6 czerwca 2012 roku, godz. 14:53 2,3°C

Z opowieści Matki

W Nowy Rok pojechałem do mamy. O niej napiszę tylko tyle, że wpajała mi bym czytał Biblię,ale nie słuchał tych, co ją głoszą i całymi nocami ze mną audycji Tomka Beksińskiego w Trójce, kiedy to smakowaliśmy Lacrimosę.
Piliśmy jej specyficznie parzona kawę i jedliśmy, jak to zawsze bywa z matczynymi wypiekami, najsmaczniejszy sernik na świecie. Pochwaliłem się, że byłem w kinie i obejrzałem film Agnieszki Holland pod tytułem " W ciemności". Na fali zachwytu, która mną targała jeszcze, zacząłem opowiadać jego fabułę. Moja mama sposępniała i nagle przerwała mi wpół zdania.
- A u nas Żydów to nikt nie lubił! Zawsze były z nimi problemy i konflikty! - Wyrzuciła z siebie.
Mama pochodziła z maleńkiej wioski, która dzisiaj stanowi część jednej z dzielnic Lublina. Powoli snuła opowieść, która zamiast spowodować, że wszystko stanęło mi w gardle, zwiększała mój apetyt.
Przed wojną, aby dojść do szkoły, musiała wraz z innymi dziećmi przechodzić przez żydowskie osiedle. Chodzili zawsze grupami, bo pojedynczo było to bardzo niebezpieczne. Młodzi Żydzi bili młodych Polaków. Nawet kiedy szli grupą, hordy :"cebularzy", jak ich nazywali, napadali na nich i dochodziło do regularnych bitew, w wyniku wiele osób było poważnie rannych. W odwecie młodzi polscy chłopcy atakowali dzieci żydowskie i żydowskich handlarzy obwoźnych, a prym w tym wiódł jej brat. Tu sobie przypomniałem, że teraz Lubelszczyzna reklamuje się we wszystkich mediach smakowitymi ponoć cebularzami! Czyżby jednak pamiątka po starozakonnych?
Mama kontynuowała opowieść makabryczną już potem. Nie pamiętała początków tego konfliktu. Według niej tak było od zawsze. Najbardziej Polacy mieli za złe Żydom, że ci sprzedawali tańsze towary, doprowadzając tym samym do upadku i nędzy polskich sklepikarzy i rzemieślników.
- I mieli rację - dodała mama.
Pamiętała, że któregoś dnia ojciec kupił jej buty od Żyda , który przyjechał do wsi i handlował z furmanki różnymi towarami. Kiedy poszła bawić się nad rzekę buty się zmoczyły, a cholewy rozkleiły się, bo okazały się być zrobione z tektury. Lekarz i miejscowy ksiądz mówili dzieciom, by nie zbliżały się do żydowskiego osiedla i Żydów, bo są oni nosicielami wszelkich chorób i insektów, zwłaszcza szkarlatyny, tyfusu, świerzbu, pcheł i wszy! Jej matka powtarzała jak mantrę: - Żyd to Żyd, z tego cholerstwa nic dobrego nie może wyrosnąć! Żydzisko chce zawsze wypić Polakowi krew!
Tak było w każdym domu i tyle!
Nastał 1939 rok. Wkroczyli Niemcy. Mimo straszliwości wojny, mamie nie umknęło to, iż Polaków najbardziej cieszył fakt, że Niemcy wyłapali prawie wszystkich Żydów i natychmiast wywieźli ich do obozów zagłady. Całe miasteczko żydowskie zostało spalone i wyburzone. Wszyscy się cieszyli, bo wierzyli, epidemie chorób się skończą! Polacy okazywali szacunek esesmanom i dziękowali za zlikwidowanie zarazy żydowskiej! Mama nie słyszała, aby był ktoś, kto pomagałby Żydom!
Część mieszkańców dzielnicy żydowskiej, wraz z kosztownościami i zapasami żywności, schroniła się w pobliskiej puszczy. Tam przetrwali do wiosny 1944 roku. Niemcy nie zapuszczali się do lasu, gdyż za bardzo obawiali się tego, co może ich w nim spotkać. Las żył swoim życiem i miał swoje prawa. Ukrywała się tam cała masa partyzantów polskich, ukraińskich i żydowskich, często wraz z całymi rodzinami.
Walczyli oni nie tylko z Niemcami. Partyzanci byli w większości skrajnymi nacjonalistami i często napadali na przedstawicieli innych nacji, bestialsko ich mordując. Wiadomości o tych mordach przynoszone były do wioski, bo niektórzy z leśnych byli mieszkańcami wioski mamy. Kiedy do lasu wkraczali Niemcy, w jakiś paranoiczny sposób leśni jednoczyli się i ruszali wspólnie na komanda esesmanów. W końcu dowództwo niemieckie zakazało swoim żołnierzom i cywilom zbliżać się do lasu.
W 1943 roku plony ziemniaków i zbóż były niskie. doszedł jeszcze kontyngent na rzecz Niemców. Na przednówku następnego roku panował więc głód. Najbardziej dotknął on jednak leśnych ludzi, wszelkiej narodowości. Wszystkie bez wyjątku ugrupowania partyzanckie napadały na okoliczne wioski, grabiąc przy tym, gwałcąc i mordując tych, co nie chcieli wydać żywności i inwentarza, czy też nie mieli już co wydać. Mój dziadek zbudował swoim córkom szałas pośród nadrzecznych olch i tam się ukrywały wraz z inwentarzem! Mieszkańcy wioski zdzierżyli kontyngent, napady ich własnych sąsiadów, bestialskich przecież ludzi leśnych, ale nie przebaczyli, kiedy do wioski wkroczyli obdarci, ale uzbrojeni Żydzi.
Żądza zemsty była w miejscowych nie do zatrzymania. Jeden z nich wtedy trzydziestoletni, poszedł do posterunku gestapo i obiecał, że wyciągnie Żydów z lasu. Jak powiedział, tak uczynił, a esesmani urządzili sobie nad miejscową rzeką masakrę. Niektórzy Polacy wiedzieli co ma się stać i poszli przyglądać się temu ludobójstwu. Mama była tam już po masakrze. Widok czerwonej rzeki i ciał ludzkich rozszarpanych przez pociski karabinów maszynowych do dziś tkwi w jej pamięci, a zwłaszcza te małe dzieci - niemowlęta.
Ten Polak zaraz wyjechał do Gdańska, gdzie dożył sędziwego wieku i był jednym z najbardziej szanowanych i znanych obywateli tego miasta. Nie powiedziała nigdy jego nazwiska, bo po co "robic gębe" jego dzieciom i wnukom.
- Dziesiątki lat minęło od wojny, a nic się nie zmieniło - mówiła.
- Dalej narody się nienawidzą, będą się szkalować, poniżać, aż znowu zaczną się mordować. Tak się dzieje cały czas.
Przypomniała mi moje potyczki z Romami i ile czasu zajęło mi, bym zrozumiał, że są jacy są i nie mam prawa ich osądzać, oceniać i żądać, by stosowali się do norm i zasad, w których ja sam czuję się jak mucha w sieci pająka. Mama przyniosła nowe ciasto.
- A teraz opowiem ci o pewnym esesmanie - powiedziała.

Gaia Beata
 6 czerwca 2012 roku, godz. 21:30

Jakież to życie przewrotne, a ludzie w nim zagubieni. Bardzo ciekawie napisane. Jakbym słuchała opowieści moich rodziców. Pozdrawiam :)