Viggo Malezyjski zachód słońca Kiedyś kochałem [...] – liviejay

W tym miejscu znajdziesz opinie do tekstu, którego autorem jest liviejay — zgromadziliśmy 1 opinia.

Malezyjski zachód słońca

Viggo
Ma­lezyj­ski zachód słońca
Kiedyś kochałem No­wy Jork o tej porze ro­ku. Zi­my tu­taj by­wały mroźne, lecz zaw­sze ko­loro­we i pełne pul­sujące­go życia. Zu­pełnie jak­by mias­to wyczu­wało, jak wiel­ki­mi kro­kami zbliża się Boże Na­rodze­nie, i by uczcić ten ma­giczny ok­res, wy­pełniało swoich mie­szkańców zdwo­joną ener­gią, wszędzie ja­wiąc się i mieniąc sreb­rem, czer­wienią, złotem i purpurą.
Oko­liczne drzew­ka wieńczyły jarzące się we wszys­tkich ko­lorach tęczy światełka, wit­ry­ny sklepów zdo­biły wiel­kie, śmiejące się do każde­go mi­kołaje, obok których stały re­nife­ry zap­rzęgnięte w złoto-czer­wo­ne sa­nie, do których przy­moco­wane były og­romne wor­ki pełne paczek; naj­częściej rzeczy, które można było na­być w da­nym skle­pie. Ludzie mi­jali się na uli­cy w pośpie­chu, tak jak to zwyk­le czy­nili na co dzień, jed­nak w oko­licy świąt pośpiech ten na­bierał in­ne­go cha­rak­te­ru. Zda­wało się, że wszys­cy oni pędzą, by jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w ciepłym do­mu, w otocze­niu tych, których kocha­li naj­mocniej, lub też bieg­li na złama­nie kar­ku do skle­pu, by w os­tatnim mo­men­cie ku­pić po­cie­chom up­ragnione elek­tryczne ko­lej­ki i plusza­ki, które te miały zna­leźć pod świątecznym drzewkiem.
Cały No­wy Jork niecier­pli­wił się, wycze­kując pier­wszej, wi­gilij­nej gwiaz­dki, aro­matu fasze­rowa­nych jabłka­mi kaczek, słod­kich pud­dingów i wyk­win­tne­go, czer­wo­nego wi­na. Całe mias­to pragnęło, by te­go szczególne­go dnia móc za­siąść do stołu, by ra­dować się obec­nością blis­kich i roz­koszo­wać dźwiękiem roz­ry­wane­go pa­pieru i to­warzyszące­mu mu śmie­cho­wi dzieci, których we­soły szcze­biot wy­pełniał ser­ca krew­nych miłością. Całe mias­to… tyl­ko nie ja.
Te­goroczne święta miały być naj­gor­szy­mi ze wszys­tkich. Głośny śmiech i żar­ty opo­wiada­ne przy sto­le miały zastąpić go­rycz, żal i łzy. Za­miast ciepła palące­go się w ko­min­ku og­nia - pus­te, szpi­tal­ne ko­rytarze, chłód i kwaśne twarze pielęgniarek, które nie mogły spędzić świąt z rodziną, pra­cując. Miałem ochotę wyć, tłuc ręka­mi w ścianę i ko­pać, co po­pad­nie! Ty­le, że to nic by nie zmieniło.
Dziś Wi­gilia, a ja byłem w drodze na Manhat­tan, do jed­ne­go z lo­kal­nych szpi­tali. Drogę po­kony­wałem mecha­nicznie, bez zas­ta­nowienia. Led­wie zauważyłem, jak światła z zielo­nych zmieniają się na czer­wo­ne, i zat­rzy­małem się w os­tatniej chwi­li. Tak często tam os­tatnio prze­bywałem, że szpi­tal­ny per­so­nel zaczął zwra­cać się do mnie po imieniu, roz­poznając we mnie narzeczo­nego “tej śpiącej pod dwójką”. Oczy­wiście, nie mieli pojęcia, że wiem, jak ją na­zywają. Piek­liło mnie to tyl­ko na początku. Po­tem w końcu uz­mysłowiłem so­bie prawdę. Wszys­cy oni mieli bo­wiem rację.
