8 czerwca 2012 roku, godz. 20:02 0,0°C

Krótka opowieść o Wielkim Marszu

Próbuję sobie przypomnieć wszystkie książki S. Kinga, które miałem przyjemność przeczytać. Zaczęło się od Miasteczka Salem, była Carrie i Christine. Przebrnąłem przez To! i Jasność. Wreszcie dane mi było przeczytać tą jak dotąd ulubioną — Sklepik z marzeniami. Nie jest to wiele z bogatego dorobku pisarza. Wielki Marsz — z przytoczonego zestawu jest jak dla mnie najsmutniejszy. Postaram się wyjaśnić, dlaczego tak go odbieram.

Marsz to niesamowita metafora, symbol tego, co dotyczy każdego z nas, bez wyjątku. Niesamowitość polega na tym, że nikt nie będzie miał problemu na spojrzenie na siebie przez pryzmat, który podsuwa nam pod nos sam Stephen King.

Bazując na porównaniu Wielkiego Marszu z innymi książkami, które znam...
Autor tym razem nie przedstawia nam pisarza, który doświadcza niezwykłych i przyprawiających o gęsią skórkę przygód. Nie wchodzimy w świat dziewczyny z paranormalnymi zdolnościami czy uczuciowych samochodów. Daleko jest od zamknięcia się, czy to w fantazji dziecka, czy w hotelu na odludziu, w którym mało kto przy tak ekstremalnych warunkach spędzi chociaż pięć minut...

Wszystkich powyższych sytuacji możemy się wyprzeć. Nawet jeśli pewne okrutne prawdy będą ocierały się o przypadek naszego jestestwa, przy pewnym wysiłku uda nam się potraktować je jako literacką fikcję, której elementy nie pasują do naszej życiowej układanki.

Z Wielkim Marszem jest inaczej.
I to jest chyba powód mojego wspomnianego na początku smutku. Jeśli ktoś zapyta, nie mogę zaprzeczyć, że mnie nie dotyczy podobny, równie tragiczny marsz. Przecież nie dalej jak wczoraj szedłem, nieważne — wracałem, dopiero gdzieś zmierzałem, nieistotne dlaczego i w jakim celu. Maszerowałem i tego się nie wyprę. Co gorsza, robię to nadal i mam, niestety, głupią wiarę w to, że to się nigdy nie skończy.

Mimo trudności, wiatru, deszczu, bólu w stopach. Mimo tysiąca innych rzeczy, od których mogę uwolnić się siadem po turecku — liczę po cichu, że można iść bez końca.

W moich oczach S. Kingowi udało się to maszerowanie sprowadzić do wielkiej przegranej. Do oszustwa, w którym biorę udział w nadziei na coś, czego nie ma. Autor pozwolił mi przez chwilę pobyć widzem, jednoosobowym tłumem, przyjrzeć się innym, podanym na tacy; pozwolił pokibicować, a za chwilę okazało się, że sam idę.
Że już nie siedzę w wygodnym fotelu z lekturą i herbatą obok...

Ciężko wyrazić to słowami, tym bardziej, że mija się to trochę z celem. Każdy wchłonie treść przez własne pory. Odbierze przesłanie na swój sposób. Wystarczy tylko sięgnąć po te 341 stron. Jeżeli ma się odwagę. :)

Wielki marsz
Mroczna, alegoryczna wizja przyszłości Stanów [...]
skrobek Łukasz
 5 sierpnia 2012 roku, godz. 5:08

Ta recenzja zachęciła mnie do przeczytania tej książki :)