24 stycznia 2021 roku, godz. 12:05

"Reklama, jak powiedział kiedyś George Orwell, „to bełtanie kijem w wiadrze z pomyjami”."

Tego się nie da czytać! Za dużo, dużo za dużo dla zwykłego człowieka! Około 500 stron o reklamie, niemożliwe, o czym tu tyle pisać. Takie odczucia przyszły po przeczytaniu pierwszych stu stron. Być może dlatego, że nie czuję się zupełnie wciągnięta w wir marek, metek, aplikacji dających jakieś tam zniżki czy coś, promocji, łowców okazji itp. Więcej czasu spędzam na odludziu z plecakiem swojego jedzenia niż w centrach handlowych czy parkach lub nawet miastach "rozrywki", wybieram masaż wodospadem nad rzeką zamiast spa, kosmetyki dla mnie to kostki mydła, szamponu i masła do ciała wyrabiane w warunkach domowych przez koleżankę, na bazie olejków i esencji kwiatowych. Postanowiłam jednak przeczytać tę książkę, aby przejść proces raczej jako obserwator niż głęboki uczestnik, żeby zrozumieć co takiego się stało, albo jak to się stało, że wydaje się jakby świat był otoczony jakimś niewidzialnym, ale kosztownym kokonem, bańką, iluzją, siecią... Tak więc spokojnie, po kolei.

1. Książka ma bardzo przejrzystą strukturę, jest podzielona na 4 części NO SPACE, NO CHOISE, NO JOBS, NO LOGO. Tytuły poszczególnych rozdziałów zawierają motta, co również dodaje przejrzystości. Każda z części ujmuje niezależnie poszczególne strony sprawy i dopiero przeczytanie całości daje pełny obraz zjawiska. Jak odsłanianie góry lodowej ukrytej pod wodą oceanu.

2. Każda część jest napisana w sposób wyczerpujący. Wyczerpujący temat, ale i czytelnika. Kiedy wydaje się już, że wszystko zostało powiedziane, kolejny podrozdział, kolejne przykłady z rzeczywistości amerykańskiej, więc często jest to czytanie o czymś tam, gdzieś tam. Miałam wrażenie rozkładania rosyjskiej Matrioszki, to już ostatnia najmniejsza babuszka, nie jeszcze jedna... W zaznajamianiu się z tymi przykładami dobrze zająć pozycję, "co to ludzie nie wymyślą", niektóre wydarzenia przerastają rzeczywistość polską.

3. Część pierwsza opisuje proces oddzielenia marki od produktu. "Z dnia na dzień nastał renesans marketingu, któremu ton nadawała nowa generacja przedsiębiorstw, będących we własnych oczach „sprzedawcami znaczeń”, a nie wytwórcami produktu, i głoszących hasło: „Nie produkt, lecz marka!”." "Innymi słowy, metaforyczny aligator (Lacosta) podniósł łeb i pożarł koszulkę."

4. Część druga to rozszerzanie się oddziaływania na klienta, poprzez wtargnięcie na obszar kultury oraz do szkół i uczelni. Wydaje się, że już nic wartościowego nie może się odbyć bez sponsoringu wielkich marek. Przedstawia też obraz dylematów, wymagania politycznej poprawności, lojalności jednostek sponsorowanych wobec dobroczyńców, bez względu na to w jaki sposób działają. "Im więcej publicznej przestrzeni zostanie sprzedane lub odnajęte wielkim korporacjom, tym częściej my, obywatele, jesteśmy zmuszeni tańczyć tak, jak nam one zagrają, żeby uzyskać dostęp do własnej kultury. Czy to oznacza koniec wolności słowa? Oczywiście nie, skłania jednak do przypomnienia poglądu Noama Chomsky’ego, iż „wolność bez możliwości jest darem diabła”."

