8 kwietnia 2015 roku, godz. 23:02

"Braterstwo Dusz"

„Wyobraź mnie sobie.
Nie zaistnieję, jeśli mnie
sobie nie wyobrazisz.”
~ Władimir Nabokow

1.

Psychologia to nie nauka. To nawet nie dziedzina naukowa. No bo, jak można szufladkować ludzi po tym jacy są? Matka raz w gniewie uderzy swoje dziecko, ojciec wypije jedno piwo po pracy, to już patologia? To, że piszę dziwne historię i ich bohaterów uważam za żywe istoty pokazuję, że mam jakieś zaburzenia psychiczne? Wystarczyło wymyślić psychologię by zrobić z ludzi wariatów.
Siedzę na ćwiczeniach z pseudonauki jaka jest, według mnie, psychologia. Magister Żyła coś zawzięcie tłumaczy. Grupa zawzięcie udaję, że jej słucha. W rzeczywistości każdy robi coś innego niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Rozglądam się w celu zorientowania się co inni robią. Po sekundzie stwierdzam, że większość grupy jeszcze się nie obudziła, a pozostali czytają coś na kolejne zajęcia z Carycą. To pewnie ci "szczęśliwcy", którzy mieli czas się wyspać lub po prostu - jak ja - nie lubią dyskotek. Jeszcze raz rozglądam się po sali. Gdy mój wzrok spoczął na ławkach znajdujących się przed drzwiami, zamarłam.
- Hyoga? - szepnęłam zdziwiona.
W ławce tuż przed drzwiami oparty o ścianę siedział blond włosy mężczyzna. Ręce miał skrzyżowane na piersi, głowę spuszczona w dół, stopy zaś wsparte na innym krześle. Widać było, że jego oddech jest głęboki i równy. Czyżby spał?
Chyba wyczuł, że na niego patrzę bo podniósł głowę. Spojrzał na mnie. Jego oczy o barwie letniego nieba spotkały się z moim zdziwionym spojrzeniem. Uśmiecha się przyjaźnie i macha do mnie. Gdy jego ręce już nie są skrzyżowane doznaje nagłego olśnienia.
To nie Hyoga! No chyba, że on jednak był kobieta... Zresztą teraz kiedy już minął szok zorientowałam się, że nie jest ubrana w charakterystyczny niebieski podkoszulek tego samego koloru opaski na nadgarstki, czarne spodnie i pomarańczowe ocieplacze na łydki.
Skoro to nie Cygnus, to kto? Próbuje dopasować tajemniczą niebieskooką blondynkę do któregokolwiek z moich opowiadań. Bez skutku.
- Kim ty jesteś? - zapytałam szeptem.
- Trisha. Od kilku miesięcy chodzimy razem na zajęcia, pamiętasz? - usłyszałam odpowiedź ze strony, od której jej nie oczekiwałam.
Kocham te niebieskowłosą istotę. Wie o moich niewidzialnych, dla innych, towarzyszach a mimo to nie uważa mnie za wariatkę. Chociaż Pani magister Żyła powiedziałaby pewnie, że cierpię na jakieś omamy i wizję. I weź tu człowieku szanuj psychologów!
- Też chciałabym wiedzieć - pożaliłam się przyjaciółce.
Trisha pytająco uniosła brwi.
- Czyżby nowy pomysł? - spytała radosnym szeptem. - Rychło w czas! Jak wygląda? To ona czy on? I co najważniejsze: jak ma na imię?
I znów włączyła jej się jadaczka na zajęciach. Dobrze przynajmniej, że na psychologii a nie na - na ten przykład - średniowieczu.
Spojrzałam w stronę gdzie, jak sadziłam, siedziała tajemnicza dziewczyna. Wstrzymałam oddech.
- Znikła.
- Coś mówiłaś? - spytała wyrwana ze swoich myśli Trisha.
Dość szybko potrafiła zafascynować się tym co mówiła magister Żyła i odciąć się od rozmowy, która jeszcze niedawno prowadziła. Cała Trisha.
- Ta nowa bohaterka znikła - powtórzyłam trochę zawiedziona.
- Jak to znikła?
- A jak się znika? - wkurzyłam się. - Normalnie. Już jej nie ma. Niestety…
Kim ty byłaś? I co ważniejsze. Dlaczego tak szybko znikłaś? Mam nadzieję, że już niedługo poznam odpowiedzi na te pytania.
A teraz trzeba mi wrócić do jakże interesującego monologu pani Magister Żyły.

***
- Może jednak się skusisz? - spytała mnie Trisha wyciągając w moją stronę zapalonego papierosa.
Psychologia i średniowiecze już minęły. Caryca nawet nie była taka zła. Tylko jej pytanie: "Czy wy tu jesteście za karę?", totalnie mnie rozwaliło. W tym momencie stałyśmy z Trishą oraz resztą grupy na placyku przed Instytutem. Część osób paliła papierosy zaś pozostali rozmawiali.
Nie ma to jak przerwa między zajęciami.
- Przecież wiesz, że pale tylko w kilku określonych sytuacjach - warknęłam na nią. - A to nie jest żadna z nich.
Spojrzała na mnie wilkiem.
Chyba faktycznie uniosłam się niepotrzebnie ale to wszystko przez tajemniczą dziewczynę. Zamknęłam oczy. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Uspokoiłam się i zrelaksowałam.
- Przepraszam Trisha. Przecież wiesz, że... - Zaczęłam tłumaczyć swoje głupie zachowanie względem przyjaciółki, gdy mi przerwano.
Na ramieniu poczułam czyjś delikatny dotyk. Przestraszona otworzyłam szybko oczy aby zorientować się kto chce zwrócić na siebie moją uwagę. Na wprost mnie stał średniego wzrostu chłopak o kruczoczarnych włosach, zielonych oczach i szelmowskim uśmieszku. Ian, pierwszy z grupy, który do mnie zagadał. Przyjemny facet.
- Nie wiem czy wiesz ale Trishy tu już nie ma. Minutę temu poszła w stronę wejścia do Instytutu rzucając hasełko, które brzmiało podobnie do: "idę pod husarza". Aczkolwiek mogła tez powiedzieć: "idź się huśtać!", po tym jak na nią warknęłaś - poinformował mnie, po czym na jego twarzy pojawił się uśmiech numer 77 o nazwie: "I am sexy and I know it".
I weź tu takiego nie skrzywdź!
- No to lecę ją dogonić! Dzięki za info Casanovo! - rzuciłam już w trakcie biegu do Instytutu.
Gdy byłam już kilka metrów od reszty "grupy specjalnej" usłyszałam jeszcze jak śmieją się z, prawdopodobnie, reakcji Iana na moje ostatnie słowa.
Wbiegłam do budynku. Minęłam recepcje i udałam się w stronę schodów prowadzących na pierwsze piętro gdzie - według słów Iana - przebywała Trisha. Od celu dzieliło mnie już tylko około dziesięciu metrów gdy na coś wpadłam.
To "coś" zręcznie chwyciło mnie za ramię po czym szybko przycisnęło mnie łokciem do ściany. Spojrzałam na twarz. Był to wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o czarnych kręconych włosach i bujnej brodzie. Doktor Hrabia, wykładowca przedmiotu zwanego wśród studentów Skorupami. On zaś był wszystkim nowicjuszką Instytutu znany pod pseudonimem "Hagrid".
Ups. Mam przechlapane.
- Gdzie ty się dziewczyno tak spieszysz?! - spytał podniesionym głosem.
Wokół nas zbierali się zaciekawieni uczniowie i przysłuchiwali się tej dziwnej wymianie zdań.
Myśl Arisa. Myśl!
- Do toalety, panie doktorze... - No pięknie, nie ma to jak robić z siebie jeszcze gorsza idiotkę. I tak po egzaminie miał mnie pewnie za debilkę. Jeszcze sobie dokładać muszę.
Wśród gapiów zapanowało milczenie. Czekali na reakcję doktora.
Szczerze mówiąc ja też.
W końcu mnie puścił. Czyżby to połknął? Serio?
- No to leć. Tylko mi na drugi raz uważaj gdzie biegniesz! - zganił mnie.
- Jasne panie doktorze - mówiłam naprędce. - Łokieć. Nagana. Doceniam to, naprawdę. - powiedziałam uśmiechając się z ulgą.
Doktor nie czekając nawet na koniec mojej wypowiedzi udał się w podróż do tylko sobie znanego miejsca. Ja wzięłam z niego przykład chwilę po nim samym. Poziom adrenaliny w moim organizmie musiał wrócić do normy.
Zbliżam się już do miejsca określonego przez Iana jako „pod husarzem”. Są to ławki pod ściana z wielką, wielokolorową mozaiką. Przedstawia ona husarza w pełnej zbroi, na pędzącym białym rumaku oraz z pochyloną do ataku kopią zakończona biało-czerwonym proporcem. W prawym górnym rogu można było spostrzec napis głoszący: „Amor Patriae Nostra Lex”, rzekoma dewiza husarii.
Przynajmniej tak nas uczono.
Zaś pod tym wizerunkiem znajdowała się metalowa tabliczka z namalowanym na niej napisem głoszącym:

KU CHWALE I WIECZNEJ PAMIĘCI NAJLEPSZYM Z NAJLEPSZYCH.

