9 sierpnia 2019 roku, godz. 8:28  0,1°C

Z ŻYCIA OGRODÓW

Wieś jest duża, co najmniej duża. Kilka tysięcy mieszkańców, których domy rozciągają się na przestrzeni jakiś czterech kilometrów od rzeki do pasma Beskidu Śląskiego. Ważniejsze się tu wydaje życie parafii niż sołectwa, to też można powiedzieć nomenklaturą kościelną, że ta wielka parafia dzieli się na place,czyli kilka ulic, a nazwy placów nadane zostały od co zacniejszych, ale może tylko możniejszych gospodarzy albo po prostu skupiały one wieki temu określony rodzinny klan. Działki na których wybudowane są ludzkie domy są duże, znacznie większe niż w miastach i mają osiem, kilkanaście do kilkudziesięciu arów. Taki stan powoduje,że wokół siedzib ludzkich istnieją piękne ogrody z kwiatami, krzewami i drzewami - tak ozdobnymi jaki i oczywiście owocowymi. Pomiędzy domami istnieją też nieużytki. A bo działka leży pod linią elektryczną lub też działka ma trzydzieści arów i ktoś żąda za nią horrendalną cenę i nie myśli odpuścić, bo jest bogaty i chce mieć jeszcze więcej, skoro już ma się pozbyć rodzinnej ziemi. Oprócz domów ludzi w obejściach są zabudowania gospodarcze, składziki drewna, szopy i wiaty, a w nich, pod nimi kotki kocą małe koty i są pozostawione swojemu losowi. Przeżywają tylko najsilniejsze z kociąt, które oprą zimnu, niedożywieniu i chorobom. Czasem są częściowo dokarmiane przez starsze wiejskie kobiety.

Lajlo przyszedł na świat późnym latem z kocicy Szarotki. Z całego miotu przeżył tylko on. Oszczędziły go choroby, nie zamarzł i coś mu podpowiadało żeby się ruszyć. Szedł przed siebie i zaufał człowiekowi - starej kobiecie, która wołała do niego kici, kici. Nieufnie, ostrożnie ale zrobił do niej krok, zwłaszcza, że wołanie poparte było przyjemnym zapachem czegoś co musiało być dobre i smaczne do jedzenia, które to starsza kobieta rzucała mu pod pyszczek. Szybko zaprzyjaźnił się z tą kobietą, ale nie stawała w jego obronie, gdy musiał walczyć o kęski ze starszymi i silniejszymi kocurami, więc nie zawsze był syty. Ale szybko owładnęło nim inne uczucie. Kiedy przelatywał ptak, to czuł, że gorąco przebiega wzdłuż jego ciała i podświadomość mówiła mu, że to jest najlepsze jedzenie. Jeszcze z tych pustych działek dochodził go zapach, który mówił mu, że tam jest wolność od głodu i sowite soczyste świeże krwiste mięso. Szybko zrozumiał, że musi się na tych dwóch tematach skupić i że tam jest jego róg obfitości i pełny żołądek. Uczył się. Wkrótce, bo wiosną był jeszcze nie w pełni wyrośniętym, ale samodzielnym i samotnikiem. Czasem skorzystał z rzuconego mu kąska przez starszą panią, ale nigdy już nie pozwalał się głaskać i nie zatrzymywał się przy jej domu.

