6 marca 2016 roku, godz. 23:34

Łowy cz. I - Początek

"Z przyjaźnią sprawa nie jest raka prosta. Długo i z trudem sieją zdobywa, ale kiedy się już przyjaźń posiadło, nie sposób się od niej uwolnić, trzeba stawić czoła."
~ Albert Camus

Coś ciężkiego zwaliło mi się na ramię. Wcześniej we śnie drażniły mnie jakieś dźwięki, jakby coś spadło, taki tępy odgłos, potem coś się obijało. Meble? "To pewnie sen" - pomyślałam i wtedy coś to coś zwaliło się na mnie.
- Suń się...
- Że co? - wymamrotałam. Byłam tak zaspana, że nawet nie byłam w wstanie pomyśleć o wstawaniu.
- To ja mam prawo do burczenia pod nosem. Ej, Gabe... A ty coś za jedna? - zdziwił się głos.
Podniosłam głowę i ujrzałam młodego chłopaka, który przestał potrząsać mnie za ramiona. Miał zakrwawiony nos i świecące pomarańczowe oczy wyglądające jak kontakty. Mogłabym się mu przyglądać dłużej, gdyby nagle nie powiedział "a zresztą", i rzucił się na mnie aby wylądować po drugiej stronie łóżka.
Krzyknęłam i wyskoczyłam z pościeli. Ta sytuacja nijak poddawała się logicznej ocenie. Zaraz... zaraz. Musiałam zasnąć, to jest bardzo prawdopodobne, a w tym czasie Kitsunebi mógł robić co tylko mu się podobało. Ale to nie jest on! W moją kołdrę zakopywał się właśnie jakiś obcy mi facet, który nic sobie nie robi z tego, że włamał się do cudzego pokoju.
- A ty coś za jeden?!
Obcy przekręcił się i rzucił we poduszką.
- Cicho. Muszę odespać, nie widzisz? Mam kaca, depresję i nie mam dzieciaka. I samochód mnie potrącił. Life is brutal i sratatata. Daj się wyspać.
- O matko. Wstawaj, pobrudzisz mi pościel!
- To będziesz miała poświęconą...
- Nie, nie będę. Wstawaj! - Złapałam go za rękę i siłą wyciągnęłam z łóżka.
Wcale nie był taki ciężki na jakiego wyglądał. Z łatwością chwyciłam go pod ramię i zaczęłam ciągnąć przez pokój do wyjścia, gotowa pozbyć się niespodziewanego gościa. Śmierdział alkoholem. co zabawne w ogóle nie mówił jak osoba nietrzeźwa, tylko nie mógł ustać na nogach.
- Ej, co ty robisz? Nie słyszałaś, że mam kaca? Ogłuchłaś? - jęczał i przechylał się na boki. - Co ty tak się rządzisz w nie swoim pokoju?
- Nie swoim? Przecież jest mój i Trishy. - Sięgnęłam do klamki, pociągnęłam ale drzwi były zamknięte.
Jak on się tu dostał? Czyżby miał klucze? Jak ominął Cerbera? Przekręciłam klucz, otworzyłam drzwi na oścież i chciałam go wypchnąć, ale przede mną stał srebrzystowłosy uzbrojony w siatki pełne zakupów. Przesunął się na bok.
- Pośpiesz się i miejmy to z głowy.
I znów musiałam szukać szczęki na podłodze.
- Jakie "pośpiesz się"? - spytał oburzony pomarańczowooki. - Ona rzuca mną jak lalką.
- Już działa, energia ją wprost rozpiera - pochwalił się z dumą w głosie Kitsunebi.
Nie mogłam się zadziwić temu całemu zajściu. Co tu się do znów dzieje? Rozmawiali o mnie, ale skąd ten nowy mnie znał? Tylko niech to nie będzie kolejna bajeczka o opiekunach...
- No, Arisa, rzuć nim i idziemy coś przekąsić - zaproponował Kitsunebi.
- Jak to? To nie jest twój kolega? - spytałam i spojrzałam na schody. Zawahałam się. - Jeśli go popchnę to spadnie i się zabiję, muszę go położyć.
- Eee, pchaj. Nic mu nie będzie, on udaję, że jest pijany. Opiekunowie nie umieją się upić, chyba, że jest z nimi naprawdę kiepsko. A ten tu lubi panikować. Macie coś wspólnego ze sobą.
Zmarszczyłam brwi. On znowu gada o opiekunach i zasugerował, że ten nowy też nim jest. Kitsunebi spojrzał na mnie i wręczył mi jedną torbę. Wolną ręką chwycił za kark chłopaka, podniósł go jak zwykłą zabawkę i rzucił na schody.
- Widzisz? Tak to się robi. - Zabrał swoją siatkę i jak gdyby nigdy nic wszedł do środka. W brzuchu głośno mu zaburczało. - Zostawiłaś mi może trochę zupy?
- Zaraz, zaraz.. ty znowu do mnie? Ale jak to... - Poszłam za nim nie zwracają uwagi na chłopaka, który marudził coś leżąc na schodach.
