Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.
 19 lipca 2019 roku, godz. 10:38

MULTI KULTI

W południe Ania przybiegła z ulicy do domu i zapytała się dziadków - czy pójdą z nią i jej koleżankami na plac zabaw? Spytali ją - czy ich rodzice się zgodzą, żeby z nią i nimi szli. Odpowiedziała, że tak, że taki plan mają już od wczoraj i wszystkie rozmawiały z rodzicami.Odpowiedzieli Ani, że tak, ale dopiero późnym popołudniem, bo teraz są zajęci sprzątaniem domu, gotowaniem obiadu i pieczeniem ciasta. Ania się bardzo ucieszyła i znowu wybiegła przed dom gdzie aktualnie dziewczynki bawiły się lalkami Barbie i konikami, które to zwierzątka - zabawki są bardzo modne tutaj na Zielonej Wyspie i bardzo drogie to zabawki.

Dziadkowie byli bardzo zdziwieni tym, że pozostali rodzice godzą się oddać im dzieci pod opiekę, jak też byli bardzo zdziwieni, że tutaj dzieci od rana do wieczora bawią się razem, bo ta wspaniała forma dziecięcej wspólnoty aktualnie w Polsce prawie całkowicie wymarła i dzieci nie gonią po ulicach, placach zabaw, nieużytkach, tylko przesiadują w domach przed komputerami i telewizorami.

Co wzbudziło ich ufność? Pewnie tych dwoje przed i po pięćdziesiątce, którzy pod wieczór każdej doby spacerowali trzymając się za dłonie. Pewnie romantyczny to był widok, gdy z uśmiechem długo wpatrywali się w gromadzące się na rondzie kilkadziesiąt jaskółek, a potem szli za nimi kiedy odleciały i śledzili je dokąd lecą, a potem ponownie przystawali z uśmiechem szczęścia, bo odkryli ich gniazda pod dachami bliźniaczych domów osiedla. Widzieli ich jak z wielkim zaciekawieniem spacerowali po miasteczku, przyglądając się pubom, sklepom, roślinności dzikiej i tej w ogrodach, wreszcie jak filmowali stada byków, owiec, krów mlecznych czy zajęcy, które w Polsce prawie wymarły, a tutaj biegały po łąkach po kilkadziesiąt naraz.

Widzieli ich i pozdrawiali miejscowi kiedy szli nad ocean tymi ciasnymi asfaltowymi drogami, przy których po prawej i lewej stronie wybudowane były kamienne murki, a po nich wznosiły się na wysokość trzech lu nawet czterech metrów żywopłoty z czerwono kwitnących fuksji, wielokolorowo hortensji, biało i różowo ostrężyn, przeróżnie wiciokrzewów, wreszcie były gęstą zielenią bluszczy. Szli też i też ich tam spotykali, czyli przy starej drodze do Killorglin, kiedy zbierali cierpliwie poziomki, którymi była porośnięta prawie pionowa skarpa pobocza. To właśnie teraz te poziomki między innymi ubogacały smak przygotowywanego przez nich ciasta drożdżowego.

Od czasu do czasu wyglądali przez okno jak dziewczynki się bawią i teraz z modeliny lepiły najprzeróżniejsze dzieła artystyczne, a przodowała w tym Ania, który miała autentyczny plastyczny dar pewnie od samego Boga i jej kwiaty, krasnale czy grzyby były najpiękniejsze. Akurat skończyły lepić kolejną partię i przyniosły je im do zapieczenie, a tym samym utrwalenia dzieł w piekarniku. Po czym pozakładały na nogi rolki i śmigały po szerokiej asfaltowej jezdni ulicy Bukowej. Potem co jakiś czas Ania wpadała do kuchni pytać - czy już idziemy na plac zabaw, a oni jej cierpliwie tłumaczyli, że dopiero gdy wszystko zostanie wysprzątane, ugotowanie i upieczone, ale nie wcześniej jak o godzinie osiemnastej.

Bawiące się na ulicy dzieci, to efekt otwartości Irlandczyków na wszystkie nacje świata, ich kulturę, religię, zwyczaje, choć jednak póki co świętowali tylko amerykański czwarty lipca i francuski czternasty dzień owegoż miesiąca. Koleżanki Ani więc to córka Polaków Basia. Córka Rosjanina i Albanki Nadia. Zosia, córka Malezyjczyków. Oliwia, córka obywatela Konga i Angielki oraz Emilia, której rodzice przyjechali z Republiki Południowej Afryki, a pochodzą z Holandii i Japonii. I one wszystkie bawiły się razem znakomicie porozumiewając się w języku angielskim. Przeważnie bawiły się zgodnie, ale jednak od czasu do czasu wybuchały między nimi zwady, bo jednak było tak, że czasem któraś z nich próbowała narzucić swoją wolę i za wszelką cenę wymóc ją na pozostałych dziewczynkach. Był więc krzyk i płacz. Człowiek chyba ma to w sobie zakodowane, tą chęć dominacji, rządzenia i podporządkowania sobie innych, a potem traktowania ich jak marionetek. Rozwija to w dzieciństwie, w żłobku, przedszkolu, szkole, a potem przenosi to na rodzinę, zakład pracy i inne formy wspólnot ludzkich, które poprzez tę fatalną cechę stają się poligonem, polem walki, zamiast być oazami ciepła i współpracy. W Irlandii Irlandczykom udało się to w ogromnym stopniu zniwelować, ale pewnie wraz z napływem nacji prymitywniejszych problem ten może tu się ponownie odrodzić.