Bian­ca prze­bywała w sta­nie śpiączki już trze­ci tydzień i nic nie wska­zywało na to, że prędko się obudzi. Z całą pew­nością nic nie wska­zywało na to, że wy­darzy się to dziś, w noc na­rodzin Pa­na. Le­karze, rzecz jas­na, zarze­kali się, aby się nie pod­da­wać. Nie ro­bili mi jed­nak złud­nych nadziei, os­trze­gając że mo­ja narzeczo­na może spać jeszcze długi, długi czas. Wie­działem o tym. W głębi ser­ca jed­nak wie­rzyłem, iż być może ma­gia dzi­siej­sze­go dnia i ją wy­pełni życiem, a we mnie odżyje daw­na nadzieja. Jakże naiw­ny mu­siałem być!
- Nie chciałbym pa­na mar­twić… - rzekł kiedyś je­den z le­karzy. - Jes­tem jed­nak le­karzem i nie wol­no mi za­tajać tak is­totnych faktów. Stan pa­na narzeczo­nej jest sta­bil­ny, jed­nakże nie możemy jas­no stwier­dzić, kiedy się wy­budzi. Może się to wy­darzyć po kil­ku dniach, by­wa jed­nak, że pac­jent trwa w sta­nie uśpienia ty­god­niami, miesiąca­mi, a na­wet la­tami... Chcę, by pan to wiedział.
Wszys­cy oni, łącznie z moją własną rodziną, pat­rzy­li na mnie z po­lito­waniem i współczu­ciem. Mo­ja mat­ka po­wie­działa mi na­wet raz, żebym so­bie od­puścił, że Bian­ca nig­dy się nie obudzi, a pod­trzy­mywa­nie jej przy życiu jest ok­rutne i bez­ce­lowe. Ja uważałem inaczej, a z matką nie widziałem się od tam­te­go dnia aż do dziś. Nie pot­rze­bowałem jej. Nie pot­rze­bowałem ni­kogo… ni­kogo, po­za Biancą. Na­wet te­raz, gdy pat­rzyłem na nią, przy­kutą do łóżka, gdy tak­so­wałem wzro­kiem jej wątłe, kruche ciało, nieco wychudłą twarz i za­pad­nięte oczy, widziałem tę piękną, kochającą życie i miłującą wol­ność ko­bietę, którą nieg­dyś była, a którą po­kochałem, gdy tyl­ko przemówiła do mnie po raz pier­wszy. Rozsądni ludzie nie wierzą w taką miłość. Ja byłem kiedyś rozsądny. Po­tem spot­kałem moją narzeczoną.
Wspom­nienie tam­tej chwi­li spra­wiło, że mi­mowol­nie się uśmie­chnąłem. Pa­miętam to, jak­by wy­darzyło się wczo­raj, a nap­rawdę miało miej­sce trzy la­ta te­mu w Ma­lez­ji. Dla Bian­ci była to ko­lej­na z niez­liczo­nych wo­jaży po świecie, dla mnie długo wycze­kiwa­ny ur­lop i ucie­czka od no­wojor­skiego życia w pędzie, które uwiel­białem i niena­widziłem zarazem.
Nig­dy nie za­pomnę tam­te­go le­niwe­go, ciepłego po­połud­nia w Ma­ri-Ma­ri, gdy słońce kładło się nad ho­ryzon­tem, zdając się roz­paczli­wie wy­ciągać ku nam swe długie “ra­miona” w pos­ta­ci os­tatnich te­go dnia, różowych pro­mieni, nie chcąc zniknąć. Dotąd wzburzo­ne mor­skie fa­le, jak­by przeczu­wając rychłe na­dejście no­cy, nag­le zap­rzes­tały nieus­tającej wal­ki z brze­giem i skałami, i złagod­niały. Nig­dy wcześniej nie byłem w miej­scu tak dzi­kim, tak bez­gra­nicznie pięknym, jak ta bez­ludna plaża w Mari-Mari.
Od ja­kiegoś cza­su sie­działem w cieniu pob­liskiej pal­my, roz­koszując się niezakłócaną ciszą i wdychając świeże, nad­mor­skie po­wiet­rze, od­dając się je­dynej czyn­ności, która niek­westiono­wanie spra­wiała mi ra­dość, a na którą nig­dy nie star­czało cza­su w świecie praw­niczych ka­zusów - szki­cowa­niu. O, tak! Byłem nie naj­gor­szym ry­sow­ni­kiem. Wy­nikało to nie z ja­kiegoś uk­ry­tego wewnątrz mnie ta­len­tu, jak sądziła większość uświado­mionych o mej pas­ji, lecz z umiejętności ob­serwac­ji, jak uważałem ja sam. Uwiel­białem doglądać zmian zachodzących co rusz w otaczającej mnie przy­rodzie i twarzach spo­tyka­nych osób. Pod­niecała mnie wal­ka z cza­sem, by jak naj­szyb­ciej, nim obiekt moich ob­serwac­ji zmieni sposób, w ja­ki pat­rzy na świat lub drugą osobę, uchwy­cić na pa­pie­rze tyl­ko tę jedną emoc­je, po­jedyn­czy błysk w oku, tę kon­kretną łzę, która tak mnie poruszyła.
