7 października 2020 roku, godz. 10:23 4,0°C

Pamiętnik poszerzony o genezę

To wypełniło się we mnie i ostatecznie rozpoczęło dwudziestego czwartego września 2015 roku. Była szła do pracy na czwartą rano. Wychodząc z domu kazała mi się zastanowić i coś tam jeszcze dyrygowała. Leżałem milcząc na wersalce. Leżałem sam. Tak od kilkunastu lat. Mieszkałem z żoną, ale byłem samotny i dyrygowany. Bałem się jej. Dlatego nie zdecydowałem się na oficjalne jej poinformowanie o odejściu w rozmowie. Wstałem po szóstej, ubrałem się, zabrałem dowód osobisty, prawo jazdy, legitymację emeryta - rencisty i kartę bankomatową. Aha, jeszcze dokumentację medyczną wziąłem. Wychodząc zajrzałem do pokoju syna. Spodziewałem się, że może nawet widzę go ostatni raz , biorąc pod uwagę wpływ na niego matki. Poszedłem na dworzec PKP i kupiłem bilet do Kotliny Żywieckiej w jedną ostateczną stronę. W sumie chyba droga koleją liczyła ponad trzysta kilometrów. Czekałaś na mnie na końcu peronu i poszliśmy z niego do wielu wielu cudownych dni przez minimum sto lat, jak to sobie życzymy przy każdym toaście.

Dwudziestego trzeciego września po południu poszedłem na działkę i tam wykonywałem różne prace, a przed zmierzchem zadzwoniłem do Ciebie i długo rozmawialiśmy, a moja żona próbowała się do mnie dodzwonić. Siedziałem długo na tamtej ławce na tamtej działce. Rozmawiając z Tobą patrzyłem w gwiazdy. Działka była moim azylem. Na niej czułem się wolny. Snułem marzenia o byciu kochanym i kochaniu. Kiedy przyszedłem do mieszkania zrobiła mi straszliwą awanturę z groźbą rozwodu i wyrzucenia mnie z mieszkania. Nie odzywałem się. Wiedziałem, że jutro wreszcie odejdę, choć nie zniknę z jej życia i jak my 24 września celbrujemy naszą rocznicę, tak ona będzie zwoływać w tym dniu rodzinę i będą na mnie pluli słowem i myślą.

Dwudziestego pierwszego września przyjechałem do Ciebie Ukochana po raz pierwszy. Jechałem inną trasą. Tyle dziewann kwitło przy torach na Górnym Śląsku. Na torach i licznych nieużytkach przy torach. Na hałdach. Te kilometry bocznic kolejowych. A ja pisałem Ci miłosne wiersze. Spotkaliśmy się po raz pierwszy na parkingu przy Tesco. Dałem Ci symbol siebie. Wiązankę słoneczników. Tak jak pisałaś. Szpilki. Cudne nogi i niebiańska uroda. Pojechaliśmy do Wieprza po emeryturę Twojej Mamy. Potem zawieźliśmy ją jej. Ty poszłaś do niej do domu i dałaś jej pieniądze. Przyjechaliśmy do domu. Zrobiłaś obiad. Kotlet. Chciałem Cię pocałować, ale unikałaś mnie. Wystraszyłem się tych religijnych obrazów na ścianach, a Ty jeszcze chłodno i rozsądnie mówiłaś warunki naszej znajomości, choć ja już Cię kochałem. Już wtedy chciałem zostać, ale przestraszyłem się Twoich zasad i katolicyzmu. Tych ksiąg religijnych na komodzie od Twojej teściowej. Przespałem się u Ciebie i rano odwiozłaś mnie na dworzec.

Siódmego września napisałaś do mnie list otwarty na pewnej grupie literackiej w Internecie. Pisałaś o swoich nadziejach co do mnie i wątpliwościach, ale madziei było więcej, bo tak wiele nas łączy. Ja przeczytałem go po tygodniu? Bóg w tym maczał palce. Ten katolicki Bóg, który chce, aby ludzie byli szczęśliwi, a nie cierpieli. Tak jak napisałaś. Obawy spęłniły się. Zauroczyliśmy się sobą, zakochaliśmy się. Ja to przed ujrzeniem Ciebie. A co dalej? Prawnik. Rozwód. Ślub. Normalnie się wszystko odbyło.

Pierwszy post na Cytatach napisałaś dwudziestego dziewiątego lipca. Twoje posty były tak wyraziste. Dobrze, że miałem zwyczaj czytania tekstów, zwłaszcza nowych ludzi, a Ty mnie ujęłaś i Bóg chciał, że nie spieprzyłem wszystkiego na początku jakimś wulgarno - chamskim komentarzem, co u mnie jest normą. Lgnąłem do Ciebie, że zaproponowałem Ci byś do mnie przyjechała i byśmy poszli na zjazd klasowy. Ty w odpowiedzi napisałaś mi, że masz dla nas bilety na spektakl teatralny. Poszliśmy na spektakl. Pierwszy z wielu wielu.

Twój mąż umarł w ostatnich dniach marca, a ja wtedy leczyłem nerwy i psychikę nad Jeziorem Kańsko w Złocieńcu. Obydwie panie psycholog mówiły, że powinienem odejść i zacząć nowe życie. Tam było przecudnie, jeśli chodzi o naturę. Pojezierze Drawskie. A jednak nie wierzyłem wtedy, że we wrześniu będę nad innym cudnym jeziorem, na przeciwległym krańcu kraju.

Lipiec dwa tysiące trzynastego roku. Moszna. Pani doktor podczas rozmowy wstępnej mówi mi, że gdy za dwa lata dalej będę tkwił w tym chorym małżeństwie, to nie przyjmie mnie do szpitala.

2011 rok. Studiuje epikryzy wypisów ze szpitali. W Internecie szukam wyjaśnień niezrozumiałych słów i z przerażeniem, ale w sumie ze zrozumieniem czytam, że moje życie zmierza do samounicestwienia.

Jestem z Tobą bardzo bardzo szczęśliwy. Jesteśmy tutaj niechciani jak geje, ale tylko przez czynniki oficjalne i oficjalnie, bo tak w rzeczywistości, któż nie kibicuje naszemu szczęściu. Któryż z księży nie czyta moich miłosnych wierszy do Ciebie i każdy z nich rozumie - doktryna doktryną, a życie, to są fakty nie do zbicia. Miłość triumfuje.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.