5 maja 2020 roku, godz. 14:48 39

Właśnie miałem okazję obejrzeć film na podstawie powieści Sir Williama Goldinga.

Film jest z 1990 roku, zatem wkrótce osiągnie pełnoletność, co sprawia, że sięgnięcie po ten tytuł jest wyciąganiem ręki w zamierzchłą przeszłość dziedziny kinematografii. Ale nie zamierzam na siłę poświęcać czasu obecnym propozycjom Hollywood i rodzimego podwórka, jeśli przeszłość oferuje wiele. Co prawda nigdy nie zdecydowałbym się na obejrzenie tego filmu, gdybym nie przeczytał książki, jednak nawet bez wiedzy o akcji z literatury, film oglądałoby się bardzo dobrze.

Są drobne różnice między tym, czym uraczył nas William Golding, a wizją reżysera. Np. potwór - w książce jest spadochroniarzem, który opadł martwy na wyspę, a w filmie jest nieprzytomnym żołnierzem, którego uratował jeden z chłopców (jak to się stało, że chłopcy zaczęli go brać za potwora, pozostawiam czujnym widzom). Nie wiem, czy jak na tamte czasy, nakręcenie opadającego na spadochronie trupa było zbyt trudne do zrealizowania, czy może jest to tylko wkład własny reżysera.

Jednak nie zmienia to sensu, jaki niesie ze sobą ta historia. Mogę tylko dodać, że to zestawienie Władca much-książka a Władca much-film wypada na korzyść książki. Jednak wyspa reżysera zbytnio różniła się od tej mojej, z wyobraźni. Poza tym książka nie kończyła się tak szybko (nie dało jej się tak szybko przeczytać, jak szybko skończył się film). I najważniejsze: z filmu nie dało się wyciągnąć żadnych cytatów! :)

Władca much
Nagrodzona Noblem klasyka światowej literatury. [...]

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Radziem, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.