Wreszcie przyszła godzina osiemnasta i ostatecznie okazało się, że na plac zabaw z dziadkami Ani pójdą jeszcze córki Polaków, Malezyjczyków oraz Angielki i obywatela Konga. Reszta rodziców widocznie przemyślała sprawę i może uznali, że dziadkowie Ani nie podołają opiece albo jednak inne rodzaje nieufności się wkradły. Rozczarowane tym faktem były dziewczynki, które musiały zostać, ale Ania widząc to pozwoliła im bawić się dalej modeliną naa kocu przed jej domem.

Dziewczynki grzecznie jechały na hulajnogach na plac zabaw i stosowały się do poleceń wydawanych przez dziadków Ani. Potem nagle podeszła Ania do dziadków i zapytała - czy zabiorą ich po placu zabaw na lody?

- Tak - odpowiedział dziadek.

Przygotował się na tą ewentualność. Wiedział, że bez lodów na pewno po zabawie się nie obędzie. Oboje dziadkowie cieszyli się, że mogli iść z nimi na ten plac zabaw i zabrali trochę europejskich drobniaków na lody. A niech ich dobrze wspominają i niech każdy dzień ich wakacji będzie szczęśliwym. Za kilka dni wracają do Polski, więc cieszyli się bardzo, że mogli tutaj być i odpocząć w tych cudnych okolicznościach natury, przyrody, mieszaniny najprzeróżniejszych ludzi z całego świata oraz, że przy okazji byli bardzo przydatni swoim dzieciom i teraz dzieciom innych.

Dziewczynki na placu zabaw bawiły się prześwietnie i bardzo zgodnie, a oni robili im zdjęcia i filmowali ich oraz przypatrywali się Maakgillikudom, czyli pasmu górskiemu z najwyższym szczytem Irlandii Karrantuhill, które rozjaśnione było mocnym słońcem, więc szczyty i zbocza było widać bardzo wyraźnie i miały tak wiele odcieni zieleni. Całość była niebiańskim widokiem. Oj nałapali się tutaj poezji, tu w hrabstwie Kerry, gdzie wchłonęli tyle barw, tyle kształtów, tyle smaków i naprawdę niesamowitą ilość przecudnych panoram łączących ziemię, wodę, powietrze, przyrodę i geniusz ludzki.

Wracając dziewczynki dostały poluzowania hamulców i kierowały się już tyko szaleństwem radosnej chwili, że przestały myśleć i słuchać dziadków Ani, a na wyścigi jechały hulajnogami w kierunku lodziarni, że zmusili dziadków do biegu, co ich rozwścieczyło z troski o dzieci, bo śmiertelnie bali się, aby nie wjechały pod koła licznie jeżdżących aut, ale na szczęście zatrzymały się przed przejściem dla pieszych. Dziadkowie zrobili awanturę przede wszystkim Ani, bo słyszała ich zdecydowane polecenia, ale jednak uległa presji Malezyjki, która zapragnęła akurat szaleńczej jazdy na hulajnodze i porwała do tego procederu pozostałe dziewczynki. Przez chwilę rozważali formę kary, czyli rezygnację z zakupu lodów, ale powoli uspokajali się i tłumaczyli dziewczynkom jak źle postąpiły, a Ania pokornie tłumaczyła ich słowa z polskiego na angielski.

Oczywiście w lodziarni też była przednia zabawa i radość. Irlandzkie lody! Przede wszystkim polegają na tym, ze sąz doskonałego tłustego mleka i śmietany, więc nie ma w nich wody i smakowego proszku. Wszystkie składniki są naturalne. Dlatego ich smak dziadkowie zabiorą ze sobą po krańce ich życia. Potem już spokojnie i bezpiecznie wracali do domu. Kiedy skręcali na ich ulicę, to zobaczyli, że dziewczynki, które z nimi nie pojechały na lody zerwały się z koca przed domem Ani i uciekły przed swoje domy. Dziadkowie wiedzieli, że będzie jakiś problem. I rzeczywiście, po chwili przybiegła płacząc Ania i pokazała im ogromną kulę w swoich dłoniach. Dziewczynki swoją frustrację z niemożności pójścia na plac zabaw wyładowały w ten sposób, że poszczególne kolory modeliny zmieszały w jedną breję, a więc zniszczyły Ani ulubioną jej formę zabawy.

Wydaje się, że w człowieku jest jakieś pierwotne zło i gdyby je nie kontrolować stale i nie pracować nad wyeliminowaniem go, to ludzkość byłaby bardzo bardzo okrutna dla siebie. Tak jak w tej opowieści. Najpierw dziewczynkom coś obiecano, a potem zabrano nie tłumacząc pewnie dlaczego, stąd naturalnym odruchem ich była zazdrość, rozżalenie, a w końcu złość przekształcona w chęć popsucia również komuś szczęścia poprzez zniszczenie czegoś co kocha. Po trzydziestu minutach znowu bawiły się razem, ale dziadkowie postanowili zasiać ziarno rozsądku w Ani i powiedzieli jej, że nie jest tak, że musi się bawić ze wszystkimi dziećmi z ulicy i niech po prostu wybiera kto może być jej koleżanką bądź kolegą.

Wkrótce dowiedzieli się, że brat jednej z dziewczynek nożem przeciął opony w samochodzie Ani rodziców za to, że nie poszła z jej dziadkami na plac zabaw. A więc doszło do niesamowitej spirali agresji. Niestety nie wszystko multi kulti da się przemienić w kulturę. Przynajmniej nie zawsze i nie do końca, ale cóż? Pewnie z biegiem lat wszystkie narody będą skazane na siebie i przemieszania wszelkie, więc trzeba cierpliwie tłumaczyć i uczyć się siebie. Ciekawe, czy można wyeliminować zawiść, skutki niespełnienia. Na razie chyba to za daleko idące pytanie.

Tekst nie został dodany jeszcze do żadnego zeszytu.