22 lutego 2021 roku, godz. 7:58

DEPRESJA cz. 2

Schodzisz piętro w dół. Idziesz do łazienki. Długie sikanie i wielką ulgę powoduje to długie sikanie. Minuta, w czasie której oczy odruchowo lustrują świat za oknem. Próbujesz zrozumieć mimo wszystko ten dzień. Wysiłek myśli. Chmury. Wschodu nie będzie. Wschód byłby pomocny. Godzinne czekanie i wpatrywanie się w wędrujące kolorowe chmury, na barwy chmur zmieniające odcienie co kilka minut i kształty kolorowych obrazów. Trzeba będzie sobie inaczej poradzić. Jest prawie ciemno. Ptaki jeszcze śpią. Ogród jest milczeniem. Uświadamiasz sobie, że sypie śnieg. Chwila skupienia i masz to. Uruchamiasz ciąg dalszy. Zimna woda więc na twarz. Zbiegiem staje się lodowata, zatem otrzeźwiająca. Pasta, tak pasta. Szczoteczka? Tak. Jest. Połączyć. Zęby, ich szorowanie. Wreszcie odkładasz szczoteczkę i płukasz zimną wodą usta, a przy okazji znowu myjesz twarz. Poruszone nozdrza, więc oczyszczające smarkanie się nasuwa. Bierzesz papier i przykładasz do mokrej twarzy, obejmujesz nim nos. Smarkasz z całych sił i głębi. I znowu ulga. Milimetr ulgi w bólu ciała i ducha. Koza z nosa, płucom lżej. Ot taki pomyślunek, ale fakt i naprawdę ulga, oddech pełniejszym. Może nawet jakieś coś odpowiedzialne za strach i ból wydmuchane. Teraz co dalej? Aha! Szlafrok na hak. Mmmmmm...majtki, majtki na tyłek. Koszulka. Co koszulka? Aha, koszulka na korpus. Jezusie. Idzie wreszcie. Spodnie dresowe na szkity i skarpetki po same pęciny. Mamy to.

Z automatu do kuchni. Woda do czajnika, czajnik na podstawkę zasilającą. Nie! Przecież herbata jest w dzbanku,tylko co? Wstawić na kuchenkę, powoli przychodzi myśl. Krok w tył. Faktycznie jest na korkowej podstawce, no to na piec i trzeci poziom pokrętłem. O Boże! Zaćma. Ciemno w oczach i gorąc nad skroniami. Zakręciło się w głowie. Strach uruchamia mechanizm obronny. Stajesz jak wryty. Obronić się. Nie upaść. Wróć, wróć, wróć. Jesteś. Chleb. Krój chleb. Gdzie ten chleb? Aha w koszyczku w szafce na wysokości twoich oczu. Zaskoczyło nagle i wiesz. Kroisz kromki. Na kromki masło, potem do parapetu i rwiesz kilka dorodnych szczypiorów z dymki. Pod kran z nimi i na deskę. Nie utnij palców, znowu więc strach powoduje przypływ koncentracji. Na masło z nim. Składasz kromki i zaraz rozkładasz. Przecież radamer pomiędzy trza. Radamer? Radamer, aha! Lodówka, więc do lodówki, na szczęście jest zaraz na wysokości wzroku i rozpoznajesz. Albo coraz lepiej albo misz masz mózgowej degrengolady, slalom specjalny - raz wiesz, raz nie wiesz i muldy z chwiejnych nóg. Teraz go ukroić. Ukrojony. Włożyć pomiędzy i znowu przekroić kromki. Wyprzedzające tłumaczenie sobie i opisanie mających nastąpić czynności działają. Fala bólu w międzyczasie w klatce piersiowej i w podbrzuszu, rozchodząca się na boki do nerek. Ale z rozpędu jednak kanapki do woreczka.

Skwierczenie herbaty narastające uprzytomnia ci, że trzeba zalać kubki herbatą, aby nie była gorąca. Na jej wypicie zostanie jakieś cztery minuty. Kubki z herbatą na stół i siadacie. Pijecie. Jeszcze kostki gorzkiej czekolady z orzechami laskowymi. Przywracanie witamin, magnezu i energii. Rutinacee też, z witaminą D3 i selenem, cynkiem i jeszcze czymś. Uświadamiasz sobie, że od wewnątrz wargo robi ci się delikatne "zimno". Wirus opryszczki> Wynik osłabienia z ostatnich godzin. Robi się w ustach, nie na zewnątrz. Niepokoisz się. Tego jeszcze nie było. Charakterystyczny drażniący rodzaj bólu. Rozpoznajesz, ale żeby wewnątrz?!
- Masz wrzoda pod uchem - słyszy głos żony wyrywający go z wewnętrznych lęków wynikających z opryszczki wewnątrzustnej.
- Znowuż cholerstwo.
- Nie martw się. Wycisnę zaraz.
- Musimy kupić skalpele.
Wyciskanie zielono-żółtej i przekrwawionej konsystencji boli sakramencko, ale nic to przy jakimkolwiek bólu zębów. Coś się dzieje. Zapominasz o bólach w klatce piersiowej i miednicy. Czujesz wreszcie zapach ziół i ognisty ból pod uchem, to amol wżera się w jądro czyraka.

Zaczynają się wiadomości. W pół do siódmej. Podnosisz się z krzesła i tym razem już wiesz, że trzeba wziąć z blatu mebli kuchennych skrzydło kury dla kota. Schodzisz z nim na parter. Skrzydło do miski w kotłowni. Wracasz do holu i idziesz do drzwi wejściowych. Otwierasz je. Kotka jest już. Siedziała na progu. Wparowała do domu, że uderzyła głową w twoją piszczel. Biegnie do kotłowni i zatrzymuje się w progu kotłowni. Czeka aż ją pogłaszczesz i dopiero wtedy robi kilka kroków do przodu i zanurza pyszczek w misce, a zęby w skrzydle. A ciebie ta scena nagle rozkleja, czujesz wilgoć w oczach i suchość w przełyku. Chwila czułości między człowiekiem, a zwierzęciem i totalna zmiana nastroju, wbrew tobie, wbrew jakiemukolwiek sensowi. Jak? Skąd? Głębokie oddechy i w miarę opanowywujesz się. Wzruszenie poza twoją świadomością znowu odebrało siły i zachwiało pewnością. Co robić? Aha. Przecież do garażu. Idziesz. Ostrożnie powoli, wręcz opierasz się o trampoliny skocznię, tej dziecięcej ogrodowej. Żeby się nie zachwiać i nie urwać lusterka w aucie. Otwierasz garaż, otwierasz bramę. Po chwili uświadamiasz sobie wiatr i duży kilkunastostopniowy mróz. Zaczynasz oddychać pełną piersią, aż głośno oddychasz, ależ to wspaniałe. Czujesz gwałtowny napływ energii i nagle następuje fala szczęścia i euforycznych myśli, że będzie dobrze, dasz radę, zaraz wszystko minie. Trochę cię wystopowywuje ból szczęki i przypomina się szczękościsk - bruksizm, czyli klasyka łesternu, któremu symbol F48.0 lub F 41. 1 do 3. Czasem je łączą w bezradności, ale na szczęście kres trudnym epikryzom kładą tabletki, które na szczęście prześwietnie rozwiązują lekarskie dylematy, a przy okazji oczywiście dolegliwości pacjentów. Dużo tego, przebłyskuje ci myśl. Dużo tego jak na jednego chorego, jak na kilka godzin z jednej doby. Odchylasz głowędo tyłu. Niech płatki śniegu po prostu wpadają na twarz, za kołnierz. O ku.wa! Drżysz.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.