“Wiel­ka szko­da, że na co dzień jes­tem praw­ni­kiem!” łkałem w duchu. Jed­nak ad­wo­katu­ra była mi przez­naczo­na. Mój oj­ciec, a przed nim je­go oj­ciec i dziad, a także pradziad, niemal cała li­nia męska, by­li praw­ni­kami, a więc i ja mu­siałem nim zos­tać. Pochodziłem z bar­dzo majętnej rodzi­ny an­giel­skich ko­lonistów, którzy przed la­ty osied­li­li się na te­renach ówczes­nej Wir­gi­nii i z cza­sem do­robi­li się spo­rego majątku.
- Pieniądze są narzędziem służącym des­truk­cji te­go świata, sy­nu. - tak zaw­sze ma­wiał mój oj­ciec. - Dla­tego tyl­ko ludzie nap­rawdę pra­wi i mądrzy po­win­ni mieć ich dos­ta­tek. - nie wie­działem, czy mówi to, aby pod­kreślić własną mądrość i pra­wość, czy też zwyczaj­nie chwa­lił się swoim do­rob­kiem, mnie jed­nak ro­bienie pieniędzy nie po­ciągało, jeszcze mniej in­te­reso­wało mnie ich po­siada­nie. Tak czy inaczej, zos­tałem praw­ni­kiem, a dzięki wpływom oj­ca, szyb­ko zys­kałem po­zycję w świecie, który nieraz by­wał bar­dziej ob­rzyd­li­wy i ślis­ki od występków, których do­puszcza­li się moi par­szy­wi, acz bo­gaci klien­ci. Po­siadałem więc pieniądze, dużo pieniędzy. Tak nap­rawdę nie wie­działem, co z ni­mi ro­bić. Wol­ne­go cza­su miałem niewiele. Po­za tym, byłem sa­mot­ny i nieszczęśliwy.
- Przep­raszam, czy mogę się do­siąść? - byłem tak zaab­sorbo­wany szki­cowa­niem jaszczur­ki, która prze­mie­rzała plażę i nag­le zas­tygła w bez­ruchu, umożli­wiając mi wy­kona­nie bar­dziej szczegółowe­go ry­sun­ku, że aż pod­skoczyłem na dźwięk ob­ce­go głosu, który naszedł mnie od tyłu. Szyb­ko pod­niosłem głowę i nag­le zro­zumiałem, że ta plaża, na­zywa­na przez miej­sco­wych raj­ską, taką w is­to­cie była, gdyż oto stało na­de mną uoso­bienie bos­kiego piękna w całej swej krasie.
Spląta­ne od mor­skiej wo­dy kos­my­ki ciem­nych włosów, w których różowe światło zachodzące­go słońca od­bi­jały obec­ne tu i ówdzie ref­leksy mie­dzi i kar­me­lu, opa­dały jej na wciąż wil­gotne, opa­lone ra­miona, przyk­leiły się do drob­nej, ślicznej twarzy i drażniły pełne, różowe us­ta. Is­to­ta szyb­ko sięgnęła swoją małą dłonią i od­garnęła wszys­tkie iry­tujące ją pas­ma do tyłu, żeby raz jeszcze do mnie przemówić.
- Czy wol­ne…? - za­pytała po­now­nie, wska­zując pal­cem miej­sce obok mnie. Idiota! Tak się w nią za­pat­rzyłem, że całkiem zig­no­rowałem pytanie!
- Tak, oczy­wiście! - szyb­ko się zre­wanżowałem. Za szyb­ko. Mogła prze­cież po­myśleć, że jes­tem ja­kimś niebez­pie­cznym nar­wańcem i odejść! - Jest wol­ne… - do­dałem już znacznie ciszej.
- Wspa­niale! - od­parła i zajęła miej­sce pod palmą, siedząc te­raz bar­dzo blis­ko mnie. Nie mogłem uwie­rzyć w to, co właśnie się wy­darzyło. Nie mogłem uwie­rzyć, że gdzieś na świecie is­tniała równie piękna i de­likat­na słodycz, która te­raz dzieliła ze mną twar­dy piasek i długi cień, roz­taczającej nad na­mi swój pa­rasol, palmy.