Husaria XVI-XVIII w.
Kircholm - 27 IX 1605
Kłuszyn - 4 VII 1610
Chocim - 7 IX 1621

„Choćby niebo spadło nam na głowę,
my je podtrzymamy swoimi kopiami”.

Po dotarciu na miejsce zaczęłam szukać w tłumie studentów niebieskiej czupryny Trishy. Mimo tego, że nie był to czas korków na korytarzu, niestety, nie mogłam wypatrzeć przyjaciółki. Gdzie się ten mikrus schował? Zawsze jak jej potrzebowałam to ona gdzieś znikała, zupełnie jak tajemnicza nieznajoma.
Nie ma co się dziwić, w końcu miała metr i pięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu. I to w szpilkach i z kapeluszem! No cóż, podobno małe jest do kochania a duże do roboty. Tyle, że ja jestem leniem i nierobem, a jednak Staruszek dał mi trochę więcej centymetrów.
Paradoks… albo boży joke.
Wreszcie ją znalazłam. Stała pośród grupki ludzi spoza naszej grupy ćwiczeniowej tuż pod proporcem WNS-owskiego husarza. Przyjrzałam się jej obecnym towarzyszą. Kojarzyłam ich twarze, byli to studenci drugiego roku z tej samej specjalizacji co my.
Jeden głęboki oddech i jazda.
Ruszyłam w kierunku przyjaciółki.
Dopóki nie stanęłam za Trishą rozmowy w tej grupce nie ustawały. Dopiero gdy zatrzymałam sie jakieś trzydzieści centymetrów za plecami przyjaciółki ci, którzy mnie ujrzeli ucichli.
Nastała dziwna, jak na to miejsce, cisza.
W końcu Blue zorientowała się, że ktoś za nią stoi i przeszkadza w rozmowach. Odwróciła się ze wzrokiem i mimiką mięśni twarzy jaką mógłby mieć zagorzały ogrodnik tuż po tym, jak znalazł ukrywającą sie pod liściem gąsienice. Jednak gdy już spostrzegła, że to ja na jej twarzy pojawił się uśmiech, który jednak został szybko zastąpiony przez obojętność.
Nic nie powiedziała, skrzyżowała tylko ręce i całą swoją postawą starała się pokazać mi, że moje pojawienie się tutaj nic dla niej nie znaczy i nic ją już nie obchodzę.
No to teraz trzeba ją odciągnąć od ludzi i pogadać w cztery oczy.
- Możemy chwilkę pogadać? - spytałam z nadzieją w głosie.
- Słucham.
Szybko. Pewnie. Celnie.
Zupełnie jak strzał z rewolweru.
- Na osobności?
Przez krótką chwilkę nie reagowała.
- Chodź - powiedziała. Po czym chwyciła mnie za łokieć i pociągła w stronę miejsca, gdzie zderzyłam się z Hagridem.
Stanęłyśmy w miejscu, w którym nikt nie byłby w stanie nas podsłuchać nie rzucając się zbytnio w oczy.
- Masz dwie minuty zanim tam wrócę. Strzelaj.
Cały czas Trisha mocno okazywała swoją obojętność na moja osobę. Było to widać poprzez to w jakiej pozycji stoi, jak ma ułożone dłonie.
- Chciałam cię przeprosić za to jak na ciebie warknęłam tam, przed Instytutem - zaczęłam z siebie wyrzucać naprędce słowa przeprosin. - Nigdy nie powinnam odreagowywać stresów na innych. Zwłaszcza na tych, na których mogę zawsze liczyć...
- Arisa to nie by...
- Nie mów mi, że źle postąpiłam - weszłam jej w pół słowa. - Wiem to! - Utkwiłam swoje spojrzenie w podłodze. - Mea culpa, mea culpa... - Przy, każdym mea następowało uderzenie w pierś dłonią zaciśniętą w pięść. - Mea maxima culpa! - ostatnie, potężniejsze uderzenie. - Przepraszam.
Nadal miałam wzrok skierowany na, jakże interesującą, podłogę.
Nie wiem jak długo tkwiłyśmy w takiej pozie, w ciszy.
Przerwała ją Trisha.
- Zawsze przebaczam drugiej osobie - powiedziała powoli. Podniosłam oczy aby wyłapać każdy gest przyjaciółki. - Przyjaciel na to zasługuję... - uśmiechnęła się do mnie ciepło, a jej twarz pojaśniała. - ...a wroga wyprowadzi z równowagi. - dokończyła, a wyraz jej twarzy uległ gwałtownej i szybkiej zmianie. Wyrażała nim całą swoją złość i gniew jakim darzyła to na co obecnie teraz spoglądała.
Spojrzenie miała utkwione w czymś, lub kimś, znajdującym się bezpośrednio za mną. Odwróciłam się i podążyłam wzrokiem za spojrzeniem Trishy.
Na korytarz na pierwszym piętrze właśnie wchodziła wysoka i szczupła dziewczyna. Miała długie, proste włosy o rudej barwie i brązowe oczy.
Page. Kujonka. Lizuska. Znajoma z grupy.
Należała do grona osób, którym aż chce się często przybijać piątki.
W twarz.
Krzesłem.
Przez kilkanaście sekund Trisha i Page spoglądały sobie prosto w oczy. Taki ich bezkrwawy pojedynek woli. W końcu Page odwróciła się od nas i poszła w przeciwnym kierunku.
Trisha podeszła do mnie i położyła mi dłoń na ramieniu. Spojrzałam na nią. Uśmiechała się. Znów była za - i ze - mną.
- Mogłabym się na ciebie obrażać sześćset trzynaście razy dziennie, ale i tak nie wpuszczę nikogo na twoje miejsce - oznajmiła z szerokim uśmiechem.
Z nową energią ruszyłyśmy pod aulę na wykład.
Kiedy wraca mi dobry humor, mogę zrobić wszystko, bo nie czuję nie oprócz szczęścia.

