18 lipca 2021 roku, godz. 6:07 5,4°C

Przeszłość zapuka do drzwi barmana [03]

Wróciłem do domu nad ranem. Po drodze w sklepie przy Królewskiej kupiłem fajki i piwo. Kiedy podchodziłem do mojej posiadłości, zobaczyłem w oknie u sąsiadki falujące zasłony. Nigdy wcześniej nie przeszkadzało mi jej natrętne podglądanie, jednak po wczorajszej akcji, odczuwałem pogardę i wstręt, ale też wielką satysfakcję z wywiedzenia wszystkich w pole.
Wiedziałem, że całą noc przestała w oknie, czekając na dalszy rozwój wydarzeń i miałem straszną ochotę pokazać jej środkowy palec, lecz się powstrzymałem.
Z bólem spojrzałem na ogród. Tylko olbrzymia rajska jabłoń stała w swej okazałości, a reszta to krajobraz po bitwie. Cały trawnik przekopany, azalie i inne krzewy zniszczone doszczętnie, a oczko wodne nie mieniło się już kroplami wody. Szkoda tylko rybek, które zaginęły gdzieś w czeluściach ziemi.
Na drzwiach wejściowych domu widniał napis MORDERCA, namalowany czerwonym sprayem. A naklejona taśma z czarnym napisem POLICE LINE DO NOT CROSS raziła żółcią.
— Cholera jasna — powiedziałem głośno.
Z tego co wiadomo, nie wolno zrywać naklejonych przez policję plomb. Więc czekała mnie kolejna wizyta na komisariacie, a to mi wcale nie było na rękę. Chciałem się wykąpać i odespać dwie zerwane noce, gdy nagle usłyszałem głos sąsiadki. Przede mną, jak spod ziemi wyrósł kwiecisty szlafrok i papiloty.
— Panie Tomku, tak mi przykro, słyszałam w telewizji, że to wszystko... No, to wszystko, co wczoraj, to nieporozumienie — wydukała. — Od samego początku wiedziałam, że jest pan porządnym człowiekiem — trajkotała, tym swoim jazgotliwym głosikiem, jak nakręcona. — Co tu się działo, panie kochany, ale ja wszystkiego pilnowałam, żeby nic nie zginęło i nikt się nie prześliznął. — Spojrzała na mnie i zamilkła.
Stałem i patrzyłem na nią, byłem tak wściekły, że w końcu nie wytrzymałem:
— Pani Marianno! — krzyknąłem aż w zaroślach ptaki zatrzepotały skrzydłami. — Niech się pani wynosi stąd i więcej nie przychodzi — oznajmiłem dobitnie.
— Co pan? — wydusiła z siebie. — To ja z sercem na dłoni, a sąsiad tak traktuje moje dobre chęci?
— Wypierdalaj stąd, babo, bo nie ręczę za siebie! — wrzasnąłem.
Jeszcze coś mamrotała pod nosem, ale zaczęła się powoli wycofywać do wyjścia, a ja po raz pierwszy nie poznawałem siebie. Poczułem napływ energii i testosteronu.
— Besame mucho — zanuciłem i wybrałem numer do inspektora Lemańskiego. — Dzień dobry, przy telefonie Kolankowski... Ten sam. Chciałem zapytać, co mam zrobić z tymi taśmami na drzwiach?
— A witam wariata — roześmiał się. — Zaraz wyślę ekipę do pana i oni załatwią sprawę.
Gdy w słuchawce zapadła cisza, usiadłem na schodach. Z foliowej torby wyjąłem piwo i ze smakiem wypiłem pół butelki złocistego płynu oraz zapaliłem papierosa.
— Wreszcie wolny! — zaryczałem na cały głos. — Skoro jestem wariatem, to mogę wszystko.