- Jes­teś wędrow­cem? - za­pytała, pat­rząc mi pros­to w oczy. Jej włas­ne, lek­ko skośne, trochę jak­by ko­cie, w ko­lorze orzecho­wo-miodo­wym, błyszczały pod­nieco­ne. Ależ ona miała piękne oczy! Mu­siałem odpowiedzieć.
- Tak...to znaczy...niezu­pełnie. Spędzam tu ur­lop. - ależ za­kuło mnie ser­ce! Ten miłujący życie, pod­niecający blask, jeszcze chwilę te­mu obec­ny w jej oczach, przy­gasł nieco. No tak! Pew­nie miała nadzieję usłyszeć, iż je­den ze mnie wiel­ki włóczęga, który prze­mie­rza Azję pie­szo, cza­sem de­cydując się po­jechać sto­pem, kąpie się w deszczówce i kar­mi słońcem i świeżym po­wiet­rzem, za­miast te­go miała przed sobą nud­ne­go praw­ni­ka, urzęda­sa, ty­le tyl­ko, że na wa­kac­jach i bez gar­ni­turu. Miałem ochotę za­kopać się w piasku!
- Ro­zumiem. Cóż, ja jes­tem wędrow­cem! - od­parła ra­dośnie, a w jej spoj­rze­niu zno­wu mogłem dos­trzec ten wcześniej przy­gasły, pod­niecający blask, który spra­wił, że szyb­ciej za­biło mi ser­ce. Mat­ko prze­najświętsza! Oczy­wiście, że była wędrow­cem! Miała to wy­pisa­ne na twarzy. Do­piero te­raz zauważyłem liczne pęcherze na małych, zgrab­nych sto­pach, sym­bol prze­bytych pie­szo mil, i kil­ka blizn i otarć, za­pew­ne pa­miątki po przy­pad­ko­wych star­ciach z mi­janą florą, lub co gor­sza, groźną fauną! Szyb­ko jed­nak uz­mysłowiłem so­bie, że nic nie mogłoby jej skrzyw­dzić. Była krucha, to praw­da, lecz była też słod­ka, po­wab­na i tak niewin­na, iż żaden zwierz, duży czy mały, nie mógłby jej skrzyw­dzić. Była niczym leśna nim­fa, w kierun­ku której ob­ra­cał się każdy kwiat, chcąc by na niego spoj­rzała, za którą podążały zauroczo­ne zwierzęta. Ja także miałem ochotę za nią podążyć.
- Jes­tem tu już trze­ci dzień, ale po­kochałam to miej­sce! - kon­ty­nuowała. - W do­dat­ku, miej­sco­wi ludzie są ta­cy mi­li! Przy­jechałam tu zu­pełnie bez pla­nu, nie wie­działam, gdzie się zat­rzy­mię. Trochę się zmar­twiłam, gdy pier­wsze trzy hos­te­le, które od­wie­dziłam z za­pyta­niem o pokój, odesłały mnie z kwit­kiem z po­wodu bra­ku wol­nych łóżek! Ale wte­dy spot­kałam tę miłą, star­szą ma­lezyjkę. Ku­powałam w skle­pie wodę, po­nieważ skończył się mój za­pas, kiedy po­deszła do mnie i po­wie­działa “Słyszałam, jak py­tasz o pokój… Możesz zos­tać u mnie, jeśli chcesz. Jes­tem bar­dzo sa­mot­na…”. Bar­dzo dob­rze mówiła po an­giel­sku. Po­tem oka­zało się, że wca­le nie jest ma­lezyjką “pełnej krwi”, a jej pa­po to an­glik, który przy­był do Ma­lez­ji w ce­lach tu­rys­tycznych i tak się za­kochał w tym miej­scu, że już tu zos­tał, oraz że ona sa­ma dob­rze zna nasz język, bo oj­ciec oso­biście ją uczył. Ależ byłam zas­koczo­na! - mówiła tak i mówiła, a ja słuchałem ocza­rowa­ny. Wte­dy uświado­miłem so­bie, że nie znam jej imienia, a ona mo­jego. Kiedy się przed­sta­wiłem, zaczęła głośno chicho­tać, bo ona to po­noć “straszna ga­duła” i “że jak już zacznie traj­ko­tać, to nie może przes­tać”. Szyb­ko wte­dy wy­jawiła mi swe imię. Bian­ca. Piękne niemal, jak ona sama.