***
Natchnienie należy traktować jak najważniejszą rzecz w całym tworzeniu. Bez niego, nie można napisać czegoś, co przemówiłoby do serca i rozumu czytelnika – a to jest wyzwanie nawet dla uznanego już pisarza.
Dlatego jestem w stanie usprawiedliwić, każdego pisarza popełniającego zbrodnię na skutek przerwania mu tak cennego skupienia nad kartką papieru. Są na świecie istoty pełne niewiedzy i braku taktu, które potrafią wtargnąć, zburzyć tę ulotną chwilę i spytać:
- Co robisz? Wyglądasz jakbyś się całkowicie wyłączyła.
Jedno słowo: Ian.
Od jakiś czterdziestu minut siedzieliśmy we trójkę – ja, Trisha oraz Ian – na wykładzie profesora Aperki ze średniowiecza. Aktualnie omawiał on dzieje Monarchii Henrykowskiej. Tylko jakoś żadne z nas nie zwracało uwagi na to co mówi profesor. Trisha czytała jedną z książek detektywistycznych jej ulubionego autora. Mój osobisty Sherlock Holmes. Ian siedział przed Trishą i słuchał profesora, przynajmniej aż do tej chwili. Ja natomiast próbowałam skupić się na, bladym już, wspomnieniu o tajemniczej dziewczynie. Starałam się ją jak najdokładniej opisać. Jednak słabo mi to szło. Obraz blondynki już zaczynał zanikać w mojej głowię.
Wykład ten odbywał się na Starej Auli. Była to duża sala, w której znajdowało się kilkanaście rzędów dla słuchaczy. Wyglądała jak wiele innych sal wykładowych na wielu innych uniwersytetach. Bardzo jednak rzucał się w oczy wiszący za katedrą stary, nieco już szarzały i wysłużony gobelin przedstawiający godło państwowe. Spostrzegawczemu obserwatorowi mógł wydawać się nieco śmieszny. Widniał na nim biały orzeł z brudnymi piórami, któremu ktoś włożył na głowę zupełnie nową, złotą koronę.
Tak więc mieliśmy orła wyciągniętego z komunistycznego „błota”, któremu jakiś nowoczesny patriota doszył koronę zapominając jednak o wykapaniu dumnego, lecz wciąż smutnego i czekającego na powrót lepszych czasów, orła białego.
- Śpisz?
Siedzący rząd niżej Ian zamiast skupić swoją uwagę na wykładzie, uznał, że jestem o wiele ciekawsza. Nieco mnie to irytowało.
- Nie, nie śpię. Nie chce wkraczać do świata marzeń – odpowiedziałam bez wcześniejszego zastanowienia się.
- Jak to?
- Bo tam jest za pięknie. – Znów automatyczna i odruchowa odpowiedź.
Ian spoglądał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Nie byłam w stanie odgadnąć co o mnie teraz sądzi po tym, co przed chwilą mu powiedziałam.
Po chwili jednak odniosłam wrażenie, że kilka neuronów w jego mózgu zabłysło triumfalnie. Na jego twarzy zagościł wyraz zrozumienia i chyba niespodziewanego szczęścia. Miał już pewnie swoją teorię na temat, jak by nie patrzeć, dziwnych odpowiedzi jakich mu udzielałam.
Nie ciągnął już dalej naszej pokręcone i szybkiej rozmowy. Wrócił do zwykłej, szarej studenckiej rzeczywistości. Odwrócił wzrok i skupił się na ilustracji wyświetlanej właśnie przez profesora Aperkę.
Była to współczesna mapa przedstawiająca granice Rzeczpospolitej z XIII wieku. Polska była na niej podzielona na kilka części oznaczonych różnymi kolorami. Widziały na niej również pojedyncze daty wraz z dwoma skrzyżowanymi szablami – umowne oznaczenie ważniejszych bitem danego okresu.
Każdy kto, choć trochę znał ten okres historii swojej ojczyzny od razu rozpozna co ta mapa przedstawia. Rozbicie dzielnicowe. Umiłowany czas wszystkich uczących się średniowiecznej historii Polski.
Wzięłam głęboki wdech starając się jednocześnie wbić w tematykę wykładu. Choć wiedziałam, że w mojej głowię nie ma aktualnie miejsca na nawet najbłahszą informację związaną z walką Piastów o zwierzchnictwo nad Krakowem, a co za tym idzie, o zwierzchnictwo na pozostałymi Piastami i tytuł króla.
Skupiłam spojrzenia na osobie profesora. Jednak nie docierało do mnie ani jedno jego słowo. Myślami byłam gdzie indziej. W innym świecie. W swoim świecie.
Nagle kierowana nieznanym mi przeczuciem skierowałam swój wzrok na pojedyncze krzesło znajdujące się za, teoretycznie, czteroosobowym stolikiem.
Szybko przetarłam oczy. Poprawiłam okulary. Gdyby w tym momencie Ian spojrzał na mnie, ujrzałby dziewczynę z wyrazem totalnego zagubienia wymalowanym na twarzy, uparcie gapiącą się w puste krzesło.
Kuso! Tylko nie teraz!
Na tym osamotnionym stołku, jakby na tronie, siedziała wygodnie postać, która od rana mąciła mi w głowie. Do tego uśmiechała się do mnie bezczelnie spoglądając mi prosto w oczy. Obie dłonie miała splecione ze sobą i położone na karku. Spojrzała w bok i uniosła brwi, jednak kątem oka nadal mnie bacznie obserwowała. Sprawdzała jak zareaguję na jej nagłe pojawienie się w środku wykładu.
Najnormalniej w świecie mnie testowała!
Żadna z moich postaci, które stworzyłam nigdy, ale to nigdy, tak jawnie nie próbowały mojej wyrozumiałości. Owszem, często mnie wkurzały albo rozśmieszały, ale zawsze – ZAWSZE! – wiedziały kiedy powinny skończyć. Znały granicę mojej wyrozumiałości oraz tolerancji względem ich wybryków.
Zdjęła dłonie z karku i połączyła koniuszki palców w bardzo jednoznacznym geście.
O nie! Tak nie będzie! Na mojej twarzy nastąpiła gwałtowna zmiana, zresztą tak jak i w emocjach jakie teraz odczuwałam. Szok zastąpił gniew zaś niedowierzanie chęć pokazania, że to ja kontroluję tę dziwną sytuację a nie ona.
Jej wzrok znów powędrował otwarcie w moją stronę. Chwilę spoglądałyśmy sobie w oczy. Dziewczyna zmrużyła patrzałki.
Ha! Wygrałam!
Ku mojemu zaskoczeniu Pani Sekret – jak zdążyłam ją w myślach nazwać – wstała i skierowała się w stronę wyjścia z Auli. Gdy mijała rząd , w którym się znajdowałam odwróciła się w moją stronę. Na jej twarzy widniał szeroki uśmiech, w oczach zaś błyskały rozbawione ogniki. Dwoma palcami, środkowym i wskazującym, pokazała najpierw na swoje oczy a następnie nam mnie.
Po powtórzeniu tego gestu znikła.
- Ja ci dam, takie numery. Popamiętasz mnie! – Po tym jak usłyszałam swoje własne słowa zrozumiałam, że powiedziałam to na głos. Cała sala patrzyła już tylko na mnie. Wstała nagle z miejsca. Miałam otwarte oczy, ale mnie widziałam niczego dokoła. – Tym razem nie daruję – zawodziłam. – Nie przeżyję jeśli nie będzie gadać! – Odwróciłam się i ruszyłam w stronę drzwi.
- Arisa!
- Panno Rainfall!
- Głupku, a ty gdzie leziesz?!
Słyszałam za sobą głosy przyjaciół i profesora. Szłam przed siebie widzący tylko to, co znajdowało się bezpośrednio na mojej drodze. Skoncentrowałam się tylko na jednej myśli.
Kim jest ta dziewczyna?!
Wyszłam z Instytutu. Powietrze było chłodnę choć świeciło słońce. Szłam prędko, szybko zwiększając dystans dzielący mnie od School Street 17. Stamtąd szłam w stronę hotelu Akson i Raisen Park. Swoje kroki skierowałam w kierunku samego środka parku, w którym znajdował się pomnik przedstawiający starszego pana z jakimś dokumentem w ręku.
Rozejrzałam się dokoła. Na palcu nie było – na szczęście – żadnych spacerowiczów. Było to trochę dziwne zważywszy na porę dnia i piękną, słoneczna pogodę.
Idealne miejsce.
Wzięłam głęboki wdech i krzyknęłam. To było tylko jedno słowo, ale w głębi duszy wiedziałam, ze tym właśnie słowem ją sprowadzę:
- Elsa!
Nic. Zero jakiejkolwiek reakcji.
Nadal byłam wzburzona. Więc w próbie odzyskania psychicznej równowagi zamknęłam oczy i wzięłam kilka głębokich oddechów. Nie obchodziło mnie co by sobie pomyślał ewentualny przechodzień na mój widok. Chciałam tylko się wyluzować, wyrzucić z siebie złość i upokorzenie spowodowane tym co stało się na wykładzie.
Wyciągam wnioski z poprzednich kilku godzin.
Koniec z nierealnymi snami, marzeniami a w szczególności koniec z nierealnymi osobami! Muszę zapomnieć o wszystkich bohaterach, których powołałam do życia. Jednak skoro dałam im życie, pokazałam inny świat, to czy mogłabym zabrać go im? Czy powinnam ich uśmiercić?
- Źle, gdy pisarz utożsamia się z Bogiem. Dobrze, gdy bierze odpowiedzialność za to co stworzył. –Głos zza moich pleców wyrwał mnie z zamyślenia tak niespodziewanie, że omal nie pisnęłam ze strachu.
W mgnieniu oka odwróciłam się w stronę właścicielki głosu.
Pani Sekret stała przede mną i uśmiechała się smutno. Ku mojemu zdziwieniu nie była tutaj sama. Za nią stało kilka dobrze znanych mi postaci i szczerzyło do mnie zęby.
Na ich czele stał młody chłopak o arystokratycznych rysach twarzy. Po jego bokach stali towarzysze jego pokręconych przygód. Rudowłosy, dobrze zbudowany chłopak z dziwnym tatuażem na lewym ramieniu oraz blond włosa dziewczyna z miłym wyrazem twarzy. Do tej grupki przyjaciół zaliczał się również kruczowłosy cwaniaczek stojący nieco z tyłu ze skrzyżowanymi rękoma.
