24 lutego 2021 roku, godz. 10:10

Nieśmiertelniki w macierzance... cykl o Annie

Czas gwałtownie zatrzymał kukułki.
Anna z trudem łapała oddech.
Jak w niemym kinie, była mgnieniem. Zatrzymany kadr na płótnie.

Lato w tamtym lecie było gorące.

Do niemoty dołączył się dźwięk,
nikły odgłos deszczu uderzającego o ciężkie buty.
A polana niczym mózg, pokryta kłębiącym się dywanem białych zwojów.
Drgające stosy myśli jak wężowisko, wiły się w skwarze,
na nieogarniętym grobie zbrodni doskonałych.
Ślady krwi na dłoniach, usiłowały wysuszyć ciężki oddech.
Polska, barwy ciemnej wiśni i tak świeżej, że pachniała wiatrem północy.
Strach jak piorun trafiał w półkule kulami,
Wkręcał się po prawoskrętnej linii, zginając kręgosłup ku ziemi.
Łzy wierzby, okapy bezdźwięcznego krzyku

Co ja zrobiłam? Szeptała Anna.

Zastanawiała i biegła, zbierając nieśmiertelniki, pomiędzy wkładała
smak wonnej macierzanki.
Kadzidło królów wdzierało się słodkawo do nozdrzy.
Smak zamkniętej nocy, mokrej poduszki.
I rozpacz.
Długie kosy opadały jak płócienna kurtyna na jej plecy,
a zielone oczy z czarnymi źrenicami wyglądały nadziei.
Czasami wolała być niewidomą i niemą,
wolała grać na scenie bez gapiów i klakierów…
Nie musieć niczego widzieć ani słyszeć.
Dajcie mi ścianę, która może mnie wysłuchać, i nie pytać.
Krzyczała we śnie.
A jednak?
Tęskniła za tym krzykiem w samotności.

Lato w tamtej jesieni było gorące.
Anna zrywała macierzankę po raz ostatni

https://www.youtube.com/watch?v=g4od8w-fmaU

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa zielonakredka, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.