- Więc spędzasz tu swój ur­lop? - wróciła znów do główne­go te­matu. - Skąd jesteś?
- Jes­tem Ame­ryka­ninem. Mie­szkam w No­wym Jor­ku. - po­tem do­wie­działem się, że Bian­ca także mie­szka w Sta­nach, na Brook­ly­nie, oraz że wo­bec te­go dob­rze zna No­wy Jork, choć rzad­ko tam os­tatnio by­wała. - Lu­bię No­wy Jork, ale nie uz­naję go ja­ko swój dom. Właści­wie to mie­szkam wszędzie i nig­dzie. - mówiąc to, wzruszyła ra­miona­mi. Os­tatnie kil­ka kro­pel wo­dy, które jeszcze nie zdążyły wy­paro­wać, zat­rzęsły się pod tym jakże sub­telnym ruchem. Nie wie­działem jeszcze wte­dy, ile w tym geście jest go­ryczy. O tym do­piero miałem się przekonać.
Gdy słońce już całkiem zaszło, a niebo przyb­rało ciem­ny od­cień, poczułem jak zaczy­na mi być zim­no. Spoj­rzałem wte­dy na siedzącą obok mnie Biancę. Miała na so­bie je­dynie strój kąpielo­wy. Widząc jej gęsią skórkę i na­jeżone, jas­ne włos­ki, zap­ro­pono­wałem jej swoją jean­sową ka­tanę, ja­ko że tyl­ko to miałem ze sobą, i za­pytałem czy nie jest głod­na. Z uśmie­chem przyjęła kur­tkę, podzięko­wała mi i śmiejąc się, od­parła że umiera z głodu.
Chwilę później zeb­ra­liśmy nasze skrom­ne to­bołki i jed­liśmy w od­da­lonej o dwadzieścia mi­nut dro­gi pie­szo od plaży knaj­pce Cur­ry Mee, a po­tem de­ser - Ais Ka­ciang, lo­kal­ny przys­mak, na który składał się kruszo­ny lód z mle­kiem ko­koso­wym, po­lany słod­kim so­kiem. Początko­wo Bian­ca nie poz­wa­lała mi za siebie zapłacić. Wie­działem, że nie ma pieniędzy. Podróżowała sto­pem od dłuższe­go cza­su, śpiąc w ta­nich hos­te­lach czy też w do­mach miej­sco­wych ludzi, którzy oka­zywa­li jej ser­ce i zap­rasza­li do siebie, ofe­rując wikt i opieru­nek. Cza­sami pra­cowała na swo­je ut­rzy­manie, by po kil­ku dniach ruszyć w dal­szą podróż. Bar­dzo mi tym im­po­nowała, i nie uk­ry­wam, trochę mar­twiła… Podróżowała całkiem sa­ma. Wyob­ra­ziłem so­bie, jak ktoś wy­korzys­tu­je jej słodycz i zaufa­nie, i krzyw­dzi ją. Na­tychmiast odpędziłem złe myśli!
- Więc mie­szkasz u tej ma­lezyj­ki... - tym ra­zem to ja zacząłem roz­mowę. Bian­ca w tym cza­sie pochłaniała swój lo­dowy de­ser. Wyglądała uroczo, ale i bied­nie. Zu­pełnie, jak dziec­ko, które­mu rodzi­ce od­ma­wiali wszel­kiej słodyczy. Nie mogłem mieć wte­dy większej rac­ji! - Długo pla­nujesz u niej zos­tać? - miałem ochotę zaofe­rować jej swój let­ni do­mek, gdyż wy­nająłem go sam, i miej­sca w nim nie bra­kowało. Bałem się jed­nak, że może źle odeb­rać mo­je zap­rosze­nie, dla­tego spróbo­wałem inaczej. - Gdy­byś nie mogła dłużej u niej mie­szkać, sądzę że zna­lazłoby się łóżko dla ciebie… Mie­szkam nieda­leko plaży. Na pew­no bar­dzo spo­dobałaby ci się ta lo­kali­zac­ja. Gdy­byś więc miała kłopot z noc­le­giem, mogłabyś…
- Dziękuję. - przer­wała mi i chwy­ciła za rękę. Jej ciepły do­tyk spra­wił mi przy­jem­ność. Większą, niż po­winien. - Ale jut­ro stąd wy­jeżdżam. To bar­dzo miłe z two­jej stro­ny. Może, gdy­bym spot­kała cię wcześniej… - tak, ja również o tym po­myślałem. Nie mogłem uwie­rzyć, że to ko­niec naszej zna­jomości! Byłem zdruz­go­tany, jed­nak nie mogłem te­go dać po so­bie poznać.