Nieco wybiła mnie z równowagi obecność czarnowłosego mężczyzny w średnim wieku z szklistym wzrokiem. Czyżby moi dobrzy i źli bohaterowie na co dzień się kumplowali?
Zauważyłam ukradkowe spojrzenia wielkiej czwórki.
Nie. Chyba jednak za sobą nie przepadają.
- Archivald? Marcus? Casimira? – spytałam się w celu potwierdzenia tego co widziałam. Spojrzałam na pozostałych mężczyzn, najmłodszego i najstarszego, w tym gronie. – Nawet wy… Robb? Zellis?
Oni wszyscy tylko pokiwali głowami nadal uśmiechając się do mnie głupkowato. Nawet kąciki ust Zellisa uniosły się delikatnie do góry.
- Dobra. Kojarzę tamta wesołą gromadkę – wskazałam palcem na Wielką Czwórkę i Zellisa. – Ale kim ty jesteś? – spojrzałam w oczy Pani Sekret. – Jak masz na imię? Skąd się wzięłaś?
- To ja ich stworzyłam – natychmiast usłyszałam jej odpowiedź. Na twarzy mojej rozmówczyni zagościł ten sam bezczelny uśmiech jaki widniał na nich podczas naszego poprzedniego spotkania na auli.
- Ej! Radziłbym uważać na słowa. Autorka nie da sobie w kaszkę dmuchać! – wtrącił się Marcus.
Wiedział chłopak co mówi. Już wielokrotnie toczyliśmy ze sobą pojedynki na słowa. W naszym rankingu to ja aktualnie prowadziłam, było 23 do 22 dla mnie jeśli chodzi o rozstrzygnięte walki. Trzeba do tego doliczyć jeszcze 32 remisy, więc w sumie stoczyliśmy 77 taki pojedynków.
Powiadają, że kobieca cierpliwość jest jak żyłka wędkarska. Cienka i nie każda udźwignie dużą rybę. Moja właśnie pękła.
- Że co?! TY ICH STWORZYŁAŚ?!? – wrzasnęłam.
- Tak. To są moje dzieci – odparła spokojnym głosem. – można by rzec, że wykarmiłam ich własną piersią…
- Nikt mnie nie karmił piersią. Zwłaszcza ty – wtrącił się Marcus. – Zapamiętałbym to.
Cały Semmer. Mój najbardziej charakterystyczny bohater. Taki cwaniaczko waty mędrzec.
Spojrzałam na Panią Sekret z wyrazem twarzy mówiącym: „Mów dalej Lady, twoja królowa ci pozwala”. Nie za bardzo jej się to spodobało ale kontynuowała:
- Dobra, ujmę to inaczej pasikoniku – i znów pojawił się na jej twarzy ten złośliwy uśmieszek. – Ich wygląd, cechy charakterystyczne, imiona. To wszystko podsunęłam tobie. – Przerwała na moment. – Ty zaś powołałaś ich do życia poprzez opisanie ich przeszłości oraz teraźniejszości. Rozumiesz już?
- Mniej więcej… - odparłam z wahaniem.
Niestety przerwano mi gwałtownie.
- To można tak? – spytał zdziwiony Marcus. – Myślałem, że trzeba rozumieć albo „mniej” albo „więcej”.
- Zamkniesz się jełopie?! – zapytała go wściekła Casimira. – Słuchaj i nie przerywaj! To ważne!
Nie ma to jak przyjacielskie sprzeczki.
- Ale nadal nie odpowiedziałaś na żadne z moich pytań – stwierdziłam ze złością. – Więc?
Moja rozmówczyni oparła się o cokół pobliskiego pomnika. Zastanawiała się przez moment co mi odpowiedzieć, w końcu rzekła mądrze brzmiącym głosem:
- Ci którzy mnie znają powiadają, że jestem jak anioł, któremu wszyscy chcą choć jedno pióro wyrwać. Nie dziw się więc, że przychodzę tylko do tych, którym piór z własnych skrzydeł nie żal.
Spojrzała na mnie tak jakby badała w jakim stopniu pojęłam jej słowa.
- Wiesz… - wzięłam głęboki wdech. – …nie przepadam za mądrymi myślami filozofów. Wole bajki.
- Ok, ptasi móżdżku – z jej twarzy zniknął poważny wyraz, zastąpiło go rozbawienie. – Powiem to otwarcie, tak żebyś zrozumiała wszystko…
- No i muchas gracias – rzuciłam pod nosem. Zebrani za plecami Pani Sekret chyba to jednak usłyszeli bo zaczęli chichotać. Ona sama jednak nie zwróciła na to uwagi i nie przerywała wyjaśnień:
- … jestem twoją osobistą W.E.N.Ą – powiedziała przeciągając samogłoski i kreśląc ostatnie słowo palcem w powietrzu. – A co do mojego imienia, to jest ci ono dobrze znane. To ty mi je dzisiaj nadałaś.
Ja jej nadałam imię?
NIE-MA-TAKIEJ-PIEPRZONEJ-OPCJI.
Nawet jeśli starałam się skoncentrować na jakimś imieniu nic mi to nie dawało. Miałam przed oczami tylko jedno pasujące do niej imię.
- Pani Sekret? – mimowolnie nadałam wypowiedzianym przeze mnie słowa pytającą intonację. To przez niepewność. Ku mojemu zdziwieniu pokręciła przecząco głową. Próbowałam jeszcze raz przypomnieć sobie jakieś inne imię. Na próżno.
- Już raz go dzisiaj wypowiedziałaś – podpowiedziała mi tonem cierpliwej matki.
Serio? Jakoś nie kojarzę.
- Raczej je wykrzyczała w ner… - Marcus kolejny raz próbował się wtrącić do rozmowy. Jednak Casimira nie wytrzymała i uderzyła go łokciem w brzuch. Mocno. – Ała! Już! już! Cicho jestem… - spojrzał urażonym wzrokiem na Cas, po czym zaczął udawać głęboki zainteresowanie swoimi dłońmi.
Tym razem jego docinki okazały się nad wyraz pomocne.
- Elsa! – wykrzyknęłam w nagłym olśnieniu. – To tak masz na imię! Elsa – ochłonęłam nieco. – A poza tym – zrobiłam efektowna pauzę – ciekawi mnie twój wygląd. – Po raz pierwszy na twarzy Elsy zobaczyłam zdziwienie. – Wiesz może dlaczego akurat atak wyglądasz?
- Czy to nie oczywiste? – szybko powróciła do swojego nonszalanckiego tonu. – Od kogo to wszystko się zaczęło? – spytała, jednocześnie zataczając rękoma koła dookoła siebie. Czyżby miała na myśli moje postacie i opowiadania? – Kto sprawił, że zaczęłaś wymyślać historię? Czyje przygody skończyły się za szybko dla siedmioletniej dziewczynki? - Kiedy zorientowała się, że jej podpowiedzi nic mi nie dają powiedziała w akcie desperacji: - Jego imię tez już dzisiaj padło. – Nadal nie mogłam odgadnąć tajemniczego protoplasty personifikacji mojej weny. – Pomyliłaś mnie z nim na porannych zajęciach z psychologii - rzuciła zaplatając ręce na piersi w charakterystycznym już dla niej geście.
Tere fere, kuku. Nadal nikt mi nie przy…
Zaraz! Momencik!
- Rycerz Łabędzia, Hyoga! – Na twarzy Elsy zagościła radość i ulga. – Blond włosy, lazurowe oczy i ten sam ironiczny uśmieszek – mówiłam spoglądając jednocześnie na Elsę. – Fakt. Podobieństwo wręcz uderzające.
Obie szczerzyłyśmy się do siebie radośnie.
- Swoją drogą masz nieco „adolficzny” gust. No wiesz…
I znów Marcus. Któregoś pięknego dzionka go zatłukę. Przysięgam.
- Chyba aryjski… że co?!
- …blond włosy, niebieskie ślepia – mówiąc wyliczał jednocześnie na palcach prawej dłoni. – Każdy o takim wyglądzie staję się od razu twoim ulubieńcem w danej historii – zakończył z uśmiechem.
Rzuciłam mu spojrzenie mówiące: „Lepiej to cofnij nim się naprawdę wkurzę”. Udał, że tego nie dostrzega.
- Dobrze Celt prawi – poparł go Robb.
Et, tu Brute contra me?
- Ale dlaczego? – spytałam z rezygnacją.
- Odświeżę ci pamięć – włączył się, już chyba na stałe, do rozmowy Robb. – Mówią ci coś te imiona: Minato, Shaka, Elena, Jasper, Edward Elric, Legolas, Naruto, Peeta, Anakin… no i oczywiście nasz wymieniony już Hyoga?
- Oczywiście, że mówią – odparłam ich ataki z dumą. – Ale lubię tez postacie o zgoła innym wyglądzie – spojrzałam prowokacyjnie Marcusowi prosto w oczy. – Mam wymieniać? - Kiwnął głowa na znak zgody. – Damon, Beleth, Katniss, Shiryuu, Aragorn, Shun, Arya, Jon Snow, Tyrion… - przerwałam na chwile aby złapać oddech. - Mogę tak jeszcze bardzo, bardzo długo…
- Stop – powiedziała cicho Cas.
-Cały czas cię uważnie słucham – odparł głośno Marcus.
- … Alice, Esme, Meredith… - nie dane mi było jednak dokończyć tej nieco dziwnej litanii imion.
- Zamknąć paszcze idioci! – Casimirze puściły wszelkie hamulce w pojeździe zwanym przez zwykłych śmiertelników cierpliwością.
Nie chcieliśmy ryzykować siniaków wielkości śliwek. Zamilkliśmy.
- Dziękuje Casimiro – zwróciła się do Cas Elsa, szybko jednak ponownie skupiła się na mojej osobie. – Ktoś się do nas zbliża. Musimy już znikać. Pamiętaj jedno: Jestem jak kot. Chodzę własnymi drogami, ale wracam. Zawsze – spojrzała na mnie z uśmiechem i z wilgotnymi oczyma. Pozostali moi przyjaciele z Mojego Świata też uśmiechali się smutno.
Spojrzałam na Marcusa. Wymówił bezgłośnie jeszcze jedno słowo, po czym wszyscy znikli.
Uśmiechnęłam się szeroko. A więc jest teraz trzydzieści trzy remisy.
Starałam się zapamiętać Else – moja prywatna wenę.
Ona nie przypominała podręcznikowego bóstwa, nieziemskiej bogini, muzy wielkich artystów, co jednym spojrzeniem daje natchnienie. Nie była ideałem. Nie przypominała niczego, co piękne. Mówiła, że nie okazuje uczuć, ale robiła to mówiąc o błahych rzeczach. Próbowała być egoistką, bezskutecznie. Żyła po swojemu i chciała kogoś, kto będzie miał swój świat i znajdzie w nim dla niej miejsce. Nie chciała podbijać świata, tylko by ktoś podbił go dla niej, owinął w wielka czerwoną kokardę i dał jej w prezencie. Chciała żyć długo, ale nie dożyć starości. Umrzeć po cichu ale żeby każdy o tym wiedział.
Chciała być po prostu sobą.
Tak jak ja.

