29 września 2021 roku, godz. 13:24 14,4°C

Święta Góra Grabarka

Z Krainy Otwartych Okiennic dojeżdżamy do chyba najważniejszego miejsca Prawosławia Polskiego Świętej Góry Grabarki, a jest to też ważne miejsce dla innych polskich chrześcijan, bo znajdziemy wśród tych tysięcy krzyży, też nasze krzyże. Zresztą nie widzieliśmy żadnego powodu, aby w tym cudownym miejscu nie uklęknąć i nie pomodlić się.

Góra Grabarka jest tak naprawdę niewielkim wzniesieniem i do cerkwi można wejść po stromych schodach lub trochę dalej, drogą, idąc którą, raczej nawet leciwi ludzie nie czują zmęczenia. Na jej szczycie jest cerkiew, klasztor żeński, miejsce, gdzie wierni tysiącami zostawiają krzyże pokutne i cmentarz. Czy to dobre określenie krzyże pokutne? Czy raczej krzyże płomiennej wiary. Ognistej modlitwy. Bezgranicznego zaufania. Cierpliwego oddania. Pokornej prośby.

Wewnątrz cudownej świątyni prawosławna zakonnica z uśmiechem cierpliwie opowiada nam, tłumaczy i odpowiada na pytania. W pierwszej chwili nachodzi mnie refleksja, że to chrześcijaństwo nie dla mnie, bo nabożeństwa są za długie, bo trwają 3-6 godzin, bo uczestniczy się w nich na stojąco. Zaraz przychodzi jednak zawstydzenie, kiedy mniszka mówi, że obserwuje uczestników nabożeństw i leciwi ludzie są najwytrwalsi i nie korzystają z ław ustawionych pod ścianami świątyni, dla tych słabszych i schorowanych. Z biegiem pobytu na Grabarce przypominam sobie, że moim marzeniem przecież jest, aby suma w niedzielę w kościele katolickim była odprawiana w pełnej liturgii i odśpiewana przez kapłana, z porządnym kazaniem, jak to było wtedy, gdy do kościoła chodziliśmy będąc dziećmi i nastolatkami.

Tak. Na koniec prelekcji ludzie rozchodzą się, wychodzą, podziwiają malowidła i obrazy. Wielu uklęka i modli się. Nie obchodzą nas chore ambicje naszych hierarchów i doktrynerów. Nie robimy zdjęć. Szanujemy wolę gospodarzy. Gość jest Bogiem w domu, pod warunkiem, że dostosowuje się do woli swojego gospodarza i nie próbuje zakłócić jego porządku życia.

Idziemy zwiedzić inne miejsca, zadumać się, skruszeć. Ścieżkami chodzimy wśród tysięcy krzyży. Tak. Są też nasze. Czytamy skąd, czytamy o co. Rodzi się szacunek i podziw. Refleksja w nadziei, że może oni są skromniejsi i bardziej refleksyjni w uczciwości i sprawiedliwości, niż to jest w naszym odłamie chrześcijaństwa. Może nie wadzą się tak o każdy palec miedzy. Może nie przychodzą do sąsiadów z twierdzeniem, że tutaj za cesarza Franciszka, a już na pewno za jego ojca ta parcela należała do moich przodków i wynieś się z domu, bo on jest mój i ziemia. A potem idą z tym jadem do gminy, powiatu, wojewody, sądu, jednego,drugiego, trzeciego, wreszcie do Strasburga, wreszcie biorą firmę ochroniarską i zajeżdżają sąsiada.

W trakcie tego spaceru, zadumana uderzasz się o ramię jednego z krzyży. Natychmiast powstaje spore zasinienie, ale Idziemy jeszcze oddać hołd i pomodlić się za zmarłych na cmentarz. Naszych zmarłych też. Potem powoli wracamy i schodzimy, tymi, można rzec świętymi schodami, do studni z cudowną wodą i do cudownego źródła. Wierni pątnicy podczas najważniejszych świąt pokonują te schody z krzyżami na kolanach do świątyni.

Ze studni nabieramy kilka litrów wody. Raz, że będzie gasić nasze pragnienie w następne dni wycieczki, dwa, że wierzymy, że nas uzdowi i duchowo odmieni. Schodzimy też niżej, gdzie obolałe i zasinione miejsce na nodze skrapiasz wodą z cudownego źródła. Po kilku minutach ból ustaje, a zasinienie znika.

Szczęśliwi, zadziwieni, uduchowieni idziemy do straganu, gdzie pani przywiozła nam oryginalne tutejsze sękacze i chałwę z Ukrainy. Zakupujemy. Chcemy spróbować i dać żyć tutejszym jak Bóg przykazał z turystyki. Są jeszcze tutejsze miody. Ich nie bierzemy, bo w lipcu kupiliśmy dużo miodu w Mosznej. Inni korzystają z okazji. Nigdy nie jedliśmy sękacza. Zjedliśmy go kilka dni później w trakcie rodzinnego spotkania. Ciasto dobre, ale wobec Twoich Kochana wypieków, no to poszedł prostu, no może być. Bardzo za to przypadły nam do smaku ukraińskie chałwy w czterech smakach.

Jeszcze raz spacerujemy, przyglądamy się okolicy i pora się zbierać, aby udać się do następnych pięknych miejsc na granicy województw Podlaskiego i Lubelskiego. Oglądając tyle razy reportaże w telewizji i czytając w internecie artykuły o tym miejscu, to po cichu marzyłem, aby tutaj kiedyś przyjechać. I powoli, w drugiej pięćdziesiątce, pierwszej setki fyrflego żywota, takie ciche nie za bardzo inwazyjne marzenia wypełniają się.

Tam niżej jest Roztocze. Poprosiliśmy naszą Panią Pilotkę o napisanie też dużego programu na Lubelszczyznę i zwłaszcza Roztocze.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.