- Wy­latu­jesz w przyszły wto­rek, praw­da? - spy­tała nag­le. Była bar­dzo poważna.
- Tak.
- Ja­ko wzięty praw­nik masz pew­nie masę zo­bowiązań w No­wym Jor­ku? - drążyła.
Nim od­po­wie­działem, spoj­rzałem na nią raz jeszcze. Była niez­wykła, jak­by nie na­leżała do te­go świata. Ete­ryczna i pełna po­wabu, niczym leśny duch za­wie­szo­ny po­między sko­rum­po­wanym światem pieniędzy, chci­wości i obłudy, a pewną dziewiczą, zieloną krainą, z której z pew­nością pochodziła. Miała w so­bie na­tural­ny wdzięk. Nie pot­rze­bowała ma­kijażu ani biżute­rii, by pod­kreślić piękno, które ona no­siła wewnątrz.
Nag­le poczułem, że chcę się nią zaopiekować.
- Nie… - wyszep­tałem. - Nie chcę już dłużej te­go ro­bić. - do­dałem bar­dziej sta­now­czo. Wte­dy do głowy przyszedł mi sza­lony po­mysł! - Lu­bisz towarzystwo?
- No pew­nie! - od­po­wie­działa, choć nie miała naj­mniej­sze­go pojęcia, co chciałem jej zaoferować!
- A czy mógłbym do ciebie dołączyć?
Gdy wiele ty­god­ni później Bian­ca wróciła pa­mięcią do tam­te­go wie­czo­ru w Ma­lez­ji, leżeliśmy wtu­leni w siebie w wiel­kim łożu, spo­wici białym woalem, który wypływał z oka­lające­go nas bal­dachi­mu. Nasze opa­lone, na­gie ciała odznaczały się na tle białej pościeli. Przed na­mi roz­pościerał się wi­dok na Ocean In­dyj­ski. Nie chcąc się od siebie od­ry­wać, ob­serwo­waliśmy z nasze­go miej­sca, jak wzburzo­na biała fa­la roz­bi­ja się o wiel­kie skały, co­fa po­kor­nie, gdy te nie ustąpiły, i ro­bi miej­sce in­nej, nie mniej but­nej. To niez­wykłe, ale od te­go wi­doku dzieliło nas za­led­wie dwieście metrów, zaś my sa­mi znaj­do­waliśmy w naj­praw­dziw­szym drew­nianym dom­ku na drze­wie, z ok­nem sięgającym od ziemi aż do sta­rej, trochę popęka­nej pod­bitki, i wychodzącym wprost na wzburzo­ny o tak wczes­nej porze ocean.
Tak. Sri Lan­ka była piękna!
- Nie bałeś się tak po pros­tu wszys­tkiego porzu­cić? - za­pytała, poz­wa­lając by nies­forny kos­myk opadł jej na czoło. Pat­rzyła się te­raz na mnie ty­mi swoimi ko­cimi ocza­mi, cze­kając aż jej od­po­wiem. W tym świet­le, bar­dzo słabym, miały głębo­ki, ciem­ny odcień.
- Bałem się. - od­po­wie­działem po chwi­li. - Ale jeszcze bar­dziej bałem się, że od­jedziesz i już nig­dy cię nie spot­kam. - nie mogłem się pow­strzy­mać. Sięgnąłem po ten loczek i zarzu­ciłem go na bok. Kot­ka jak pat­rzyła, tak pat­rzyła, cze­kając aż do­dam coś więcej. Często tak ro­biła. - Za­kochałem się wte­dy w to­bie. - to była praw­da, jed­nak to wciąż jej nie wys­tar­czało. Jeszcze wiele ra­zy pod­py­tywała mnie, jak zna­lazłem w so­bie ty­le od­wa­gi, by wszys­tko, co dotąd osiągnąłem w swoim życiu, zos­ta­wić za sobą i zacząć wieść no­we, zgoła in­ne od sta­rego. Zaw­sze od­po­wiadałem jej tak samo.
