18 sierpnia 2021 roku, godz. 14:37

Rozdział ?

Zmumifikowana czaszka, ubrana w szaro-zielonkawy bandaż, który miejscami odsłonił kawałek nagiej kości policzkowej, kolorem przypominała kawę z mlekiem, zakurzoną nieco przez coś podobnego do kakao, w gruncie jednak rzeczy była to tylko zmumifikowana czaszka, którą ktoś posiadał w swojej kolekcji, z najbardziej dumnymi eksponatami ustawiona wzdłuż gościnnej ściany, bo tak o niej mówił, gdyż do niej lgnęli goście, ułożone obok siebie - artefakty jego ducha, zgromadzone pod jednym dachem, który odgrodził im widok gwieździstego nieba, by zamilkły, ułożone na aksamicie, otoczone szklaną i grubą pokrywą, która przepuszcza wyłącznie światło.

Stał tam, wpatrzony w siebie, naprzeciw lustra mądrości, jak o nim mówili, a było w nim napisane, wyryte raczej u górze, wzdłuż ramy, starym językiem, którego teraz nikt nie znał, chociaż byli tacy, którzy mówili w nim jeszcze, jak mówi się rodzimym sobie językiem, ale nie znali przeto innego więc jakby nie wiadomo, czy na prawdę i o czym mówili.

Wpatrywał się jak zwykle przez moment w ten napis: "Ten, któremu spoglądasz teraz w oczy jest Mędrcem. Oczy jego są Twoimi, ale jego spojrzenie wydaje się obce. Kiedy patrzysz w lustro i myślisz o sobie: o czym on tak myśli, lustro patrzy w ten sam sposób na Ciebie. I chociaż jest inny, niż sam sobie się wydajesz, oczywiste pytania są tymi, które napawają strachem."

Patrzył się zatem w siebie, nie siebie, rozdumywał nad tym, co oznacza być Mędrcem. Jednak spoglądał przez pryzmat samego siebie. Dlatego czy mógł siebie nazwać Mędrcem? Ten, który nie porzucił Ego. Ten, który je w sobie rozkochał. Ego, nagi aniele rzucony na pościel mych wątpliwości, na łoże moje rachunku, na poduszki westchnień, ciężkie jak kamień u szyi, rzucone niedbale na podłogę. Pokochałem Ego, by móc je wychować, nie odtrąciłem tego, co musi być odtrącone. Pozostał ze mną mój anioł stróż, lecz jego skrzydła są z ognia. Jego stopy i dłonie, chociaż przebite tym samym gwoździem, nie sączą z ran ani krwi, ani światła, lecz coś mrocznego - nie jest mi jednak straszne, raczej mnie fascynuje i pociąga. Kilka bandaży lekko powiewa, nie wiem - poruszonego jego energią, czy wiatrem, którego przecież nie czuję w swojej wyobraźni. Język jego jest jadowity, a lekcje jego smakują gorzko i cierpko, a czasem chcę po nich płakać: kim muszę się stać, by osiągnąć kolejny poziom wtajemniczenia? Czy ja, w swoim ego, jestem tego warty. Czy Ego nie przecenia wartości własnego ja? Wiem, że nie są to pytania, które powinienem zadać.

Gdy zyskałem zmysł wszechwiedzenia, zrozumiałem też, iż bardzo ważna jest w nim szczerość. Prawda nie obnaży siebie przed kłamliwym pytaniem. Prawda nie ukaże swej twarzy, jeśli nie będzie tym, o czym pytanie, w rzeczy samej, zabiega, nawet jeśli lekko zazdrosne, zaniepokojone, a może rozochocone. W końcu ty jesteś Wyrocznią, do twych bram wiodą zmysły, by tam konać, w nimfatycznym tańcu pośród mgieł i jaskiń, w podbrzuszu wulkanów, w chłodnym strumieniu, pod językiem wodospadu, słuchać modlitwy świata, gdy wraz ze światem sam się modlisz o to samo, z każdym krzewem, roślinką, każdym śpiewem ptaka, każdym leniwym ruchem chmur na nieboskłonie, modlisz się do Stwórcy, chociaż nie masz pojęcia kim jest, nie musisz też wiedzieć, bo wszystko co trzeba zrozumieć, to iż On jest Stwórcą.

Czasem, gdy znajdujesz odpowiedź, może cię w pierwszej sekundzie przerazić. Tak było też ze mną. W momencie, gdy należytym było podjąć konkretną decyzję: udać się na banicję, na wyspy zadumań, na lądy rozterek, na grząski grunt, który zasysa stopy, nie pozwala ujść ani kroku, nim z fotograficzną dokładnością nie opisze najlżejszego rozedrgania w duszy.

Decyzję, która dotyczy wyboru szkoły. Iż są dwie szkoły, każdy to zapewne wiedział: szkoła światła oraz szkoła mroku. Ze światła pochodzi słońce i woda, z mroku pochodzi ogień i ziemia. Razem tworzą system dziedziczny. Jego rutyna jest bardzo prosta. Każda, żywa, ludzka istota otrzymuje dwie skłonności: pierwszą jest skłonność do podążania za światłem, drugą skłonność do błądzenia w mroku. Skłonność do świata wiąże się ze zmysłem wzroku oraz głosem, natomiast skłonność do błądzenia w mroku ze słuchem i dotykiem. W tym dziedziczeniu nie istnieje jeszcze człowiek. Pojawia się później - jako dziedzic tego jestestwa, a pojawia się w formie, która jakoś kategoryzuje siebie względem tych dwóch: w przypadku światła jest to czysta radość, w przypadku mroku duża liczba podniet, a ich wspólnym mianownikiem jest spełnienie. Rozkosz istnienia. Zalążek wiecznej chwały. Syn Marnotrawny powrócił, lecz nie po to, by zasiadać na tronie Ojca Niebieskiego, lecz by objąć tron swój w piekłach, by przyjść na ziemię i zaprószyć ogień swojej wiary. O nim to mówią, iż włada nim Mroczny Żniwiarz, ten, który plon zbiera Syna Bożego, ten, który prowadzi owce na rzeź, który spija krew ofiar w imię Jego, ten któremu Ojciec obiecał, iż głód swój nasyci, spije krew ślepych i dzieci, posmakuje mu czysta niewinność, rozkosz przeszyje jego suche, kościste ciało, krew zapłynie w żyłach raz jeszcze, mocniej i szybciej, niż kiedykolwiek wcześniej, gdy Mroczny Żniwiarz spije krew owieczek jego, które były na rzeź wiedzione, by mogły spełnić się proroctwa, których nigdy nie słyszano

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Jacob_Filth, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.