3 lipca 2020 roku, godz. 19:38 4,0°C

- mindfucker -

Wypiłem kawę przypalając papierosem kolejny dzień. Syknął cicho i przetoczył się przez pokój, w ciemny koc obok stołu, gdzie w doniczce rosły złudzenia. Nie tak wysokie i pokaźne jak mogłoby się wydawać, ale wystarczająco widoczne, by odruchowo spojrzeć na nie po przekroczeniu progu pomieszczenia.

Koniec flow. Koniec natchnienia. Patrzę na to jak na pustą rolkę po srajtaśmie. Bo jest silna potrzeba. Jest dość silne parcie, ale ręce sobie tym fajdać, to ja nie wiem, czy to jest bezpieczny pomysł i czy bym się do niego przekonał? Zresztą, co ja tu chcę oszukać, jak wszystko zna mnie na wylot i toleruje moje kłamstwa. Oszukiwanie tego wszystkiego, to jak przyznać się do prawdy.

Czas na kolejnego szluga. Dopiję go herbatą. Bo tak lepiej smakuje mi ta rzeczywistość zacerowana jak przez babcię z zaawansowanym Parkinsonem. I jej palce to moje sny. Palce pokaleczone szydełkami. Poprzebijała sobie opuszki, bidulka, z dziwnie uśmiechniętą twarzą wypatrując końca pracy, który coraz bardziej mieszał się z soczystym kolorem jej krwi. Oczy jej błyszczały na tyle mocno, że nie potrzebowałem żarówek. Stałem, jak zahipnotyzowany, wpatrując się w babkę, która teraz już przez swoje palce przewlekała wełnę. Skarpetki leżały na podłodze. Dziury, niewiele mniejsze niż przed jej próbą ich załatania, patrzyły na mnie z tym szyderczym uśmiechem, z jakim patrzą ludzie, którzy z niewiadomego źródła, poznali jakiś nasz obrzydliwy sekret i teraz ciężko opanować im tą wiedzę.

Więc już nawet nie wyciągam szluga. Bo stoję ogłupiały. Ta babka musi być jakimś buddą. Bo skąd miałaby mieć dwie dodatkowe ręce, których przed chwilą jeszcze nie było. Ale są jej potrzebne, a potrzeba matką wynalazków. Więc dwie, wolne od ran po ukłuciach ręce, sprawnie szydełkują mocno zakrwawione palce. Dłoń powoli znika pod coraz to grubszymi warstwami wełny. W końcu wstaje uśmiechnięta, patrzy w moją stronę i mówi – masz wnusiu, zrobiła ci prezent.

- Co jest, do cholery – zastanawiam się jak zwykle w takich sytuacjach. Szybki rachunek sumienia. Nie, nie ma opcji, że coś wrzuciłem. Żadnego dopa, draga, dropsa, nawet alkoholu. Te szlugi by mnie tak nie pokopały. Może i racja. Kostki mam obite.

- Masz wnusiu, zrobiłam ci prezent. Wstała z krzesła, idzie w moją stronę. Coś nie tak z jej ryjem. Jak się uśmiecha, to z ust wyskakuje jej zardzewiała jaskółka jak w dużych, naściennych zegarach. I skrzeczy przeciągliwe. Jakby pocierać o siebie dwie krawędzi jakiegoś metalu, trochę postrzępionego. Nawet nie wiem, jak to nazwać. Ale mam ciary. No kurwa, co jest – myślę – bo zamiast oczu ma tarcze zegara. Wirujące w kółko wskazówki, robią to coraz szybciej i szybciej. Nie wierzę – myślę sobie, zamiast włosów, babka jest łysa, a na czubku głowy – lustro. W tym lustrze widzę czyjeś odbicie. Ale przecież w pokoju, poza nami, nikogo nie ma.

