24 czerwca 2020 roku, godz. 22:48

„Lolita” Vladimir Nabokov – 5/5⭐️

1. Mogę z czystym sumieniem podać niniejszą książkę za wzór literatury pięknej, tak pięknej, że aż mi wstyd. Bogate słownictwo, introspekcyjna dokładność, subtelna perwersja, soczyste zdania wielokrotnie złożone... Czuję wręcz pretensje do przeczytanych niedawno książek. Zdarzały się, rzecz jasna, lepsze i gorsze momenty narrarcji (część pierwsza jest lepsza), ale nie zatarło to ogólnego beletrystycznego odczucia. Jedyne czego mógłbym się przyczepić, to pompatyczna, salonowa francuszczyzna, która pojawia się to tu, to tam. „[...]Ale nie mógłbyś sobie darować tej francuszczyzny? Wszystkich wnerwia.” - cytując Lolitę. W tym momencie pamiętam, że uśmiecham się porozumiewawczo od ucha do ucha, wobec tej niespodziewanej autoironii. Nie mogę się oprzeć, by przywołać tu porównanie do gwary pokolenia smarfona, które uwielbia wyrażać się „polgliszem” np. „Chodźmy grindować, a jak wydropisz staff, to sellnij.”. Uch… To zdecydowanie przesadzone zestawienie, bo wspomniana francuszczyzna to naprawdę szczegół.

2. Świat przedstawiony jest okiem Humberta. Człowiek ten, prawdopodobnie w skutek nieszczęścia okresu dziecięcego, nabył parafilię seksualną, którą więzi w sobie przez większość życia jak psa na łańcuchu, aż w końcu staje się nią owładnięty. W skrócie - intelektualista, cynik i zboczeniec. Większość rzeczy przewijających się w scenografii, a zarazem przez jego mizantropijne szkiełka, są obrzydliwe, durne, tandetne, albo komiczne (też mi się tak zdaje). Jedyne co go fascynuje to krajobrazy i oczywiście „nimfetki”. Warto jeszcze dodać, że sam siebie traktuje z nie mniejszą pogardą, nazywając się m. in. „włochatym małpoludem”. Natomiast Dolores (nawet w porównaniu do H.) to bardzo udręczona postać, choć naprawdę trudno to dostrzec. Straszne życie - straciła brata, ojca, matkę, dzieciństwo, potem wykorzystywanie seksualne (i jej puste oczy), miłość zawiodła ją prosto w kłębowisko węży, aż w końcu zmarła parę lat później (co wydaje się hojnym darem losu). Właściwie, nie miała nic i nikogo, poza Humbertem. Z trudem czytałem te parędziesiąt stron przed zakończeniem, obawiając się jakiegoś straszliwego finału i że zatracę w sobie niewielką resztkę żywotności, jaka mi została na tym łez padole. Chyba próbuję przez to powiedzieć, że główne postaci zbudowane są znakomicie.

3. Pragnąłem wrócić do tej książki i czytać, i czytać, aż skończę, odkładając inne, zdawałoby się pilne, sprawy na bok. Prowokacyjnie napiszę, że nie mogłem się doczekać, aż dobiorę się do „Lolity”. Nie dość, że czytało się jak z nut, to jeszcze fabuła prowadzi z diabłem pod rękę. Czułem się jak milczący świadek perwersji (niemal współwinny), w oczekiwaniu na słynny moment „kiedy pęka pąk”. Tymczasem w głowie rozstrzygałem wielkokalibrowe dylematy moralne. On jak „pięcionogi potwór”, ale w sumie pechowiec, ona zaś niby niewinna, ale w zasadzie sukkubiątko.

4. Żeby nie było tak słodko, na koniec dała mi się odczuć pewna kameralność rodem z Hollywood-u i właściwie słabe zakończenie. Wydało mi się nijakie, tylko dlatego żeby jakoś zamknąć całą opowieść. A może zwyczajnie pogniewałem się z tej racji, że to koniec?

5. To co na długo zapamiętam, to z pewnością groteskowa pod każdym względem relacja łącząca Dolores z Humbertem (które swoją drogą przypominają mezalianse pokoleniowe). Był to związek ojca z córką, ofiary z katem, sponsora z prostytutką i wykolejeńca z wykolejeńcem w jednym, a gdzieś w tym wszystkim czuć miłość, zdradę, obłęd, zbliżającą się z oddali chmurę, przed którą uciekali. Doprawdy, nie wiedziałem kto tu kogo kontroluje, kto kogo trzyma na smyczy i jest to przezabawne. Humbert stwierdza w pewnym momencie, że spełnienie marzeń okazało się męczarnią. Esencję problemu oddaje, myślę, ten fragment: „Lolita potrafiła stać się arcynieznośnym bachorem, gdy miała taki kaprys. Niezbyt sobie radziłem z jej napadami rozprzężonej nudy, z zapalczywym, namiętnym zrzędzeniem, z luzackim, mętnookim tumiwisizmem, z tak zwanym „świrowaniem”, czyli ogólnie błazeńskim stylem, który uważała za „charakterny” - w chłopięco chuligańskiej manierze. Pod względem umysłowym okazała się obrzydliwie konwencjonalną panienką.„

6. O czym jest ta książka? O wielu rzeczach (stały element programu). Przede wszystkim o sięganiu po owoce zakazane i zgubnych skutkach chuci. Jakoś nie mam weny, cholera… Ale bacznie za to przyglądam się esencjonalnym fragmentom : „[...]dla mojej konwencjonalnej Lolity w trakcie naszego nietuzinkowego i bestialskiego pożycia stopniowo stało się oczywiste, że nawet najnędzniejsze życie rodzinne ma większą wartość niż ta parodia kazirodztwa, która na dłuższą metę była najlepszym, co mogłem ofiarować sierotce.” - i co wy na to?

7. „Lolita” właśnie zapisała się u mnie złotymi zgłoskami na półce z przeczytanymi książkami. Rzadki przykład utworu do którego aż chce się wracać, gdy ją zapomni moja słabowita pamięć. Poleciłbym raczej przedziałowi od ćwierćinteligenta wzwyż, a zwłaszcza wszelkim zboczuchom. Pozostali mogliby niepotrzebnie zwymiotować, albo nie zrozumieć o czym stary Humbert Humbert plecie.

Lolita
„Lolita” – najgłośniejsza powieść [...]

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Recerz, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.