13 czerwca 2021 roku, godz. 14:55 9,6°C

Z sepii wybudzone wspomnienia

Stara fotografia w kolorze sepii.
Spogląda z niej mężczyzna w mundurze ułańskim i lancą przy boku oraz ostrogami przy butach. Pod nosem ma sumiasty wąs.
Anna z tamtego okresu nie posiadała żadnego zdjęcia. Kobieta niskiego wzrostu zawsze krzątała się pomiędzy kuchnią, polem a gospodarstwem. Codzienny obrządek wyglądał jak plan rozbudowy miasta po wojnie. Plan na lata. Logistyk "Życie" żadnej reformy nie przewidywał.

Prababcia Rozalia służyła w majątku dworskim. Brzuch ukrywała pod spódnicami, a jak przyszedł czas, urodziła pośród koni i porzuciła niemowlę w żłobie na sianie. Malutkie zawiniątko znalazł stajenny i zaniósł je do dworu. Kobietę znaleziono martwą na polu pośród bruzd. Niestety, łożysko nie wyszło z niej i wykrwawiła się na śmierć.
W tym samym czasie panu we dworze także urodził się syn. Jego żona miała na tyle pokarmu, że starczyło dla obydwu niemowlaków. Znajdzie dano imię Jędrzej.
Przygarnięty rósł jak na drożdżach i nie sprawiał kłopotów. Majątek stał się jego domem. Natomiast syn państwa – Michał od początku zalegał na zdrowiu.
Wożono go po doktorach, znachorach, do wód za granicę, a mimo tego był wątły i słaby. Powoli gasł w oczach i w wieku czternastu lat zmarł. Jego śmierć wszystkich boleśnie dotknęła.
Dziadek ciężko przeżył odejście swojego mlecznego brata. Pani rozpaczała w samotności, a jej mąż całą miłość przelał na dziadka. Jędrzej chciał państwu wynagrodzić żal po stracie jedynego dziecka, pracował i na swój sposób kochał przybranych rodziców. We wsi szeptano, że chłopiec wypisz – wymaluj był jak ojciec.
W tysiąc dziewięćset dziewiętnastym roku został powołany do wojska i wysłany na front. Po czterech latach powrócił w swoje rodzinne strony. Razem z panem wspólnie odbudowywali dworek i powoli zaczęli budzić majątek do życia.
Jędrzej został nadleśniczym. Przystojny młodzieniec smalił cholewki do Anny. Kiedy swaty zostały przyjęte i złożyli przysięgę przed Bogiem, zamieszkali w leśniczówce z dala od wioski. Żona wniosła niewielkie wiano: trzy morgi pola, pierzynę i kufer lnianej bielizny oraz kilka glinianych garnków.
Kobieta i nie kobieta. Kochała niewspółmiernie i pracowała jak koń w kieracie, rodziła i wychowywała dzieci: najstarszą Helenę i następną Stefanię urodziła w domu na łóżku przy pomocy „babki bocianowej”. Kolejna ciąża zakończyła się poronieniem. Jadwiga przyszła na świat na polu przy zbieraniu kartofli, a Maria w styczniową mroźną noc. Babcia mówiła, że śnieg zakrył wszystko, a siarczysty mróz ponad 36 stopni zmroził drogi na kość. Nie dojechała akuszerka. Sama musiała się oporządzić.
Cztery córki i brak męskiego potomka nie zadowalało Jędrzeja. Kolejne poronienie, poród niewczesny i bolesne uwagi w stronę Anny. To wszystko poszło w niepamięć, kiedy na świecie pojawił się upragniony Michał, który imię otrzymał po mlecznym bracie. Przyszedł na świat w dzień Matki Boskiej Zielnej, kiedy na polach trwały żniwa. Jędrzej z radości mało nie oszalał. Pępkowe trwało ponad trzy tygodnie.
Na tym Anna zakończyła okres rozrodczości, mimo że miała dopiero trzydzieści cztery lata. Jak sobie radzono z zapobieganiem ciąży? Tego nie wiemy. Chociaż najstarsza Helena opowiadała, że często w domu gościła wiejska akuszerka. W ten czas wszystkie dzieci zamykano w komorze.
Szczęście przerwała druga wojna światowa, rozeszły się wieści o podpaleniach i likwidowaniu Polaków na Wołyniu. Łuny pożarów zbliżały się do Kamionki. Dzień przed rzezią jeden z sąsiadów – Ukrainiec, ostrzegł dziadka o zaplanowanym mordzie Polaków. Przerażony Jędrzej wiedział, że musi ratować rodzinę i pod osłoną nocy uciekł na zachód. Zatrzymał się nad Wisłokiem w Rzeszowie. Kiedy ucichły strzały i pożoga wojenna dobiegła końca, postanowił powrócić w rodzinne strony. Jednak nigdy nie wrócił do swojej leśniczówki, chociaż bardzo za nią tęsknił. Jego głos załamywał się, gdy opowiadał o tamtych latach spędzonych w Kamionce.

– Naaa koń!
Słowa komendy rozpoczynały każdą jego opowieść o minionych latach:
…o Kalinie klaczy złoto gniadej ze strzałą jak śnieg białą,
biegnącą od czoła aż po chrapy.
Zielone oczy dziadka szkliły się i zamierały na chwilę,
by powrócić sumiastym uśmiechem, by malować portret ukochanej.
Opowiadał dalej… pęciny tylnych nóg jakby były umoczone w gęstej śmietanie.
Fanaberie dziwne i nieposkromione miała, jak kobieta potrafiła po przebyciu duktów, barów, owerów i fortepianów zrzucić jeźdźca.
By potem z rozwianą grzywą gonić jak szalona
z wyczesanym ogonem, a rytm odbijał jak wahadło zegara w obydwie strony.
Stąpała niczym baletnica, dostojnie i cicho: step, kłus, galop.
W świecie pełnego woni tajemniczego instynktu, nieprzepartych trwóg, zielonych traw i spalonych popiołów…

https://www.youtube.com/watch?v=Fm6NZsmS7TY

Victoria Angel
 21 czerwca 2021 roku, godz. 10:02

Będzie dalszy ciąg?... :-) Pozdrawiam.

Recerz Max
 14 czerwca 2021 roku, godz. 21:13

Poczułem się jak w Konopielce. 😉 Dobrze napisane.

zielonakredka ula a może marta  15 czerwca 2021 roku, godz. 7:50

Witam. Oj tak Konopielka pewnie mogła by być w tym samym czasie.

Dziękuję i pozdrawiam