Był czerwiec, około świętego Jana, słoneczny bardzo dzień i zatem bardzo ciepły. Lajlo przeleżał go gdzieś na czyimś balkonie pod liśćmi winogronu, a potem tarzał się w czyiś piaszczystych grządkach, skąd nie wiedzieć czemu został przepędzony przez ludzi i to bolesnymi razami kamieni, na szczęście niewielkie to kamienie i niezbyt silne było rzucanie w niego. W sumie uświadomił sobie, że zbliża się wieczór i trzeba było zaspokoić głód. Cicho poszedł więc na drogą działkę budowlaną zarośniętą trawą, gdzie przyczaił się przy ścieżce wydeptanej przez myszy. Nie czekał długo i miał wielkie szczęście. Po kilkunastu minutach ścieżką szła bardzo duża mysz, na pewno szła taak ociężale, bo miała w sobie młode mysiątka. Nie miał problemu by krótkim susem zatopić kły w jej karku. Lajlo pochwycił ją i przeniósł do swojej stołówki, czyli miejsca, które upodobał sobie pod jedną z wysokich starych tui w pewnym ogrodzie.Tam spożywał wszystkie swoje zdobycze, wcześniej je szybko uśmiercając. Nie męczył je w wielominutowych cynicznych zabawach jak robiły to inne koty i kotki. Z biegiem dni miejsce to stawało się pechowe dla Lajlo, bo przyobsrwował go tam starszy i większy szary kocur Basza i po prostu przemocą odbierał mu zdobycz. Tak stało się i tym razem. Lajlo był bardzo zły na uzurpatora i podrapany ruszył przed siebie, przez drogę, że omal nie wpadł pod jadący samochód. Na szczęście żaden człowiek chyba świadomie nie chce rozjechać kota, stąd też uważny kierowca widział go wybiegającego spod ogrodzenia i przyhamował.

Wcześniej było popołudnie. Inni uczestnicy życia ogrodów - Wiktor i Anna wyszli do swojego ogrodu. Rozłożyli stolik, przynieśli polowe krzesła, na stoliku postawili kubki z kawą i ciastka oraz czasopisma i książki. Usiedli, pili kawę i rozkoszowali się też oczywiście lekturą. Do nich z balkonu zeszła po winogronie ich kotka Zenobia, która chwilę poocierała się im po nogach mrucząc przymilnie, ale szybko pomyślała o ciekawszym zajęciu. Leniwie poszła wzdłuż całego ogrodu i pod siatką przeszła do ogrodu sąsiadów, gdzie wskoczyła na pień ogromnego orzecha włoskiego i wspięła się kilka gałęzi w górę, po czym na jednym z grubych i wielkich konarów zaczęła sobie ostrzyć pazury, co oczywiście rozwścieczyło ptaki mające na orzechu swoje gniazda z młodymi. A więc zaraz została przez nie zaatakowana i w zrobił się niesamowity ptasi jazgot nad głową Zenobii. Atakowała ją para cukrówek - Mistrz i Małgorzata, para kosów - Hary i Fiona oraz sikorka Dżili. A Zenobia zdawała się mówić - w to mi graj. Przystanęła na tylnych łapach, podparła się ogonem i przed nimi łapami starała się strącić atakujące ją ptaki, co kilkakrotnie omal jej się nie udało, bo zatrwożone o los potomstwa ptaki atakowały bardzo desperacko i nierozważnie. Zenobia bawiła się z nimi w najlepsze ze trzydzieści minut, a potem zeszła z orzecha i krążyła zawdiacko od drzewa do drzewa, a biedne ptaki świergocąc i pohukując latały nad nią i traciły energię. Po ponad godzinie tej zabawy Zenobia spokojnie poszła z powrotem na balkon i położyła się na bardzo ciepłych kaflach balkonowych, a wyczerpane i strwożone ptaki wróciły do swoich gniazd i swoich młodych.

Kosy Fiona i Hary nieco pozbierały się i ochłonęły po utarczkach z Zenobią, ale zapadał zmierzch i trzeba było coś zjeść przed nocą i nakarmić młode, więc Fiona zmęczona, ale sfrunęła na ziemię pod drzewo tui i zaczęła rozgrzebywać ściółkę za robakami i dżdżownicami.

Lajlo przebiegł przed zderzakiem samochodu i zaraz przeskoczył między okuciami bramy domostwa Anny i Wiktora. Tutaj zwolnił i zrezygnowany szedł przed siebie. Jeszcze z balkonu nieprzyjaźnie mruczała na niego Zenobia, bo wszedł na jej terytorium. Szybko więc oddalił się i opłotkiem doszedł do kilku rosnących wielkich tui i tutaj sam nie wierzył swoim oczom. Była to zmęczona i nieostrożna już Fiona.

Wiktor i Anna podnieśli głowę z nad lektury i zwrócili je na południe, bo stamtąd doszedł ich niesamowicie przeraźliwy śmiertelnie wystraszony wrzask. Było to Fiona niesiona w pysku Lajlo, a nad nim przeraźliwie świergotał i próbował atakować Lajlo Hary. W życiu ogrodów częstym elementem jest śmierć.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.