? A w duchu pewnie kpił z ciebie, bo to nie chrześcijański, nie patriarchalny i nie współczesny widok - facet z miotłą, to raczej wręcz godzące w system i tradycję.
- Może i masz rację, ale dzisiaj to raczej faceci kojarzą się z pilotem, czipasmi i piwem.
- Tak, właśnie tak jest, dlatego jesteś obrazą boską i solą w oku wielu tutaj.
Usiadł przy stoliku i zaczął wczytywać się w treść ankiety, ale jednocześnie myślał o czymś zupełnie innym, jak zawsze co roku, jak coraz bardzo częściej przy róznego okazjach - zderzeniach z kościołem parafialnym katolickim tutaj, wreszcie zaczął mówić:
- Kurcze ta nasza religia katolicka to w zasadzie de facto po pierwsze firma nastawiona na zysk i władzę kochanie.
- A to oczywiste jest, a co jeszcze masz złudzenia, Bóg to Bóg, a Kościół to przedsiębiorstwo.
- Przecież gdyby organista i kościelny mieli naprawdę powołanie, to roznieśliby te opłatki za darmo, a właściwie, to przecież czemu one nie są wyłożone w przedsionku kościoła i czemu sobie każdy nie weźmie ile chce, kurcze jacy my jesteśmy zakłamani, kochana, to my tworzymy ten bajzel, normalnie sam czasem brzydzę się sobą.
- Nie martw się, módl się do Boga, a ten bałagan... nie zmienisz go.
- Ktoś musi wreszcie zacząć kochana, trzeba przestać wpuszczać, trzeba nie opłacać mszy.
- Niczego nie zmienisz, narazisz się, nie wiadomo kto z kim tutaj trzyma, a kiedyś mogą się przydać.
- Trzeba wyjść poza owczy krąg, być ponad...obok...tylko czarne owce nadają sens stadu, na przykład kazać pochować się w mieście na cmentarzu komunalnym, z cywilnym mistrzem ceremonii pogrzebowej, który pomodli się szczerzej od księdza i zagra co ty chcesz na pogrzebie.
Przyniosła flaki i zaczęli jeść, a on dalej zerkał na ankietę.
- Chcą wiedzieć, czy jesteśmy kościelnym małżeństwem czy nie i gdzie pracujemy?
- Nie dam im tego, jak przyjdzie, to mu powiem, że proboszcz dobrze wie kim jesteśmy, zresztą ma tak szeroko poinformowane rady parafialne, że tak naprawdę wie więcej o nas niż my wiemy o sobie. Tak mu powiem. Jedziemy na cmentarz?
- Jak chcesz to tak.
- Chcę, bo jest dobra pogoda, umylibyśmy pomnik.
- Dobrze.
- Może chcesz coś innego robić.
- Nie, mam wyfastrygowany wiersz, ale to się go w poniedziałek wrzuci do sieci i ostatecznie wycyzeluje.

Po obiedzie zebrali szmaty, szczotki, nalali ciepłej wody do kanistra i dwie piątki wody zimnej po wodzie mineralnej i pojechali na cmentarz. Był rozdrażniony, myślał jak tornado. Niesakramentalność powodowała, że czuł się obco, że właściwie nie powinien chodzić do kościoła i właściwie uczciwym też byłoby ze strony sukienkowego kościoła, aby jasno się określili i nie pozwalali ludziom takim jak oni przychodzić do kościoła, wręcz powinni byli być wykluczani skreślani i byłby naprawdę spokój, i byłoby wiadomo, że wolnym wara od religii, a tak dzielenie i dzielenie, poniżanie i poniżanie. Nawet nie mógł się skupić na modlitwie za zmarłych w trakcie prac porządkowych na grobie, był w stanie omal, że nie wybuchu. A kiedy przyjechali z powrotem do domu, to Zenobia jak zwykle pchała się do domu, co sprawiło, że nie wytrzymał i wyskoczył jak z procy z samochodu, złapał z rabaty kwietnej trzy kamienie i zaczął nimi ciskać w przerażoną kotkę, która pobiegła i schroniła się za pniem jodły koreańskiej.

Kątem oka widział przerażenie żony i, że nie pochwala jego agresji. Przyszli do domu i znowu usiadł i wpatrywał się w ankietę, gdy zona podgrzewała herbatę.
- Wiem, to cywilny kościelny mnie tak drażni i rozpiernicza, oni znowu dzielą, no i tak naprawdę ja ich tutaj nie chcę widzieć.
- A tam na Dolnym Śląsku przyjmowaliście księdza po kolędzie?
- Nie!
- Czemu?
- Bo to był nasz dom, a obcy nie ma prawa przekroczyć progu domu, bo niszczy w nim pokój!