W myśli układałem plan sprzątania tego całego bałaganu. Piwnica zostanie na sam koniec, bo najpierw muszę się zastanowić, jak pochować to moje wielkie dzieło. Prochy potomnych. Zakopać na wieczność doskonałe morderstwo na przeszłości. Obmyśliwałem również spotkanie z tym pieprzonym barmanem. Moim sobowtórem i nie wiedziałem, jak mam rozegrać ten plan? Podświadomie czułem rozkoszną zemstę i uśmiechnąłem się do swoich myśli.
Za niedługo przyjechali stróże prawa... Dlaczego oni zawsze chodzą parami? Usunęli plomby, coś podpisałem i wreszcie wszedłem do domu. Oprócz totalnego rozgardiaszu, wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Na drzwiach do piwnicy widniały identyczne taśmy, wypadłem na zewnątrz, ale radiowóz zniknął za zakrętem Urzędniczej. Odjechali.
— I tak dzisiaj nie mam zamiaru tam wchodzić — mruknąłem sam do siebie.
Kiedy skierowałem kroki w stronę łazienki pod butem coś zgrzytnęło, zza wgniecionego szkła spoglądała twarz babki Sydoni.
— Następna do kompletu — jęknąłem. — Jeszcze jedna gdzieś tu musi być, moja kochana mamusia Eleonora... I można już zamawiać „Karawan".
Po kąpieli zadzwoniłem po pepperoni do zaprzyjaźnionej pizzerii. Zdziwiłem się, kiedy odmówiono mi dostawy.
— A pies wam mordę lizał! — zakrzyknąłem.
Usmażyłem jajecznicę. Jedząc, spojrzałem na centralną ścianę w salonie i zajęczałem:
— Gdzie portret? O Boże! Nie ma jej. Gdzie jesteś Eleonoro?
Czyżby zaginęła na wieki? Ale w obecnej chwili nie miało to większego znaczenia. Zjadłem ze smakiem śniadanie, popiłem kawą i walnąłem się na sofę. Morfeusz utulił, unosząc do krainy snu moje zmęczone ciało. Długo spałem, dopóki nie wyrwała mnie ze snu wzmożona diureza i zmusiła do pójścia do toalety. Spojrzałem na zegar – dwadzieścia minut po północy. Szybko załatwiłem potrzebę fizjologiczną i bez trudu ponownie usnąłem.
Wstałem w samo południe zlany nikotynowo-alkoholowym potem. Szybki prysznic i mocna kawa z dużą ilością cukru postawiły mnie na nogi. Zadzwoniłem do firmy sprzątającej i umówiliśmy się na jutro. Na chwilę obecną miałem plan. Udałem się do garażu, a tam poczciwy volkswagen również został mocno poturbowany: zdemolowane siedzenia mówiły wiele o wczorajszej szarży policji. Narzuciłem koc i usiadłem za kierownicą. Przekręciłem kluczyk i staruszek ruszył, powoli wycofałem. Jechałem w stronę Rybnej do schroniska dla zwierząt.
Wreszcie uczynię to, o czym marzyłem od dziecka, zaadoptuję psa i zostanę z nim do końca mojego życia.
Wracałem cały w skowronkach, na tylnym siedzeniu leżała trzyletnia wilczyca i patrzyła na mnie tak, jak nikt nigdy dotąd. Po drodze zahaczyłem o weterynarza i sklep zoologiczny. Piękna panna musiała posiadać bogate wiano.
— Murka! — krzyknąłem nagle. — Będziesz Murka! — Zamyśliłem się, a przed oczami stanął mi ojciec.
Opuścił mnie, kiedy miałem dwa lata, nie mógł wytrzymać tego napięcia – domowej niewoli, niedecydowania o sobie i wykluczenia z rodziny. Pamiętałem ten dzień, kiedy przyniósł do domu małą suczkę, właśnie Murkę. Wtedy nastąpiło apogeum jego istnienia. Babka Sydonia wyrzuciła go z domu razem z psem. Jak ja płakałem w ukryciu...
— Tato! Gdzie zniknąłeś? Gdzie byłeś? — pytałem zawodząc. — Wilczyca zaskomlała. — Dlaczego mnie nie zabrałeś? Dlaczego właśnie dzisiaj powróciłeś tato? — łkałem.