- Kocha­nie, mo­je życie zaczęło się do­piero w mo­men­cie, kiedy ra­zem opuści­liśmy Ma­lezję. Przed tym wy­darze­niem byłem mar­twy. - ko­cie oczy zno­wu zaczęły błyszczeć. Wie­działem, że ta­ka od­po­wiedź jej wys­tar­cza. Była ona zresztą prawdą. Roz­sta­nie z kan­ce­larią i do­tychcza­sowym, wy­god­nym sty­lem życia, przyszło mi bar­dzo łat­wo. Właści­wie, było to tak na­tural­ne, że sa­ma Bian­ca nie mogła uwie­rzyć, kiedy tam­te­go pa­miętne­go wie­czo­ru w Ma­lez­ji, za­wie­szo­ny nad por­cją słod­kiego Ais Ka­ciang, ze spo­kojem w głosie oz­najmiałem przełożone­mu, za­razem mo­jemu oj­cu, iż re­zyg­nuję z pra­cy w kan­ce­larii. Zu­pełnie jak­bym całe życie kształcił się i zdo­bywał po­zycję tyl­ko po to, by poz­nać Biancę i zro­zumieć, że żad­na z tych rzeczy nie miała wartości.
Pop­ro­siłem matkę, by poz­dro­wiła wszys­tkich moich przy­jaciół i by zajęła się moim mie­szka­niem w No­wym Jor­ku, dopóki nie wrócę.
- Ro­zumiem, że przedłużasz so­bie wa­kac­je? - py­tała, gdy zadzwo­niłem do niej po te­lefo­nie do oj­ca. - Bar­dzo słusznie. Twoim klien­tom nic się przez ten czas nie sta­nie, a ty w końcu so­bie wy­poczniesz! Tak ciężko pra­cujesz, synku…
- Nie ro­zumiesz, ma­mo… - sta­rałem się tłumaczyć jej wszys­tko ze spo­kojem, ale wie­działem też, że muszę być sta­now­czy. - Już nie będę dłużej wy­kony­wał za­wodu praw­ni­ka. Rzu­cam to. Za­mie­rzam udać się w długą podróż i nie wiem, kiedy znów wrócę do Ameryki.
Wiele łez wy­lała, nim wreszcie zaak­cepto­wała fakt, iż jej ukocha­ny syn i je­dynak, pos­ta­nowił zos­tać tram­pem, spać u ob­cych ludzi i imać się różnych zajęć, by zys­kać parę groszy na jedze­nie dla siebie i swo­jej to­warzyszki podróży, która także dziel­nie pra­cowała, pełna podzi­wu dla mo­jej spon­ta­nicznej de­cyz­ji. Naj­większą trud­ność w zaak­cepto­waniu jej miał nies­te­ty mój oj­ciec, który opo­wiadał swoim bo­gatym zna­jomym, jak je­go syn zwie­dza naj­dal­sze zakątki świata, codzien­nie ra­no up­ra­wiając taj­ski boks z pry­wat­nym in­struk­to­rem, który wier­nie mu to­warzyszył, mie­szkając w pięciog­wiaz­dko­wych ho­telach, re­lak­sując się i zbierając ener­gię na powrót do kan­ce­larii, by wte­dy uderzyć ze zdwo­joną siłą i wyg­ryźć swoich konkurentów.
Miałem nadzieję, że pew­ne­go dnia i on zro­zumie. Och, jak bar­dzo się myliłem!
- Masz ochotę na kąpiel w oceanie? - za­pytała mo­ja narzeczo­na, sku­biąc mnie zadzior­nie w ucho i prze­ciągając, jak praw­dzi­wy kot. Pierścionek na pal­cu ser­decznym le­wej dłoni był je­dynym kosztow­nym wy­dat­kiem, na ja­ki mogłem so­bie poz­wo­lić bez kry­tycznej uwa­gi Bian­ci. Za­pew­ne dla­tego, iż nie miała o je­go za­kupie pojęcia. Inaczej, cóż by to były za oświadczyny?!
Zwyk­le bo­wiem, gdy tyl­ko próbo­wałem prze­konać moją narzeczoną, byśmy choć jedną noc spędzi­li w luk­su­sowym ho­telu, z gorącym ja­cuzzi i ba­senem, ta za­raz się ob­rażała, twier­dząc że za­bijam ducha podróży.
I miała rację.
Nig­dy bo­wiem nie zaz­na wol­ności ten, kto choć raz nie spał pod gołym niebem, kto nie tańczył w deszczu i nie sma­kował głodu. Nig­dy bo­gatym będzie człowiek, który ma zaw­sze pełne kie­sze­nie, a ten, które­mu złotem ja­wi się psze­nicy łan, zaś naj­piękniej­szym dźwiękiem jest pieśń wol­ne­go pta­ka. Tyl­ko człowiek, który od­rzu­cił po­zorną wy­godę oraz kom­fort, zro­zumie, że nig­dy ich nie pot­rze­bował. Osiągnąwszy to, człowiek ten będzie szczęśliwym.
My by­liśmy szczęśli­wi. A po­tem zdarzył się ten cho­ler­ny wypadek...

