4 sierpnia 2020 roku, godz. 15:22 1,0°C

Urodzony 28 lipca

Trochę więc tak jest, raczej może więcej,
Los podrzucony życiu pod włos,
Niechciany, przez siebie nie nielubiany.

Niezrozumienie więc obopólnie nierozumiane.
Ucieczka w noc, przestrzeń i dal.
A kiedy przyszedł dzień w tu i teraz,
Urodził się lęk.
I jest. I jest. I jest.I jest. I jest. I jest.
34 zimy, wierniejszy niż najwierniejszy pies.
Te zimy nie zawsze dbały o mróz i śnieg,
Tylko zawsze był lęk, ból lęku i z tego
Bólu poetycki bunt, ropa ropiejących strof,
Krew cieknąca z pobocza drogi,
Poezja co wierszopisaniem bez łez.
Obłoki rodzące kwaśne deszcze,
Brodzące i przesiewające zmysły rynsztoki.

Wiosny przyszły też, miały kilka mgnień.
A potem zdarzyła sie jawa, która nie jest patologa sądowego snem.
Urodził lipiec wrzesień i motyle tańczyły
Z księżyca pełnią po dzień
I tak dzień po nocy za dniem.

A liczba ta, to pięćdziesiąt dwa.
Dziś liczba ta, to dwa razy po pięćdzisiąt dwa.

Dziś jest pięknym dniem i jutro będzie pięknym dniem.
Kto wie.
Może Bóg da, razem pożegnamy i
Przeobrazimy się w popiół, pod tę
Część życia, w której radość to świat,
Któremu imię ogród, a sercem słonecznika kwiat.
Może ktoś bedzie tak serdecznie chciał
I jeszcze wiatr będzie cicho świerkiem łkał.
Daba dam daba daba dam dam dam.

Na nieczynne limeryki zlecą się słowiki.
Poniosą je do Hali Radziechowskiej fal.
Halny zagra świst niby żal i potem nastąpi szkwał.
Spadnie grad bluźnierczych strof i śmiesznych
Ironicznych perwersyjnych point,
Jak joint, jak joint, jak joint, jak joooo int!

Gorzej gdy systemu błąd
I sam będę musiał odejść stąd.
Na nowe sianokosy samotności łąk.
Choć przyznam się bardziej gnębi mnie,
Wizja w której kiedyś Ty
Osikowym liściem drżysz,
Dogorywasz jak ciężarówki wrak
Z napisem świateł brak

Jak joint, jak joint, jak joint, joooo int!
Tymczasem jest jak joint.

Synu. Czy kiedyś wybaczysz mi miłość do miłości?
Rezygnację i ucieczkę od wierności.
Tak bardzo chcę abyś się nie bał.

Tamta wiosna rozwinęła pąki i kwiaty
Zaowocowały zimą.
Nie umiem jej pamiętać i roztrząsać.
Wszystko i wszystkich odrzuciłem.
Koniec jest śmiercią przeszłości.
Amen.

Coś jest w kwiecie słonecznika co wyraża mnie.
Nie umiem pojąć, ale ma to coś wspólnego z lwem.
Tak bardzo chcę poznać kim jestem.
Raczej skłaniam się ku niejednoznaczności.

Szare życie bez spektakularnych osiągnięć.
Może tych kilkaset gdzieś pod tysiąc
Zmarłych, którym spojrzałem w oczy.
W tym bardzo wielu, którzy wisieli.
Jedna pani to nawet na kinkiecie.
Nikogo nie interesowała jej taka, a nie inna śmierć,
Tylko kunszt majstra budowlanego.

Dzisiaj, to dzisiaj i wystarczy mi.
Miłość, kwiaty, potoki, zbocza, naprawdę
Dziki ironiczny humor po bluźnierstwo
I czasem nawet bardzo często obleśność.

Życie, które bardziej niesie treść limerykom.
Stąd pisanie o jeden most za liryką.

Nie lubię pisać, nie widzę nawet sensu,
Jeśli wersy lub zdania nie są prowokacją.

Krystyno, Iwono.
W sumie te życie, to coś naprawdę bardzo
Niesamowitego, co spotkało mnie
I było ze mną w każde wakcje i lato.
Stąd też zasługują te chwile na wiersz.

Zresztą o takich wakacjach,
W takim jak moje życie nikt nigdy
Przecież wiersza nie napisze,
Więc słusznym, że sam sobie
Sporo zwrotek napisałem.

Z tamtej wiosny, to odrodziłem się
Do wakacji i lata życia
Dwudziestego czwartego września.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.