- Chyba już sobie to wczoraj wyjaśniliśmy, co nie? - Zaczął wszystko wypakowywać na stół. Zrobił zakupy co najmniej dla dziesięciu osób i dał radę sam to przynieść. - Jestem, na razie, twoim Opiekunem i zostaję z tobą, bo nie chcemy żebym skończył jak tamten, co nie?
- Tamten? Alkoholik tamten? - Wskazałam kciukiem za siebie.
- Dokładnie.
- Więc to ty go do mnie zaprosiłeś? I czego ty chcesz ode mnie? Miałeś wyjść i wyszedłeś, ale miałeś też nie wracać! A tymczasem do pokoju wchodzi mi jakiś pijany chłopak, który...
Urwałam, bo ktoś wszedł. Znowu ten czarnowłosy intruz! A byłam pewna, że zamknęłam drzwi na klucz. Tym razem, w świetle lamp, wyglądała nieco inaczej. Jego oczy nadal miały tę dziwną barwę; z nosa kapała mu krew. Na sobie miał brudną bluzę i porwane spodnie. Skrzywił się i wycelował w srebrzystowłosego palcem.
- Ej! Gabe! Co ty sobie wyobrażasz?!
- O, staruszku, wchodź. Zabandażujemy ci twarz, położymy spać, a rano będziesz jak nowy. - Kitsunebi zatarł dłonie i poklepał blat stołu. - Chodź, chodź, zaraz się tym zajmę. Albo ona.
- No właśnie. Co to za ona? A do tego jaka niewychowana! Wytargała mnie z łóżka! - oskarżył mnie chłopak. - To jej tez masz pilnować? Ostatnio była chyba trochę mniejsza...
- Ostatnio? - wtrąciłam. - Skąd on mnie zna?
-Eee, pół roku temu...cmentarz. Nie ma się czym martwić. Przenocujemy go dzisiaj.
-Ech? - wyrwało mi się zanim zasłoniłam usta dłonią. - Co to ma znaczyć? Mieliście wyjść! Nie ma mowy!
- Zmień płytę, ok? - spytał mnie wkurzony Kitsunebi, po czym zwrócił się do nowego: - A ciebie kto tak urządził, co Anthony?
- Potrącił mnie samochód. - Chłopak usiadł przy stole i zakasał rękawy aż do łokci.
Na skórze miał mnóstwo drobnych blizn. Stanęłam za Kitsunebim i wyjrzałam zza jego ramienia. Anthony miał złamany nos i trochę podrapane policzki, ale poza tym był zdrowy. Co mnie bardziej zaskoczyło to fakt, że w ogóle nie narzekał i nie jęczał z bólu.
- Nie uwierzysz kto kierował tym samochodem. - Odczekał moment, zapewne czekając na to, aż Kitsunebi poda jakiś przykład, ale ten milcząc badał nos kolegi. - Ten szurnięty łowca! A jak się gwałtownie zatrzymał, ktoś inny na pewno by mnie przejechał drugi raz, a ten zahamował. Mało tego, chciał z pojazdu wyskoczyć, ale było za dużo ludzi. Inariemu niech będą dzięki, miałem czas nawiać. Ale teraz będzie tu węszył! I tak od jakiegoś czasu kogoś szukają, ale nigdy nie...
- Co ty, szedłeś na odsłoniętym?!
- Na czym? - spytałam podając Kitsunebiemu nawilżone chusteczki.
- To znaczy, że pozwalał ludziom widzieć ogony i uszy, swoją lisią naturę. Pozwalałeś tak? Przecież to jest karalne jeśli nie dotyczy twojego Kreatora.
- No właśnie nie pozwalałem, ale on jakoś mnie zobaczył. Oni widzą więcej od zwykłych śmiertelników. Zresztą... mam depresję i muszę się napić.
- Chyba już wypiłeś za dużo - zwróciłam mu uwagę.
- No właśnie nie. Musiałem uciekać i natychmiastowo wytrzeźwiałem.
Kitsunebi starł mu z twarzy zaschłą krew i jednym ruchem nastawił złamaną kość. Rozległ się trzask, a potem Anthony gwałtownie zamrugał.
- On nosi soczewki?
- Co? - Anthony znowu zamrugał i zmarszczył brwi. - Nie, to mój naturalny kolor. Pasuje do czarnych i czerwonych włosów, prawda?
- To nie ważne, zgubiłeś go? Tego łowcę! - dopytywał się srebrzystowłosy.
- Tak, przecież nie mógłbym go sprowadzić do kwatery kumpla. Nic się nie martw, tu na pewno nie przyjdzie.
- Ktoś was ściga? Mafia? Al-Kaida? Yakuza? - Usiadłam na krześle obok. - Czuję, że pakuję się w ogromne kłopoty.
Kitsunebi roześmiał się, a jego głos brzmiał lekko i dźwięcznie.
Wieczorem tuż przed zaśnięciem spoglądałam na dwa lisy leżące na łóżku Trishy; do srebrzystowłosego Kitsunebiego dołączył jego pomarańczowooki kolega, Anthony.
- I tak wam nie wierzę, ale was przenocuję. Może do jutra ktoś was przygarnie - mruknęłam bez nadziei.
A w sumie... może coś się zmieni na lepsze.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Ancyk, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.