2.

- Opowiedz jeszcze raz to, co ci mówiła – stwierdziła po raz setny Trisha.
Westchnęłam znudzona do granic możliwości i, tak jak już kilkakrotnie to zrobiłam, zrelacjonowałam jej całą moja rozmowę z Elsa i Wielką Czwórką (Jeszcze Zellis! Nie zapominaj o Zellisie!). Miałam już tego powyżej uszu, a nawet powyżej czubka mojej porypanej łepetyny. Ale cóż… jak taki człowiek jak Trisha się uprze nie ma na niego żadnej rady.
Siedziałyśmy właśnie w tym samym parku, w który doszło do wydarzeń aktualnie przez nas wałkowanych, a raczej wałkowanych przez Trishę. Byłam na nią ociupinkę… ociupineczkę zła za to, że przerwała moja pierwsza rozmowę z Elsą. Przecież w życiu pisarza wena jest jedną z najważniejszych rzeczy, a w moim przypadku – osób, pod słońcem.
- Ty mi lepiej opowiedz, dlaczego Ian się tak za mną wstawiał u profesora? – spróbowałam jeszcze raz wyciągnąć od przyjaciółki jakąś konkretną odpowiedź.
Podobno bronił mnie jak lew. Ale czemu? Tego już Trisha, niestety, się nie dowiedziała. Nagle przypomniała mi się jego radosny uśmiech pod koniec naszej szybkiej wymiany zdań na auli. Motyla noga! Co tu się do diaska wyrabia?!
Trisha tylko wzruszyła ramionami.
- To facet – stwierdziła tonem odkrywcy nowego lądu. – Tego nie ogarniesz.
Spojrzałyśmy na siebie i wybuchłyśmy śmiechem.
Nie ma to jak dwie wariatki pośród tych co już od dawna byli szaleńcami.
Nastała jakąś dziwna cisza, każda z nas była teraz na swoim strychu myśli. To takie nasze osobiste miejsce w głowie gdzie wrzucamy każdą informacje, która nie jest nam w danej chwili potrzebna. Sięgamy do niej za jakiś czas po to aby ja dokładnie przemyśleć i zanalizować nasze dalsze postępowanie względem danej osoby lub zdarzenia. Normalni ludzie mają domy myśli, geniusze maja willę a my… no cóż strychy. Jak już mówiłam – dwie wariatki pośród szaleńców.
Nagle wpadłam na genialny pomysł.
- Idziemy na cmentarz!
Trisha spojrzała na mnie jak na UFO.
- Pogięło cię? – spytała zaskoczona. – Jak byś jeszcze się nie zorientowała, ja żyje i nie zamierzam kopnąć w kalendarz w najbliższym czasie. Wręcz przeciwnie. Chce korzystać z życia!
I weź tu z taką bez wyobraźni gadaj. Nic tylko walnąć w łeb.
- Nie chce tam iść aby zorganizować ci pogrzeb, matole – wytknęłam jej idiotyczne rozumowanie. – Tylko na spacer. Zresztą… - zrobiłam minę wyrażająca całą moja mądrość zebraną podczas dwudziestoletniego życia – …studiujemy historię. A cmentarze to taka nauka tejże historii w praktyce. No wiesz epigrafika i te sprawy – zakończyłam nieco koślawo.
Dalej patrzyła na mnie jak na przybysza z innej planet mówiącego: „My przybyć w pokoju. Wy się nas nie obawiać”, i celującego jednocześnie laserem w serducha ziemian.
Spróbuje innej taktyki. Zrobiłam oczka małego, puchatego i słodkiego szczeniaczka. Próba przekonania do swojego pomysłu. Faza II. Aktywacja.
- Proszę – wyszeptałam najbardziej niewinnym głosikiem na jaki mnie było stać.
Trisha zrobiła minę jakby nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Widząc, że moja taktyka skutkuję nie przestawałam wcielać się w szczeniaczka, jakby tego było mało zaczęłam skomleć cichutko i ocierać się głową o jej ramie.
Pękła. Znów zaczęła się śmiać, lecz tym razem nie był to chichot a niekontrolowany, gwałtowny i szczery śmiech. Taki od serca.
- Dobra… wygrałaś. Pójdę z tobą na ten twój cmentarz – wydukała Trisha pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu.
- Hura! – wykrzyknęłam zadowolona z siebie.
Mijająca nas właśnie para trzymająca się za dłonie obejrzała się przez ramię po to, aby sprawdzić kto tak hałasuję w miejscu publicznym.

