29 listopada 2011 roku, godz. 16:14  4,3°C

Jeden, dwa, trzy... i zawsze samotnie

Świetny dzień! Czekała na niego ponad osiem miesięcy. Z każdym kolejnym kilometrem czuła coraz większe ciepło, spływające po jej sercu jak miód po świeżej bułeczce. Znalezienie dla siebie czasu zawsze graniczyło z cudem, ale ten weekend miał być ich. Mróz na dworze trzymał już dłuższy czas, a śnieg co chwila dopruszał świeżą warstwę puchu. „Idealne warunki na weekend” - myślała dojeżdżając na miejsce. Parking pod schroniskiem był prawie pusty. Zatrzymała się jak najbliżej wejścia. Wyciągnęła z bagażnika torbę, deskę włożyła pod pachę i pomaszerowała do środka.
Stanęła przy recepcji czekając na kogoś, kto wręczy jej klucz. Miała nadzieję, że zdąży przygotować pokój przed przyjazdem Igora. Z zamyślenia wybił ją miękki, męski głos. Obróciła się. Przed oczami stanął jej wysoki mężczyzna, w którego oczach ujrzała wieki niewidziany blask.
- Nie poznajesz mnie? To ja, Jarek.
- Tak! Oczywiście poznaję. Ile to już lat…? - Z uśmiechem odpowiedziała. Nic się nie zmienił, mapa jego twarzy została taka, jaką zapamiętała osiem… dziewięć lat temu. Jak mogła zapomnieć? Przecież kochała go trzy lata liceum, studia, a nawet później nie było dnia, by coś... ktoś... nie przypominał go.
- Sama przyjechałaś?
- Tak… Nie... Czekam na... – urwała. - A ty?
- Z żoną i dzieciakami wyrwaliśmy się na urlop.
- W takim razie udanego wypoczynku.
Chciała to jak najszybciej zakończyć. To co było wróciło w jednej chwili, z bólem przeszywającym wszystkie myśli i uczucia, rozrywając je kawałek po kawałku.
W jednej chwili zaskrzypiały drzwi. Do holu weszła krucha blondynka z dwójką szkrabów. Jarek szybko podszedł do nich, wziął dziecko na ręce, pocałował żonę i ruszyli w kierunku pokoju. Klucz zawisł na palcu Sary. Z nieokreślonym żalem patrzyła jak idą schodami. Nie mogła się dziwić, że wybrał ją. Konkurować z kimś takim… Choć wiedziała, że nawet nie stanęła na starcie. Zrezygnowała. W jednej chwili przeleciało jej przez głowę dziewięć lat. Jak się dziś okazało dziewięć zmarnowanych lat.
Kucnęła przy torbach udając, że czegoś szuka. Łzy zaczęły powoli napływać do oczu. W tym czasie Jarek wrócił. Staną na schodach, w myślach próbując ułożyć rozmowę. Jego szczęśliwe życie nie pozwalało zapomnieć, że kiedyś i Sara była jego ważną częścią. Ich historia się urwała. Nie miała dobrego ani złego zakończenia. Nie miała żadnego, jakby nadal wisiała w powietrzu.
Sara nie wiedziała, że stał. Chwyciła bagaże z zamiarem przygotowania wszystkiego na długo wyczekiwany przyjazd Igora. Drzwi zaskrzypiały ponownie. Stanął w nich szatyn z rozczochranymi włosami i ciepłym uśmiechem. Oczy niczym dwa węgle przyciągały ją z końca korytarza.
- Jesteś! - krzyknęła z radością dziecka. Bagaże wypadły im z rąk z wielkich hukiem. Sara rzuciła się w ramiona Igora. Nogami objęła jego biodra, dłońmi zaś przywitała chłodną od mrozu twarz ukochanego. Pocałunek trwał lata świetlne, lecz dla nich były to zaledwie sekundy, które prześlizgiwały się miedzy palcami.
- Jak dobrze... - szeptała. - Mam już klucze, możemy…
Jarek w jednej chwili cofnął się, by go nie zobaczyli. Przeszyło go dziwne uczucie. Ostatni raz widział ją taką szczęśliwą w swoich ramionach. Ten widok miał mu zrekompensować wszystkie wyrzuty sumienia i niepewne noce. Pojawiła się jednaki i nutka zazdrości. „Jak mogłaby być szczęśliwa z kimś innym” - myślał. Wiedział, że w tym momencie jest egoistą. Wiedział też, że tak miało potoczyć się ich życie, że na naprawę jakichkolwiek błędów jest już za późno. Wrócił do pokoju z niepewnością tego co się stało i co stać się mogło później.
