25 stycznia 2023 roku, godz. 00:49 90,5°C

Niebo w butelce

Zgotowałem sobie niebo w butelce. Plastykowej butelce. Mówili do mnie:
- Zgotować, to możesz sobie piekło.
Patrzyłem i słuchałem dość sceptycznie. Kulinarne zdolności gotowania w butelkach są dzisiaj obce. W zasadzie, to są dość mocno zapomniane. W końcu niemalże nie ma już między nami żadnego Dżina, który w takowej butelce chciałby mieszkać. Dlatego, tak trzymałem sobie to niebo w butelce, które sobie zgotowałem, na dość wysokim ogniu, bo akurat było późne lato, a jesień wczesna, co oznaczało suche, połamane gałęzi, które ni stąd, ni zowąd spadały na głowę. Brałem każdą z nich do ręki i przez chwilę wpatrywałem się w te przeróżne kształty. W kształty, na których pojawiała się kora, a potem znikała i zostawał goły badyl, prawie jak kości, bo słońce było tego roku dość łaskawe w ilość promieni, wysokość temperatur, a nieboskłon, po którym tańcowały chmury tegoż roku, to był w zasadzie pusty parkiet, który zaskarbiło sobie słońce, jak DJ na imprezie, na którą nikt nie przyszedł.
Patrzyłem na poszczególne, nieco wygięte kształty, które mogły, na pierwszy rzut oka, przypominać bardzo dokładny opis reumatyzmu lub zwyrodnienia kości, które dotykało od dawna ludzi, ale byłby to wniosek powierzchowny. Wcale nie było to zwyrodnienie, a zupełnie naturalny sposób ekspresji, w jaki drzewa prezentowały swoje wdzięki. W szczególności jednak to drzewa liściaste. Tych gałęzi, z drzew liściastych, miałem najwięcej, bo jakość podświadomie zawsze lubiłem sadownictwo, owoce i wierzyłem, że ogrody, o ile są piękne, to są tylko złudzeniem lub ostoją, zawsze jednak ucieczką i chwilą schronienia.
To, co było faktycznie istotne, postrzegałem właśnie jako drzewa owocowe. Jako ogromne, dzikie sady, które porastają nie tylko jabłonie lub śliwy, ale też różne krzewy, jako te prozaiczne chwile, te zwyczajne, codziennie, spomiędzy których wyrastało nagle drzewo owocowe, a do którego możliwe było dostać się wyłącznie przez te chaszcze, pomiędzy którymi błyskały porzeczki, maliny, borówki.
Teraz jednak, bo było już późne lato, a wczesna jesień, jednak ta wczesna jesień, która chyba jest jeszcze nieświadoma, że im bliżej końca roku, tym straci na swym kolorycie, bo, czy tego chce, czy nie chce, chmury, które czasem tańczą, wrócą z powrotem, ale bardziej jak stare dewotki, które siedzą na parapecie okna i komentują wszystko, co dzieje się na osiedlu. Wtedy też mocno pada, dużo wieje, kolory zlewają się mglistą, szarawą zieleń i nie wiadomo, czy droga asfaltowa, to droga asfaltowa, czy po prostu bardzo dobrze utwardzony odcinek zamglonej przestrzeni. Wtedy też trzeba uważać na kroki, bo kroki są senne, sny lubią być zaplątane w spojrzenia ludzi i muszę bardzo uważać, żeby nie wpadać w te ludzkie, senne wspomnienia, bo to jak wejść do obcego domu bez drzwi i okien, ale z dużą ilością pomieszczeń, poprzewracanych mebli, gdzie zdają się straszyć duchy. Nie wiem, czy ma to jakiś związek z jesiennym smutkiem, ale zauważyłem, że ci najbardziej smutni ludzie mieszkają właśnie w domach. Czasem, kiedy szedłem z mamą ulicą, wpadałem do jej sennego domu i nie potrafiłem znaleźć wyjścia, chociaż było to raczej mieszkanie, dość małe i skromne, ale nigdzie w nim nie było wyjścia.
Jesienią, późną jesienią jest największy problem. Wtedy te wnętrza domów jakby zjadają człowieka. Może ludzie chcą jakoś szukać schronienia przed deszczem, a potem śniegiem i zimnem, dlatego wracają we własną przestrzeń. Ale dlaczego tam nigdy nie sprzątają?
Mama zawsze uczyła mnie porządku. Dlatego lubię przed snem złożyć ubrania w kostkę. Spod kołdry wyjmuję złożoną w kostkę pidżamę i czasem, jak jest zimno, to proszę mamę, żeby ją dla mnie uprasowała, bo wtedy jest przyjemnie kłaść się do łóżka. Samemu nie wolno mi prasować jeszcze rzeczy, dlatego lepiej, żeby mama nie wiedziała, że teraz zgotowałem sobie niebo w plastykowej butelce, która coraz bardziej się kurczy.
Ja zresztą też mam swój domek, ale na drzewie. Na owocowym drzewie pomiędzy jabłonią a gruszą, który zbudował dla mnie tata. Powiedział, żebym trzymał ten domek w tajemnicy, bo ktoś może się do niego dostać, tak jak ja, kilka razy, przez przypadek, dostałem się do domu ludzi. Tato zadbał o to, żeby mój domek miał drzwi i okna i żadnych pomieszczeń. Dlatego, niezależnie od tego, w którym miejscu domku jestem, widzę wszystkie ściany, widzę wszystkie okna, widzę też drzwi, które pozwalają mi opuścić domek. Tato powiedział, że niewielka, własna przestrzeń jest o wiele przyjemniejsza, bo jest mniej sprzątania i łatwiej w niej coś ustawić. Dlatego, że człowiek, zanim coś wstawi do domku, musi się nad tym najpierw zastanowić. Właśnie dlatego, że jest mało miejsca. Dlatego przynosi do domku tylko to, co jest mu potrzebne, co ma dla człowiek znaczenie. Teraz doceniam, że tato zrobił mi mały domek, a ja, zanim coś do niego przyniosę, muszę się nad tym zastanowić.

one drop for all Eliza
 25 stycznia 2023 roku, godz. 18:20

dla mnie kojarzy sie ze statkiem zamknietym w butelce i innymi "niemozliwymi rzeczami"
i z tymi listami rzuconymi w butelkach na morzu
bdb tekst

LR Lila Róż
 25 stycznia 2023 roku, godz. 10:23

Najpierw przypomniał mi się ten mały z Malowanego Ptaka, co kręcił puszką, żeby wzniecić i utrzymać ogień, a potem dużo zjawisk z mojego dzieciństwa - traumatycznych, ale i tych przyjemnych - drzewa owocowe. Jedna wielka przenośnia w mnóstwo czułych punktów.