Babcia jest już bardzo blisko. Pokazuje mi dłonie. Pokazuje, co udało się jej wyhaftować. Pochwa. To mi babka zabiła ćwieka. I patrzy na mnie tym zegaro – ryjem i uśmiecha się wyraźnie. Zamiast zębów małe karty. Asy, królowe, dziewiątki, wszystkie koloru wino. Wstyd się przyznać, ale zaczyna mi się tutaj podobać. Babka klęka przede mną, z pochwo – dłońmi skierowanymi tak, żebym mógł się ogrzać. Bo po co innego miałaby coś dla mnie – wnusia – haftować. Chuj, że to nie moja babcia i że zaraz zerżnę to dziwne coś. W środku wydaje się być miękkie. Może to kwestia krwi. Weszło – o dziwo – gładko. Jeden ruch, drugi, szybciej i szybciej. Chyba się rozkręcam. Odpadalam więc papierosa, wkładam go w ryja. Babka, na czubku głowy ma wielką zapalniczkę, wystaje z miejsca, gdzie wcześniej było lustro. Dwa buchy i patrzę w dół. Kurwa. Lustro zastępuje mi brzuch. Jest dziwnie elastyczne i giętkie. Przejmuje nade mną kontrolę. Zaczyna wykonywać wszystkie ruchy za mnie, a ja? Ja jestem jakby dalej i głębiej. Jestem jakby w powietrzu, ale tak inaczej. Jakby to powietrze miało konsystencję kurzu połączonego z wodą. Moje ciało staje się mniejsze, podłoga pokoju niknie w ciemnościach, który go otaczają. Jedyne, co widzę, to twarz babki, z uśmiechem, z którego co chwile wyskakuje przeciągliwe chrobocząca jaskółka. Jest mi sennie. Jest mi lekko. Jest mi inaczej. Co się ze mną dzieje? Nie mam pojęcia. Ale wszystko jakby ustaje. Bicie serca, myśli i uczucia. To wszystko zlewa się w naturalny stan. Jest tylko pustka.

Chyba umarłem - myślę. Ale po chwili ocknąłem się w pokoju. Był jak przedtem, z wyjątkiem tego, że nie ma tutaj babki, ja na brzuchu nie posiadam lustra. Są tylko skarpetki, dziurawe i nietknięte. Są te skarpetki, które wyglądają jak rzeczywistość. Mocno użytkowane i wybrakowane. Jak moja pamięć i głowa, od czasu, gdy przytrafiają mi się tak dziwne wizje. Ale chce mi się. Odpadalam pornola. Zdejmuję spodnie. Mógłbym się umyć, bo kutas wali mi już połączeniem padliny i arbuza, do którego ktoś wsadził śledzia, ale nic tam. Naprężan to to, to tamto. To trzepię go u nasady, żeby wytarmosić sobie jaja. Bliżej, szybciej, mocniej, bliżej. No i jeb. Na chwilę jestem jak urwana z choinki bomba. A potem świat się rozbija, bombka pęka, a ja zostaję zalany przez falę nieodpartej depresji, upokorzenia, przez sumienie i nienawiść do własnej osoby. Opadam bez sił na łóżko. O jak mi jest, kurwa, teraz dobrze. W tej ohydzie. W tym paskudztwie. W tym zdziczeniu. W tym, czymkolwiek to jest. W tym całym pesymizmie, nihilizmie i chyba jeszcze nie wymyślono takiego słowa, by określić mój stan. Pogardy i miłości do pogardy. Nienawiści i bezinteresowności. Niechęci i ciągłego ożywienia. Stan bycia ociężałym, a jednak nieważki. Na pozór. Bo mój ciężar rośnie, a ja jestem tylko człowiekiem, któy trafił do wielkiego gardła galaktycznej próżności. Bez dna i końca. Mogę tylko spadać i ten upadek jest momentem wyzwolenia. Momentem wolności. Momentem, gdy czuję się szczęśliwy. Jedynym, co mnie ożywia i sprawia, że odczuwam jeszcze zajawkę, jest moment przyśpieszenia, jeszcze większa prędkość upadku. Świst powietrza. Czuję jak moje astralne ciało stawia opór. Ale pęd okazuje się bezwzględny. Mogę tylko tak lecieć w dół w nieskończoność. Więc mnie kurwa okłamali, że człowiek musi dotknąć dna. Bo tego dna nie ma. Tak to sobie ładnie ściemnili. Że można upaść tak nisko, aż człowiek zechce się podnieść, bo poczuje podłoże. Ale ten mój obłędzik. On jest bez końca.

Nadzieja napędza we mnie chore wizje. Jak miałbym się jej pozbyć. Zresztą to tylko iluzja. Kolejna, psychodeliczna prawda.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Jacob_Filth, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.