***

Gdzieś w centrum, każdego starego miasta jest stary cmentarz. Często przypomina on szachownicę. Niektóre pola są zaniedbane albo wręcz leżą odłogiem. Kto by sobie zawracał głowę nagrobkami, które pod nimi spoczywają? Nawet nazwiska zatarły się w pamięci. Inne groby pozostają jednak ważne, choć byśmy niechętnie się do tego przyznawali. Odwiedzamy je często – prawdę mówiąc – zbyt często. Nigdy nie wiadomo, jak się będziemy czuli po wyjściu z cmentarza: czasem będzie nam lżej, czasem ciężej na duszy. Nie sposób przewidzieć w jakim nastroju będziemy wracać do domu. Zapach jaki unosi się najczęściej w tym miejscu jest zapachem wszystkich ludzkich lęków, niepewności ale i wszystkich błędów, których sami nigdy sobie nie wybaczymy
Nie rozumiem czemu wielu ludzi boi się cmentarzy. Tak naprawdę to jedyne miejsce, którego mieszkańcy nie mogą nikomu zrobić krzywdy. Ludzie mają mnie za idiotkę, gdy mówię im, że lubię przebywać na cmentarzach. Ja po prostu dobrze wiem, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Stałyśmy na wprost głównej bramy wiodącej na najstarszy cmentarzy w mieście. Okalające go mury nie były w idealnym stanie. Wiele fragmentów było zupełnie zniszczonych przez czas - czas i ludzkie zapomnienie. Wejścia na teren Nekropoli strzegły dwa pond dwumetrowe anioły o srogiej twarzy i z mieczami, wniesionymi do nieba, w prawych dłoniach. Sam teren wokół cmentarza było otoczony gęstym lasem, jednak wewnątrz nie było ani jednej małej sadzonki. Jakby mury swoimi tajemniczymi mocami strzegły spoczywających tu ludzi, nawet przed korzeniami drzew.
Spojrzałam na Trishe. Ona również mnie obserwowała czekając na mój kolejny ruch. Z jakiegoś dziwnego powodu nie mogłam zrobić nawet jednego kroku naprzód. Co się dzieje? Czyżbym spanikowała pod wpływem spojrzeń kamiennych strażników tego uświęconego miejsca?
Przełknęłam ślinę napływająca mi do ust i zrobiłam krok do przodu.
Z każdym kolejnym krokiem stawianym na terenie cmentarza czułam, że jestem tu bezpieczne, że nie mam się czego obawiać. Dziwne uczucie towarzyszące mi przed bramą zniknęło.
Spacerowałyśmy jakiś czas pośród licznych nagrobków i figur cmentarnych. Jedne – jak te przy wejściu – przedstawiały anioły strzegące spoczywających pod nimi ludzi, inne przedstawiały płaczącą Maryje z ciałem Syna w ramionach a na wielu innych grobach stał tylko skromny krzyż. Stary cmentarz na rogu ulicy aż roił się od zagubionych dusz, niespełnionych miłości, cierpień i bezimiennych nagrobków, o których dziś nikt już nie pamięta lub nie chce pamiętać.
Na niewielu grobach paliły się znicze, w większości przypadków były to groby „świeże”. Czyli mające maksimum pięćdziesiąt lat. Tymi starszymi niestety już się nie miał kto zaopiekować. Kiedyś patrząc w nocy na cmentarz lśniący jasnością zniczy, myślałam: Ludzie pamiętają. Teraz zadaje sobie pytanie... ile z tych zniczy pali się ku pamięci, a ile "bo wypada"?
Jednego byłam pewna, kiedy już umrę chciałabym być pochowana na takim właśnie starym cmentarzu, gdzie słychać radosny świergot ptaków. Przynajmniej nie będę się nudzić w tej skrzynce z drewna.
Kiedy tak spacerowałyśmy w ciszy pośród kamiennych grobów natknęłyśmy się na dwa zaskakujące nagrobki. Na jednym z nich oprócz niewyraźnego już nazwiska widniał prawie niewidoczny znak krzyża i łaciński napis: „In Hoc Signo Vinces”. Zaś na drugim nagrobku nie było widać żadnego ze znanych nam symboli religijnych. Tylko zatarte nazwisko, data śmierci i kolejny napis po łacinie: „Non servian”. Z obu tych grobów wystawały kamienne dłonie – wyraźnie męskie – łączące się w wydawałoby się braterskim uścisku.
- „Pod tym znakiem zwyciężysz” i „Nie będę służyć” – przetłumaczyła Trisha. – Ciekawe kogo to groby – mówiąc to spojrzała na mnie. – Musimy się tego dowiedzieć.
Kiwnęłam głowa na zgadzając się z nią. Jednak nie odezwałam się ani jednym słowem nadal wpatrując się w kamienne dłonie. Te napisy, rzeźby, zatarte i niewyraźne nazwiska hipnotyzowały mnie. Wołały abym je bliżej poznała. Wręcz pragnęły mi opowiedzieć swoja historię.
Jak grom z jasnego nieba z naszej prawej strony rozległ się głośny pisk. Podskoczyłyśmy przestraszone. Trisha schowała się za mną, tylko jej niebieska czuprynę było widać zza mojego ramienia. Obie nasłuchiwałyśmy przez dłuższa chwilę, lecz już ani jeden pisk nie rozdarł cmentarnej ciszy. Tylko w pobliskich krzakach coś się poruszyło. Postanowiłam to zbadać.
Przecież to nie może być żaden zombie lub jakiś inny krwiopijca. Na Boga! – no to naprawdę odpowiednie miejsce na użycie tego sformułowania – Przecież jest słoneczne popołudnie, a takie stworzenia, według licznych przekazów, nie przepadają za słońcem.
Ruszyłam powoli w stronę piskliwych krzaków. Trisha została na swoim miejscu.
- O Boże. Boże… - nie wypowiadała imienia Boga nadaremno - …Boże. O mój Boże – już raczej się modliła.
Gdy zobaczyłam co nas tak przestraszyło zaczęłam się śmiać jak opętana. Ta nasza wyobraźnia nas kiedyś zgubi, nie ma co. Wyciągnęłam rękę i pokazałam Trishy naszego ducha, który sam wyglądał jakby się nas śmiertelnie bał. Był to mały biały lisek o wielkich brązowych ślepiach, w których teraz widniało zaciekawienie. Prawe uszko miał oklapnięte i ozdobione jedyną czarną plamka na całym swoim małym ciałku.
Trisha wyprostowała się zdumiona po czym podeszła powolnym krokiem do mnie. Stanęła w taki sposób, że jej oczy i ślepia liska były na tej samej wysokości. Po chwili na jej twarzy zagościła radość i niedowierzanie, wyciągnęła niepewnie dłoń aby pogłaskać naszego nowego znajomego. Było widać, że zwierzak również jest jej zaciekawiony, gdy dłoń Trishy zbliżała się do jego łebka zaczął on ruszać noskiem, aby poznać zapach tej dziwnej niebieskowłosej istoty, która chciała go dotknąć. Chwile po tym jak palce Trishy dotknęły głowy zwierzaka dało się usłyszeć chropowaty dźwięk.
Ten maluch mrucząc podlizywał się Trishy.
Skubany szantażysta.
Uśmiech na twarzy mojej przyjaciółki jeszcze bardziej się poszerzył. Można było śmiało rzec, że jest on teraz „od ucha do ucha”.
- Słodziak – rzekła rozanielonym głosem nie przestając go głaskać nawet na sekundę. – Zatrzymamy go? – spytała patrząc na mnie wzrokiem zbitego szczeniaka. Ej! To mój patent! – Przyda nam się ochroniarz w akademiku. Co ty na to?
Jakbym miała mało kłopotów z roztrzepana współlokatorką. Jeszcze mi tego cwanego futrzaka brakuję.
- Mowy nie ma – odparłam. – Zresztą nawet jeślibym się zgodziła, to jak zamierzasz ominąć z nim w torbie Cerbera?
„Cerberem” nazywałyśmy trzech portierów pilnujących na zmianę wejścia do naszego akademika. Jak ten mityczny potwór oni również strzegli „wrót do piekieł”, czyli do kilkudziesięciu pokoi studenckich. Swego czasu jakiś student-dowcipniś wywiesił nawet nad wejściem głównym napis: „Facilis Descensus Averno”. Łatwe jest zejście di piekieł. Później przez ten wyczyn cały akademik miał przejebane ponieważ Szefowa Wszystkich Szefów Pani Grażynka – kierowniczka akademika – nakazała nie wpuszczać Cerberowi do środka nikogo kto nie poddał się osobistej rewizji przed wejściem. Nie dało się przemycić nawet jednego piwka. Wielu nad tym bardzo ubolewało, ale wymyślono sposób na obejście tego prawa. Wciągano cenny towar (papierosy i różnego rodzaju alkohol), w garnkach na poszczególne pietra. Przez okna. Na sznurach. Istna paranoja. Jednak skoro mięliśmy już Cerbera to jakiś bystrzak nazwał to nowe zjawisko „objazdem Styksu”. Kocham studentów historii, nie ma co.
Tak więc z czasem akademik WNS-u zaczęto nazywać Hadesem a panią Grażynkę – Pandorą.
-Jak to jak? Objazdem Styksu oczywiście – oznajmiła mi dumna ze swojego pomysłu Trisha.
W tym właśnie momencie straciłam całkowicie wiarę w umiejętność logicznego rozumowania Trishy.
- Czyś ty oszalała?! – spytałam podniesionym głosem. Kurczaki, co ja robie?! Na cmentarzu jesteś debilko, tu się nie krzyczy. – Żywe stworzenie? Przez okno w garnku? Na czwarte piętro? – bombardowałam ja pytaniami. Ona nie doszukiwała się w nich sarkazmu więc kiwała głowa zadowolona z siebie. Zachowywała się tak jakby na widok tego zwierzaka straciła rozum. – Przecież on zejdzie na zawał zanim dotrze na miejsce! – starałam się przedstawić jej logiczne argumenty przemawiające za odrzuceniem jej chorego pomysłu.
Lecz im bardziej cięższe wytaczałam działa przeciwko niej, tym jej upór rósł. W końcu stwierdziłam, że po prostu odstawię tego lisa tam gdzie go znalazłam i siłą zabiorę stąd Trishę. mam tylko nadzieję, że ten maluch nie jest na tyle szybki żeby za nami nadążyć.
Jak pomyślałam, tak też zrobiłam.
Odstawiłam piskacza na miejsce a przyjaciółkę chwyciłam za ramię i pociągałam w kierunku bramy cmentarnej. Na początku sie opierała, nie chciała nigdzie iść, na szczęście gdy zorientowała się, że ze mną nie da się wygrać spasowała. Zaczęła przy mnie potulnie iść. Nadal jednak nie puszczałam jej dłoni. Była cwana, mogła tylko udawać, że się tak szybko pogodziła z losem aby uśpić moją czujność i w odpowiednim momencie czmychnąć z moich rąk. Niestety nie ze mną te numery Trisha.
Gdy od wyjścia zza mur cmentarza dzieliło nas jeszcze około pięćdziesięciu metrów Trisha ze złością wyrwała ramię z mojego uścisku. Spojrzałam na nią, była zła ale również pogodzona z moją decyzją.
- Puść mnie! - wywarczała. - Przecież idę. Nie myśl jednak, że ci zbyt szybko wybaczę Pani Mądralo!
Tak, tak Trisha - ja ciebie też.
Ruszyłyśmy dalej. Nawet po tym jak wyszłyśmy z cmentarza i skierowałyśmy się w stronę najbliższego przystanku autobusowego, Trisha nadal była zła. Nie ugnę się, nie ugnę... Nie ulegnę. Dura lex, sed lex! Ale tej dobijającej ciszy też zbyt długo nie dam rady wytrzymać. Zerknęłam na przyjaciółkę, nadal była zła ale już dużo mniej niż na samym początku. Może się uda.
- Wiesz co? - zagadnęłam jakby od niechcenia.
Nie zareagowała od razu, ale wyraźnie było widać, że jest ciekawa tego co chce powiedzieć. I o to chodzi. No dalej Trisha, przecież wiem, że aż korci cię żeby pogadać. Na co czekasz?
- Co?
Uśmiechnęłam się dyskretnie. Nareszcie!
- Kiedy umrę chce mieć na nagrobku napisane: „Bóg popełnił błąd“ - oznajmiłam radośnie.
Przez chwilę myślałam, że Trisha nie podniesie rzuconej przeze mnie rękawicy. Myliłam się.
- A nie miałaś czasem już tego teksu na akcie urodzenia? - odbiła piłeczkę, po czym zerknęła na mnie niepewnie. Ja natomiast zrobiłam minę dziecka, które zostało przyłapane na podjadaniu słodyczy przed obiadem. Trisha wybuchła śmiechem. Niech jej będzie, tym razem punkt dla niej.
Szłyśmy dalej. Ja wciąż obrażona, Trisha nadal się głośno śmiała. Tak oto zaszłyśmy na przystanek. W takim stanie zobaczył nas Ian, który już stał na przystanku i czekał na transport do akademika. Gdy nas spostrzegł wyraźnie się ucieszył, lecz gdy zobaczył w jakim obie jesteśmy nastroju posmutniał. Ciekawe dlaczego?
- Co tam w wielkim świecie? - spojrzał na mnie. - Profesor myślał, że to do niego mówiłaś Ariso. Mało brakowało a wylądowałabyś u dziekana Kwaka na dywaniku.
Wielkie dzięki panie adwokacie! Ciekawe jaki tym miałeś interes w tłumaczeniu mnie u profesorka, co?
- I jak go przekonałeś?
- Po co go przekonałeś?
To się nazywa synchronizacja! Szkoda tylko, że w takiej właśnie chwili - aż tak - się z Trishą zgadzamy. Spojrzałyśmy na siebie. Trisha powiedziała do mnie bezgłośnie: „STRYCH“, po czym obie zaczęłyśmy się głośno śmiać. Ian nie miał pojęcia co nas tak rozbawiło, więc przyglądał nam się bezradnie i cierpliwie czekał, aż się uspokoimy by nam odpowiedzieć.
W końcu się doczekał. Przestałyśmy się śmiać lecz nadal byłyśmy rozbawione, co okazywałyśmy poprzez bezczelne szczerzenie zębów.
- Jeśli chodzi o powody tego, że cię broniłem to wkrótce je poznasz. Zapewniam cię - stwierdził z dystansem w głosie Ian. Nagle skierował swoje spojrzenie zza nasze plecy i znów się uśmiechnął. - Wiecie, że macie ogon?
Wkrótce je poznam? Trochę chamska odpowiedź, ale co się dziwić. Jaki odzew, taki kontakt.
Że co?! Jaki ogon?
Obejrzałyśmy się szybko za siebie.
To co tam zobaczyłyśmy wytrąciło mnie z równowagi. Po prawej stronie chodnika jakieś pięć metrów przed nami siedział ten futrzak z cmentarza i obserwował nas. Skubany, szybki jest! Trisha momentalnie do niego podbiegła, uklęknęła przed nim i zaczęła go głaskać. No bomba! Maluch wie komu się trzeba w szczególności podlizać, spryciarz.
- Czy, któraś z was mi wyjaśni kto to? - spytał Ian równocześnie wskazują na lisa. - Bo nie za bardzo sie orientuję - stwierdził, po czym spojrzał na mnie. - Arisa?
Ale czemu? Niech mu zresztą będzie. Opowiedziałam mu to co działo sie od czasu mojego nagłego wyjścia z auli. Oczywiści pomijając szczegóły związane z Elsą i Wesoła Gromadką, nie chciałam aby uznał mnie za wariatkę. Po wysłuchaniu mojej ubogiej wersji streszczenia dzisiejszego dnia Ian powiedział tylko:
- Podobno to zwierzęta wybierają swoich właścicieli, a nie odwrotnie. Co teraz zrobicie z tym maluchem?
A skąd ja mam to wiedzieć?! Co ja Alfa i Omega jestem? Trisha odwróciła się w naszą stronę i spojrzała na mnie gniewnym i zdecydowanym wzrokiem.
- Jak to „co“?! - spytała hardo. - Zabieramy go do akademika! - spojrzała mi prosto w oczy. - Nawet ty nie sprawisz, że zmienię zdanie.
Przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem a Ian nas obserwował.
- Contra facta non valent argumenta - powiedział w końcu patrząc na mnie z komicznie wścibską miną.
No nie wierze! I ciebie też ten futrzak owinął sobie wokół palca Ian? Co mi tam? Żyję sie raz.
Podjechał autobus więc ruszyłam do drzwi aby zająć jakieś miejsce na czas podróży.
- Dobra zgadzam się na nowego współlokatora w pokoju - rzuciłam przez ramię. - Tylko ty wymyślasz jak go przemycić do środka!
Ian i Trisha wbiegli do pojazdu w ostatniej chwili. Z torby Trishy wystawało kilka kosmyków białego futerka.

