14 lipca 2010 roku, godz. 15:32

Pragnienia.

W pewnym mieście żyła sobie dziewczyna imieniem Marta. Nie była ani piękna, ani brzydka. Taka sobie zwyczajna. Jednym czym się wyróżniała było jej zamiłowanie do czerwonego koloru. Miała czarne włosy, więc bardzo ładnie wyglądała w swojej ulubionej czerwonej sukience.
Pewnego dnia poszła na spacer ze swym ukochanym psem Lulu, ale Lulu pognała za zającem i zniknęła Marcie z oczu. Marta zrozpaczona zagłębiała się coraz bardziej w las szukając ukochanej psiny. Zapadła noc. Akurat tej nocy chmury zakryły księżyc, więc pomimo pełni było ciemno jak w króliczej norze. Po ciemku Marta szybko zabłądziła, więc usiadła pod drzewem i zasnęła.
Kiedy się obudziła, zauważyła, że znalazła się w dziwnej i pięknej, lecz zaniedbanej krainie. Pola nie obsiane zarosły chwastami, a niezamieszkałe domy powoli popadały w ruinę.
Idąc główną ulicą jakiegoś miasteczka, po pewnym czasie dotarła do centrum. Widok jaki ujrzała bardzo ją zdziwił.
Na olbrzymim placu, naokoło różnych przedmiotów stały grupki ludzi. Wszędzie panowała całkowita cisza. Nawet wiatr poruszający firankami nie szeleścił w koronach drzew. I – Marta nie zauważyła tego od razu -wszyscy ludzie pozbawieni byli kolorów. Kobiety miały popielate sukienki, mężczyźni byli ubrani w bure swetry i spodnie, nawet dzieci tak zawsze kolorowe miały ledwo szaro-pastelowe ubranka.
Marta zaciekawiona podeszła do najbliższej grupki osób i z zaciekawieniem zajrzała ponad ramieniem starszej kobiety w chustce na głowie. Jednak wewnątrz kręgu nie zobaczyła nic ciekawego, jedynie bukiecik błękitnych kwiatków. Nie zauważyła w nich niczego nadzwyczajnego, więc zdziwiona poszła dalej.
Kolejna grupka przypatrywała się dwu rzeczom – małej, dopiero kiełkującej roślince i jajku.
Potem widziała jeszcze kolejno: lśniący diament, piękną kobietę w złocistej kreacji, małą książeczkę w szarej okładce z wytłaczanym krzyżykiem i przystojnego młodzieńca otoczonego wianuszkiem młodych dziewcząt, ale wszystko było jakby martwe.
Wszyscy wpatrywali się w zachwycie w różne rzeczy, jednak nie wyciągali ręki. Nie robili nic, by zyskać upragnione.
Mimo dziwaczności całej krainy, Marta najbardziej dziwiła się osobom patrzącym na przedmioty, które właściwie nie miały żadnej wartości, jak kwiaty, zdjęcia…
Bardzo śmieszna wydał jej się smutna kobieta wpatrująca się uporczywie w narysowaną na chodniku uśmiechniętą buzię.
W końcu zdecydowała się podejść do największego skupiska niemych, szarych ludzi. Zwinnie prześliznęła się do pierwszego rzędu i stanęła oczarowana. To, co było wewnątrz kręgu zachwyciło ją tak, iż zapragnęła mieć to na własność, choć nie potrafiła nawet tego nazwać. Chciała to mieć, móc się tym napawać, ale równocześnie bała się, że to zepsuje.
Więc stanęła pośród tłumu, nawet nie dostrzegając jak jej krwiście czerwona sukienka i kruczoczarne włosy, powolutku, w niemalże nie uchwytny dla oka sposób zaczynają blaknąć, szarzeć, wtapiać się w tło popielato-burych ludzi.
Ludzi właściwie bez żadnego sensu wpatrujących się w… odciski stóp. Ale nie w piasku czy torfie. Były odciśnięte bezpośrednio w kamiennej płycie chodnika. Może to było w nich takie zachwycające…

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa selenia2, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.