Tekst nie został dodany jeszcze do żadnego zeszytu.
 23 września 2016 roku, godz. 23:57

[to nie to]

"Cheers darlin'...
I've got your wedding bells in my ear!
Cheers darlin'...
You give me three cigarettes to smoke my tears away."

~ Damien Rice - Cheers darlin'

Nam było ze sobą dobrze. Potrafiliśmy godzinami rozmawiać o ostatnio przeczytanej książce... Filmie, który nie przypadł nam do gustu lub nietrafionym daniu, które zamówiliśmy w restauracji. Potrafił do mnie mówić "kochanie", a ja na ten moment gładziłam zmarszczki, które tak szybko pojawiają mi się na twarzy, kiedy znów się złoszczę. Piliśmy kawę - zawsze o tej samej porze - i zawsze w tych samych białych filiżankach. Kiedy byłam na niego zła - kupował mi bukiet róż. A kiedy wypadło mu jakieś nieoczekiwane spotkanie z klientem - dzwonił i bardzo przepraszał, że ten wieczór będę musiała spędzić sama. W ciągu dnia zawsze wysyłał mi SMSa, że tęskni. Nigdy nie powiedział, że jakaś kolacja mi nie wyszła, chociaż miałam na koncie parę kulinarnych porażek. Był opiekuńczy i czuły. Kiedy wychodziłam z kumpelami na miasto - sprawdzał, czy u mnie wszystko dobrze i czy przypadkiem nie chciałabym, by już po mnie przyjechał.
Między nami było ciepło, ale... nie gorąco. I chyba właśnie o to chodziło: o ten żar, którego żadne z nas nie potrafiło wzniecić. I później to się stało. Zaczęliśmy szukać w innych ludziach "tych" wrażeń. Tej pasji. Tego ciągłego oparzenia. Zaczęliśmy przed sobą udawać, że jest dobrze, chociaż w zasadzie było całkiem do kitu. I tego nie dało się naprawić żadnym przepraszam. Mogliśmy próbować, jasne. Tylko co by to dało?