Weekend minął szybko. Sara i Igor czuli, że wykorzystali każdą możliwą sekundę do granic możliwości. W ciągu dnia chodzili na spacery, tarzali się we śniegu jak zakochane dzieciaki. Z deskami na nogach przewracali się na stoku i bawili, czując każda kroplę szczęścia wypełniającą serce i umysł. Wieczory przy kominku z gorącą herbatą dawały im nadzieję na wspólne życie. Mogli godzinami patrzeć na siebie, milczeć, rozmawiać i wiedzieli, że minęły wieki, a oni w końcu się odnaleźli. Gdy siedzieli wtuleni przy kominku, w głównym salonie, Igor zauważył niepokojące spojrzenia Jarka. Sara wyjaśniła mu kim on jest. Jaka była ich historia. Jak bardzo go kochała, jak tęskniła. Opowiedziała wszystko, również to, że Igor był tym mężczyzną, który pomógł jej zapomnieć o nim. Dzięki niemu przestała tęsknić, przestała go kochać. Chwilami zastanawiała się czy czasem Igor nie był tylko lekarstwem na zapomnienie. Czy nie krzywdzi tym siebie i jego. Jednak dziś była pewna jednego. Kochała Igora. Kochała dojrzale i szaleńczo jednocześnie. Wiedziała, że nie był lekarstwem… nie była już chora. Widziała jak się starzeją, jak wychowują dzieci, jak się kochają i wspierają. Widziała wszystko. Dostrzegała również to, że każda jej myśl o wspólnej przeszłości po powrocie do domu zaginie.
Zbliżał się dzień odjazdu. Sara zeszła na chwile do salonu. Włączyła komórkę, by sprawdzić co się działo w czasie jej dwudniowej nieobecności. Kilka wiadomości sms, nieodebranych połączeń. Chwilę siedziała zamyślona, gdy nagle rozległ się dźwięk telefonu. Patrzyła na ekran chwile nim odebrała.
„Tak, konferencja już się skończyła. Zaraz będę wyjeżdżać…", „ Oczywiście kupię…", „Co u Antosi?..", „Ucałuj ja mocno i powiedz, że dziś mamusia poczyta kopciuszka…", „Dobrze kochanie… ", „Tak ,ja też”. Rozłączyła się. Oczy zaczęły robić się coraz bardziej wilgotne. Nie trzeba było kończyć uniwersytetów, by wiedzieć, że rozmawiała z mężem, że go oszukiwała, i że nieszczęśliwe życie sprzedawała za grosze.
- Sara – odezwał się jakiś głos. - Wszystko w porządku?
- Dużo słyszałeś?
- Wszystko - odpowiedział Jarek.
- Nie oceniaj mnie. Nie umiałam bez ciebie znaleźć szczęścia… Zawsze byłeś… zawsze będziesz dla mnie kimś bardzo ważnym… Przykro mi.
Łzy spłynęły jej po twarzy. Poczuła się jak nastolatka. Kiedyś każdą łzę ocierał on, dziś zostało mgliste wspomnienie. Dziś była sama.
Rozmawiali jeszcze chwilę. W końcu udało im się zakończyć związek. Jak przyjaciele, w zgodzie, bez żalu i niedopowiedzeń. Jednak ani jedno ani drugie nie chciało więcej się spotkać. Nie wymienili się telefonami, adresami. To było dla nich idealne zakończenie niespełnionej miłości.
Sara wróciła do pokoju po bagaż. Igor stał już spakowany.
- Musimy jechać – westchnęła.
- Kiedy się znów zobaczymy?
- Nie wiem, ale będę dzwonić.
- Sara...
- Tak.
- Wiesz, że cię kocham.
- Jasne – uśmiechnęła się z pewnością, że to co mówi jest prawdą.
- Gdybym tylko wiedział, że na mnie czeka ktoś taki jak ty...
- Przestań - przerwała mu. - Tak miało być. Ty masz swoją rodzinę, dzieci… ja swoją. Dziękuję Bogu, że dał mi szansę cię poznać. Wiem, że nie robimy dobrze, lecz mimo to jestem szczęśliwa wiedząc, że jesteś gdzieś obok. Boże! Gdybym tylko wiedziała…
Igor przysunął Sarę do siebie. Zaczęli się całować zatracając się po raz kolejny w swoich ramionach. Igor otarł łzę, która spłynęła po jej bladym policzku. Na podłogę szybko zaczęły padać kolejne części garderoby. Wiedzieli, że znów może minąć pół roku, może nawet rok zanim znów na siebie spojrzą. Zanim poczują swój oddech i ciepło ciał. Kochali się tak, jakby to był ich ostatni raz. Uwielbiali tonąć w swych ramionach, zatapiać się w rozmowach i wierze, że kiedyś los pozwoli im ułożyć życie inaczej. Dziś dzieliły ich setki kilometrów. Dziś nie mogli... nie mieli szans.

I.Anna Iwona
 30 maja 2012 roku, godz. 12:56

Poznałam dziś kolejne opowiadanie. Dobrze się czyta miedzy jedna a druga sprawą do załatwienia dziś. Dziękuje Ci, za to jak piszesz i dziś myślę że trochę, czegoś dla mnie ważnego, mam Ci do zawdzięczenia.

słoneczniki Joanna
 29 lutego 2012 roku, godz. 16:51

Wow... +

Albert Jarus Albert
 29 listopada 2011 roku, godz. 16:42

Jak to mówią baby "chce byc pierwszą lub ostatnią ale nigdy jedną z wielu" coś w tym jest że dwójki to pomost między początkiem a końcem.

Sheldonia Laura
 29 listopada 2011 roku, godz. 16:27

Genialne. Bardzo mi się podoba, fajnie mi się czyta każdy Twój tekst. Cholerne jedynki, dwójki i trójki... Tak mi jakoś smutno, że te dwójki są tak bardzo niedoceniane.