Trzy dni minęły od wejścia ekipy sprzątającej i dom lśnił czystością. Ogród powrócił do dawnego wyglądu. Została piwnica i pochówek. Umówiłem ekipę na pojutrze, oznajmiając, że zostawię im klucze i ważne wskazówki dotyczące jej porządkowania. Usiadłem wygodnie w fotelu i wybiłem numer w telefonie:
— Halo! Czy dodzwoniłem się do Zakładu Pogrzebowego Karawan przy Rakowickiej? — zapytałem.
— Tak, w czym mogę pomóc? — odezwał się mężczyzna mocnym barytonem.
— Tomasz Kolankowski z tej strony. Czy ja mogę zamówić usługę na popojutrze? — westchnąłem. — Jest trochę nietypowa, bo chodzi o przewiezienie do Lasu Borkowskiego pewnej skrzynki, a raczej coś w rodzaju małej trumny, której wykonanie wam zlecam. Powoli wyjaśnię, o co chodzi?
— Miło mi, Antoni Karawan i nie bardzo orientuję się, w czym rzecz — wydusił z siebie, plącząc się w słowach. — Ale na spokojnie, sobie jakoś wyjaśnimy.
Długo trwało rozpracowanie logistyki sprawy. Po długiej rozmowie doszliśmy do konsensusu.
— Klient nasz pan, więc wszystko dopniemy tak, aby było dobrze — zapewniał — ale muszę przyznać, że jest to pierwsze takie zlecenie dla naszej firmy, ba nawet branży.
— To do zobaczenia w piątek — odpowiedziałem zadowolony i pomyślałem:
„Bardzo dziwny zbieg okoliczności z tym nazwiskiem i nazwą zakładu pogrzebowego”
Odświeżyłem się, zmieniłem tiszert i razem z sunią podążyliśmy w stronę baru Pod Papugą.
Barman, gdy mnie ujrzał, zbladł i chwycił za telefon. Wilczyca cicho zawarczała, machając ogonem na znak, że jest przy mnie.
— Dzwoń, spowiedniku wielki, jeśli chcesz się po raz drugi ośmieszyć — rzuciłem mu w twarz. Usiadłem przy barowym blacie.
Spojrzał i z niepokojem zapytał:
— Czy coś, panu podać?
— To, co zwykle!
Z szafy grającej ktoś wypuszczał „Bluesa o czwartej nad ranem” SDM - u. Zasłuchałem się. Murka leżała obok na podłodze. Wyjąłem paczkę papierosów i poprosiłem:
— Czy moja królewna może dostać miskę wody?
Barman skinął głową i za chwilę postawił naczynie przed wilczycą.
— No, niech pan wreszcie wydusi z siebie tę ciekawość. — Spojrzałem na niego. — Wiem, że aż pan sika po nogach, by poznać szczegóły — rzekłem drwiąco.
— Co ja mogę? — Popatrzył na mnie. — Jedynie przeprosić, że to wszystko tak wyszło i...
— W dupę wsadź sobie przeprosiny! — zakrzyknąłem. — Trzeba było zobaczyć mój dom. A moje nerwy?
„Czwarta nad ranem, może sen przyjdzie'' płynęły smętne słowa bluesa... A ja w tej chwili stałem się najszczęśliwszym człowiekiem. Zobaczymy, jak zareaguje ten dupek, kiedy dowie się, co go czeka?
— Poproszę jeszcze raz to samo, uniosłem w górę pustą szklankę. I nic nie kombinuj w tej pustej łepetynie — zwróciłem się do barmana. — Jeśli powiesz otwarcie, jak facet z jajami, że bardzo pragniesz, abym opowiedział o tym, co cię trapi... — wypiłem łyk wódki. — To opowiem ci ze szczegółami, co się wydarzyło. — Roześmiałem mu się w twarz.
Widziałem błysk w jego oczach, ten sam co tamtej nocy i pomyślałem, że to całe zajście nic go nie nauczyło. Dalej był wrednym pajacem.
Zerknąłem na znajomy zegar, dochodziła dziewiętnasta. Dupek nerwowo pucował szkło. Nagle się odezwał:
— To niech pan opowie, co tam zaszło, no w tej piwnicy, proszę, jeśli można — dukał niezrozumiale.
Zobaczyłem, jak po kryjomu zajął się telefonem, zapewne włączył dyktafon. Znowu kombinuje dupek.
— Dobrze, ale jutro. — Spojrzałem na niego i razem z Murką opuściłem podwoje baru, nucąc pod nosem:
„I jeszcze strażak wszedł na solo, ten z Mariackiej Wieży”.
W takt bluesa, jak we mgle zniknęliśmy za drzwiami.

https://www.youtube.com/watch?v=1d_6ac0V62c

Recerz Max
 20 lipca 2021 roku, godz. 11:14

Ogółem nie uwiódł. Brakowało płynności w czytaniu. Myślę, że to zasługa konstrukcji pokroju: "Sen mnie otulił szalem i ujrzałem tłum ludzi zmierzający w moim kierunku.". Czułem, że "kanciastych" sformułowań jest sporo. Jak na moje wyczucie, trzeba ułagodzić wydźwięk.

O ile pochopne oskarżenie wydało się ciekawym wątkiem, to kiedy do akcji wkroczyli panowie z Mossbergiem, pomyślałem "Aby się coś działo, trzeba wezwać komandosów". Nieco wyświechtane.

Aczkolwiek sekret zaciekawił. 👍

zielonakredka ula a może marta  22 lipca 2021 roku, godz. 8:10

Dziękuję za wejrzenie i sugestie. Może kanciaste, a może wyświechtane... a może tak ma być. Pierwszy element konstrukcji jest sennym szalem, drugi już ukazuje sprawy przyziemne. Komandosi wcale nie byli potrzebni. Dobrze chociaż, że os tam cię zaciekawiło. 🙂