***

Stuk. Stuk. Stuk.
Obrót na piętach o sto osiemdziesiąt stopni i znów...
Stuk. Stuk. Stuk...Obserwuje uważnie spacerującego po małym gabinecie mężczyznę. Tylko moje oczy sie poruszają. Reszta ciała nawet nie drgnęła od jakiś trzydziestu minut. Zupełnie jakbym oberwała zaklęciem „Petrificus Totalus”. Nawet jeden mięsień nie wyłamał się spod kontroli, trochę już tym wszystkim zmęczonego, mózgu.
Zatrzymał się gwałtownie i odwrócił przodem do mnie. Podniosłam oczy. Był to średnio zbudowany, czarnowłosy mężczyzna z bujnym wąsem i gęstymi brwiami. Obserwował mnie swoimi szarymi oczyma, by po chwili wykrzywić usta w szyderczym uśmiechu.
- Jeszcze raz zapytam. Ostatni raz! - warknął w moją stronę. Oparł dłonie na blacie biurka. - Kto był z tobą kiedy przemycałaś zakazany towar do akademika?! Kto wciągnął go na trzecie piętro?
Czemu to zawsze ja obrywam obuchem w łeb? To Trisha powinna tu siedzieć a nie ja. Pytam się czemu wyraziłam zgodę na ten jej idiotyczny pomysł!? Wciągać żywe stworzenie przez okno. Phyy, też mi coś.
Cóż naważyłam piwa to muszę go teraz wypić.
- Ja sama proszę pana! - Kłamałam w żywe oczy i nie zamierzałam przestać. - Przecież pan mnie zna. Dusza samotnika we mnie tkwi. - Niewinny uśmiech.
Nie zamierzałam wkopać przyjaciółki mimo, że byłam na nią wściekła to sytuacja w jakiej się obecnie znajduję jest też, w jakiejś mierze, moją zasługą. Gdy skończyłam zdanie zorientowałam się, że swoimi oczywistymi kłamstwami jeszcze bardziej podniosłam mu ciśnienie.
Uderzył otwartą dłonią w blat.
- Kłamiesz!
Stał chwilę nie ruszając się. Oddychał głęboko. W końcu usiadł na krześle na wprost mnie już całkowicie spokojny.
- Zresztą pani kierownik już o wszystkim została poinformowana.
Spojrzał na mnie chcąc zobaczyć jak zareaguję na zawartą w jego słowach groźbę. Z trudem przełknęłam ślinę. „Nie jest dobrze. Mam przechlapane”. Uśmiechnął się szyderczo widząc moją reakcje.
Ktoś zapukał szybko do drzwi, po czym wszedł śmiało do środka nie czekając na zaproszenie.
Nie musiałam się odwracać aby wiedzieć kto właśnie wszedł. Portier uśmiechnął się, tym razem czarująco, patrząc na gościa. Wstał i ruszył się przywitać.
Gdy mnie mijał powiedział cicho abym tylko ja to usłyszała:
- O wilku mowa. Zobaczymy jaka teraz będziesz pyskata. - Głośno zaś dodał: - Witam, pani Grażyno. Czekaliśmy na panią z niecierpliwością. Prawda panno Rainfall?
Wzywając wszystkich znanych mi świętych na pomoc odwróciłam się w stronę nowo przybyłej.
- Dzień dobry pani. - Przywitałam się najgrzeczniej jak umiałam.
„Tylko kultura cię uratuje Arisa”. No, może jeszcze osobisty talent do spadania na cztery łapy.
Kierowniczka uśmiechnęła się do mnie szeroko. A to ciekawe. Czyżbym jednak nie była na straconej pozycji w tym sporze?
- Witam - odpowiedziała na moje powitanie. Skupiła się na Cerberze Numer Jeden. - Czy znalazł pan jakieś dowody na to, że panna Rainfall złamała regulamin?
Psiaka zatkało. Ja odetchnęłam z ulgą. Znałam fakty. Wiedziałam, że takich dowodów nie ma i nie było. Nie ma dowodów zbrodni, nie ma winnego więc...Nie ma kary!
- Niestety przybyłem za późno. - Wyraźnie słychać było w jego głosie, że czuję iż przegra tą rozprawę. - Ale na pewno coś przemycała!
Na kilka sekund, które wydawały mi się wiecznością, zapadła cisza.
Po chwili ogłoszono wyrok:
- Skoro nie ma dowodów to nie ma kary. - Spojrzała mi w oczy. - Jest pani wolna, panno Rainfall. Proszę wracać do siebie .
Nie musiała mi tego drugi raz powtarzać. Wybiegłam szybko na korytarz myśląc tylko o tym, aby oznajmić przyjaciołom o moim uniewinnieniu.
Kątem oka dostrzegłam napis na identyfikatorze Pieska Numer Jeden:

„AKADEMIK NR. 12
STARSZY STRÓŻ: VLAD RIDDLE”

Zaśmiałam się w myślach. Jednak to jak się ktoś nazywa ma wpływ na jego charakter. A temu biedakowi dostało się podwójne brzemię.
Historyczne i literackie.
Tuż przed wejściem do pokoju 221B ogarnęło mnie jakieś dziwne, niczym nieuzasadnione, przeczucie, że nie spodoba mi się to co tam zastanę. Gdy przekroczyłam próg udałam się do sypialni, zastałam tam Iana rozłożonego na moim łóżku. W rękach dzierżył pada od X-BOXA Trishy, nogi zaś ułożył na pufie. Wyczuł, że ktoś go obserwuję, spojrzał na mnie. Uniosłam pytająco brwi. Wzruszył ramionami, a kciukiem wskazał drzwi prowadzące do małej akademickiej łazienki. Udałam się tam. Już miałam zapukać, gdy usłyszałam dziwne odgłosy dobiegające zza uchylonych drzwi: syki, krzyki, wyzwiska, coś jakby haratanie nożem po szklanej powierzchni i szum wody. Przestraszona szybko otworzyłam drzwi, aby zobaczyć co się tam dzieję.
Zatrzymałam sie osłupiała tym co ukazało się przed moimi oczami.
Cała łazienka była w wodzie. Leżący przy wannie dywanik był przesiąknięty do granic możliwości. I piana wylewająca się wraz z wodą z wanny. Mogłoby sie wydawać, że piana jest armią Aleksandra Wielkiego, która niepowstrzymana przez nikogo zdobywa kolejne terytoria. Była dosłownie wszędzie! Na umywalce. Na półce z szamponami. Na szczoteczkach do zębów. Na ręcznikach i drzwiach. Na otwartym oknie i nawet na przechodniu przechodzącym akurat pod naszym oknem, sądząc z wrzasków dobiegających do nas z zewnątrz. W centrum tego bałaganu stała Trisha, z której ciurkiem lała się woda. W wyciągniętych przed siebie dłoniach trzymała białego liska. Dziwić mógł fakt, że zwierzak ów był suchy.
W tej chwili oczy tej dwójki były utkwione we mnie. Spojrzenie Trishy pełne było determinacji i błagania o pomoc, zaś w ślepiach liska dało się dostrzec upór i złośliwą satysfakcję z wygrywanej , na razie, bitwy.
- Co tu się wyprawia na galopujące hipopotamy?! - wrzasnęłam wzburzona.
Trisha wyciągnęła lisa w moją stronę.
- To jego robota! - zwaliła winę na tego cwaniaka. - Ja tylko chciałam go wymyć.
Wywróciłam oczami.
- A nie mogło się obejść bez demolowania łazienki? - spytałam już normalnym tonem.
Widząc, że nie jestem już zła Trisha odetchnęła z ulgą.
- Pomogę ci z tym uparciuchem, a potem posprzątamy ten bajzel. Umowa stoi?
Trisha z niezadowoloną miną zgodziła sie na moje warunki pomocy. Nie miała innego wyjścia.
Skończyłyśmy sprzątać i myć lisa po około dwóch godzinach. Za oknem zachodziło słońce. Cała łazienka błyszczała jak diamenty. Mokry dywanik suszył się na balkonie, a lis był czysty jakby właśnie wyprany w Perwollu. Siedział właśnie na biurku, a ja wraz z Trishą i Ianem podziwialiśmy zwierzaka, przez którego tyle przeliśmy.
- Jeszcze tylko jedna rzecz i będzie najładniejszym lisem na świecie - rzuciła Trisha, po czym znikła w przedsionku.
Po chwili wróciła trzymając w dłoni niebieską wstążeczkę. Podeszła do lisa i zawiązała mu ją na szyi. Cofnęła się aby móc podziwiać swoje dzieło.
Miała rację. To rzeczywiście najładniejszy zwierzak na świecie. Patrzyłyśmy na niego jak zaczarowane.
Ian chrząknął, chcąc w ten sposób zwrócić na siebie naszą uwagę.
- Teraz, gdy już zakończyłyście operację „Natrętny zwierz”, czy macie ochotę się zabawić? - spytał z figlarnym błyskiem w oczach.
- Zawszę i wszędzie - odparła Trisha. - W końcu moja dewiza brzmi: ”Aut bibat, aut abeat”.
Spojrzałam na nią, aby sprawdzić czy wszystko z nią w porządku. Widząc to wyszczerzyła zęby.
- To zapraszam do pokoju chłopaków z 119.

***

Jedzenie podane przez chłopaków z 119 okazało się niemal niejadalne, za to trunki mieli znakomite. Kiedy znów znalazłyśmy się w swoim pokoju, przyjemnie szumiało mi w głowie. Wślizgnęłam się pod koc. Trisha runęła na łóżko. Tuż przed zaśnięciem lis wskoczył mi na pierś, w jego ślepiach wyraźnie widać było dezaprobatę.
- Pogadamy jutro, w tej chwili nie myślę zbyt jasno - rzuciłam, rozbawiona zachowaniem liska.
„Piłaś” - odparł oskarżycielsko.
Zastanowiłam sie chwilkę i musiałam się z nim zgodzić, miał rację.
„Rano nie będę ci zazdrościć” - dodał.
- Nie - jęknęłam - ale Trisha będzie. Wypiła dwa razy tyle co ja.

***

„Co ja sobie myślałam?” - zastanowiłam sie rano. W głowie czułam tępy ból, język miałam suchy i nabrzmiały. Po podłodze przebiegł lisek, wzdrygnęłam się z obrzydzeniem, słysząc tupot małych łapek.
„Jak się dzisiaj czujemy?” - spytał złośliwie.
Puściłam to mimo uszu.
Chwilę później Trisha ze stęknięciem sturlała się z łóżka. Zanurzyła głowę w, przyniesionej wczoraj, miednicy i wyszła. Podążyłam za nią.
- Dokąd idziesz? - spytałam.
- Dojść do siebie.
- Też idę.
W stołówce odkryłam, że recepta Trishy na poprawę samopoczucia obejmuję duże ilości gorącej herbaty, wody z lodem i odrobinę wina. Gdy wróciłyśmy do pokoju, poczułam się nieco lepiej. Znów rzuciłyśmy się na łóżka.
„Dobrze, że dzisiaj sobota” - pomyślałam przed zaśnięciem.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Ancyk, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.