Ko­niec cz. I 

opowiadanie
zebrało 2 fiszki • 11 stycznia 2018, 15:34

Bar­dzo mi się spo­dobało, będę do niego wra­cał. Jak na ten por­ta­lik to bar­dzo wy­sokie lo­ty. Gorąco pozdrawiam. 

Partnerzy

Blok

Cy­taty.eu - afo­ryz­my i sen­ten­cje Cy­taty, afo­ryz­my, sen­nik Zamyslenie.pl, Aforyzmy i cy­taty

Menu
Użytkownicy
K L M
Aktywność

dzisiaj, 20:09Vergil sko­men­to­wał tek­st Jesień

dzisiaj, 20:01Vergil wy­powie­dział się w wątku Czego ak­tual­nie słuchasz cz.2

dzisiaj, 19:59Cambel sko­men­to­wał tek­st Każda me­lodia ko­jarzy mi [...]

dzisiaj, 19:59Vergil sko­men­to­wał tek­st (no) exit

dzisiaj, 19:55Badylek sko­men­to­wał tek­st KLER(i ja)

dzisiaj, 19:46Vergil wy­powie­dział się w wątku Czego ak­tual­nie słuchasz cz.2

dzisiaj, 19:44Vergil sko­men­to­wał tek­st To tyl­ko słowa

dzisiaj, 19:42Vergil sko­men­to­wał tek­st Proza życia poety

dzisiaj, 17:30fyrfle sko­men­to­wał tek­st KLER(i ja)

dzisiaj, 17:10yestem sko­men­to­wał tek­st Dzień zły łzy