1 grudnia 2020 roku, godz. 1:30 6,3°C

***

Szukamy bodźców (czy mogę o czymkolwiek myśleć bez gorzkiego posmaku w głowie, który artykułuje myśli), żeby na moment poczuć się żywymi (jakby ten posmak nadawał wszystkiemu dookoła bezsensu, czy faktycznie posmak taki pozostaje po spróbowaniu rzeczywistego świata, a może to pustka, w której upatruję bezsensu wszystkiego, może każdy musi się opowiedzieć po którejś ze strony - sensu, pomimo pustki a raczej - dzięki niej oraz bezsensu, który jest nieunikniony, chociaż czym jest ten bezsens, jeśli nie stanem wewnętrznym gorzkiego głosu i tak potocznie nazwanego głosem wewnętrznym?)

Szukam bodźców, by poczuć się żywy. Gdy one nikną, jestem martwy, nawet ciałem; wstaję, jem, chodzę, żyję, ale jestem skostniały. To skostniałe, martwe stworzenie nosi w sobie sens. Dogłębny oraz ukryty. Pewien zamysł - inaczej jeszcze - wizję, którą hołduje, w którą wierzy, w której próbuje się odnaleźć, ale powierzchowne sprawny - w nich niknie ta głębia, w której skostnienie ma sens i mam swoje bodźce, które jakoś mnie pobudzają - wyrywają, jednak jest to wstrząs tylko, nic więcej a tylko wstrząs, a lekkie impulsy kończą się rozczarowaniem, a mocniejsze znowu nie pokazują nic więcej, a tylko naturę rzeczy w rzeczy samej.

Jakbym nie umiał być, opowiedzieć się po stronie. Jakbym chciał pogodzić obie ze strony w sobie, zbliżyć niebo piekłu i piekłu uchylić nieba. Jakbym kim miał przez to być? Tylko kolejnym człowiekiem, który tworzył jakiś system ideologiczny, aż nabrał on sensu, a poprzez sens on zaczął w coś wierzyć, jego gorzki posmak w ustach, po gorzkim jak myśli głosie, nabrał sensu i przestał być gorzki. I mam znowu to wrażenie, że muszę ten głos wymyślić, okazuje się jednak - wymyślić - znaczy stworzyć w sobie, wymyślić, znaczy w odnaleźć w sobie. A potem wczuć się w ten głos i jego myśli, i podążać tym tropem, aż nie ucichnie, i szukać kolejnego głosu, z nim zrobić to samo; tak wygląda nonszalanckie, twórcze życie pozbawione właściwej tożsamości, jakiekolwiek. Definiuje mnie codzienność. To co robię, pochodzi z tego, kim jestem. To, kim się staje, wywodzi się z tego, co robię. Błędne koło. Przerwanie rutyny, jeśli się nie sprawdza, to wyjście z ciężkiego nałogu, w którym człowiek - uzależniony od osobowości, od ego, musi jakość wznieść się ponad to - być czujnym, mieć się na baczności, wykazywać skupienie, dyscyplinę, samokontrolę, trzymać się jasno wytyczonych myśli i badać siebie: jak każdy impuls w sercu podrywa go w różne strony, jak każdy wzwód zmienia perspektywę, jak każde, drobne słowo ze strony świata, ton, jakim zostało wypowiedziane, może wybić go z rytmu, wbić w emocje, zostawić zwierzęciem. W pierwocinach mojego życia ukryta jest siła, która mnie przeraża. Są takie chwile, że boję się samego siebie, chociaż, gdy jestem tym sobą to albo nie mam się czego obawiać, albo niczego się nie boję.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Jacob_Filth, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.