5. Trzecia część jest wstrząsająca. Dopiero teraz odkrywa się przed czytelnikiem druga, ciemna strona całej zmiany. Są tutaj relacje z fabryk które wykonują tylko zamówienia wielkich gigantów. Książka została wydana w 2000 roku, być może od tego momentu warunki się nieco zmieniły, jednak myślę, że tendencja do jak najniższych kosztów pozostała i raju w tych fabrykach nadal nie ma. "Zamykają swoje fabryki, przerzucając ciężar produkcji na kontrahentów, z reguły zagranicznych. A wraz z uciekającą za granicę pracą ucieka coś jeszcze: staromodna idea odpowiedzialności producenta za swoich pracowników. Przedstawiciel Disneya Ken Green pokazał nam, jak głęboka jest ta zmiana, wyrażając publicznie niezadowolenie, iż jego firma stała się celem ataków z powodu rozpaczliwych warunków pracy panujących w zakładzie produkującym ubrania Disneya na Haiti. „Nie zatrudniamy na Haiti ani jednej osoby”, powiedział, nawiązując do faktu, iż fabryka stanowi własność kontrahenta. „Pisze pani dla gazety, a ma pani pojęcie, w jakich warunkach produkuje się papier albo farbę drukarską?”, zapytał Green Cathy Majtenyi, dziennikarkę z Catholic Register." Wydawać by się mogło, że jeśli koncerny skupiają się na brandingu, tworzeniu filozofii, reklamie zaniedbują sam produkt, oburzenie może budzić jak kupować produkt jeśli celem polityki firmy nie jest jego jakość. "Przeciwnie, fakt, że międzynarodowe koncerny nie są właścicielami fabryk, sprawia, że tym skuteczniej kontrolują produkcję. [...] po prostu skwapliwie korzystają z okazji, trzymając kontrahentów w szachu groźbą przyjęcia korzystniejszej oferty od któregokolwiek z całej masy konkurentów."

6. Ostatnia część opisuje aktywizm skierowany przeciwko działaniom gigantów. Jednak z mojego punktu widzenia nie wzbudził jakiegoś entuzjazmu, to znaczy nie widzę w tym skuteczności. Nie wiem, może się mylę, ale stosowanie tej samej broni przeciwko innej broni nie może dać znaczących wyników. Być może spłycam opis tej części, może byłam już zmęczona i przytłoczona częścią trzecią, aby dostrzec w tych działaniach jakiekolwiek światełko nadziei.

7. W książce trochę przeszkadza w czytaniu zwrot "obecnie", powoduje, że czytelnik musi mieć na uwadze, że jest ona napisana 20 lat temu. Być może jest to temat ponadczasowy i niewiele się zmieniło, jednak gdyby pojawiały się daty, czy określenia koniec lat dziewięćdziesiątych, łatwiej byłoby czytelnikowi umiejscowić się w czasie. Może autorka nie podejrzewała, że temat pozostanie aktualny wiele lat...

Na koniec jeszcze ciekawostka w liczbach:
"50 tys. robotników z Yue Yen Factory w Chinach musiałoby pracować 19 lat, zanim zarobiliby sumę, jaką Nike wydaje na reklamę w ciągu jednego roku. Roczne wpływy ze sprzedaży Wal-Marta wynoszą 120 razy więcej niż cały budżet Haiti; dyrektor generalny Disneya Michael Eisner zarabia 9 783 USD na godzinę, tymczasem stawka godzinowa haitańskiego robotnika wynosi 28 centów; Haitańczyk potrzebowałby 16,8 lat, żeby zarobić tyle, co Eisner przez godzinę; 181 milionów w opcjach na zakup akcji, zainkasowane przez Eisnera w 1996 roku, wystarczyłoby na utrzymanie 19 tys. haitańskich robotników wraz z rodzinami przez okres 14 lat"

No logo
Międzynarodowy bestseller, kultowa książka [...]
Recerz Max
 24 stycznia 2021 roku, godz. 13:31

Ostatni fragment jak narracja jakiejś partii ludowej. Słowo "robotnik" wystąpiło trzy razy. 😉

Twórca nieznany Mayka  24 stycznia 2021 roku, godz. 16:09

To nie moje więc nie będę poprawiać.
Chociaż jak tak to uwypuklasz, zmieniłam bym może tytuł tej książki na "Jak ludzie stworzyli świat, w którym nie potrafią żyć ani się odnaleźć"
"No Logo" brzmi jak pobożne życzenie...

Recerz Max  24 stycznia 2021 roku, godz. 16:17

Strzelam, że mógłby brzmieć: "Zniszczmy ten przeklęty kapitalizm" 😉 Choć to nie kapitalizm jest zagrożeniem, lecz korporacjonizm, czyli styk polityki i wielkiego biznesu.