14 lipca 2021 roku, godz. 8:04 1,9°C

- tytuł roboczy -

Rozdział II

Był podróżnikiem od lat. Astralnym wizjonerem, którego senne myśli wędrowały po najdalszych zakątkach ludzkiej psyche. Upodobał sobie te strefy, które psychologie określili mianem nieświadomości zbiorowej. Tam właśnie ukryto wszelkie symbole, metafory, przestrzenie tak boleśnie zakorzenione w postrzeganiu i rozumowaniu ludzkim, które rzutuje na interpretację świata, iż było to miejsce doskonałe do eksploracji. Nie było natomiast niczego, co mogłoby go obecnie przerazić. Bywał w miejscach dalekich. Odległe, obdarte ze złudzeń pustkowia naiwności, na których żerowało tyle pokoleń kapłanów i władców, nagie pustkowia naiwności, pośród pustynnego bezsensu, na którym wszystko, co ludzkie umierało, w poczuciu bezsilności i niespełnienia.
Sam nie był pewien, jak zaczęło się to wszystko. Nie był do końca przekonany, czy wszystko to było prawdą. W końcu nie istniała obiektywna i namacalna różnica pomiędzy tym, co przeżywał, a faktem, iż działo się to wyłącznie w jego umyśle. Był skłonny stwierdzić, iż to nie inne miejsca wpuszczają go do swego środka, ale iż umysł ludzki, który jest równie bezkresny, co wszechświat, pozwala innym światom na to, by pojawiły się w jego świadomej przestrzeni. Nie wywodził się w prostej, ani też krzywej, zapewne, linii od innych, astralnych podróżników. Po prostu pewnego dnia, wiele lat temu, postanowił oddać się sztuce medytacji, pracować nad tym, by osiągnąć świadome śnienie, co stało się portalem do innych światów.
Nie planował jednak nic z tego, co przeżyłem na przestrzeni ostatnich kilku lat. W miarę jednak, jak rozmyślał nad wszystkim, co miało miejsce, rzekomo tylko pośród spragnionych wrażeń i doznań myśli, rozumiał, jak subtelnym, ale też stereotypowym narzędziem stał się sam język. Wtedy dopiero prawdziwie pojął, iż język jest powodem, dla którego człowiek posiada w sobie tak wiele przekonań, uprzedzeń, przeszłych naleciałości, utartych szlaków myślowych, które mają swój początek w przysłowiach, porzekadłach, w powielanych wzorcach myślowych, które prezentuje jakieś sztampowe sformułowanie, stwierdzenie. Wtedy zrozumiał, iż cały język, z bogactwem określeniem, definicji jest tak bardzo ubogi, odległy prawdziwe, tak cholernie samotny pośród myśli, za którymi tak naprawdę nie nadąża i nigdy nie będzie w stanie ich dogonić. Może rozpaczliwie schwytać jedną, może dwie, podążać ich szlakiem, ale prawda jest taka, iż jeśli jakaś myśl naprawdę staje się myślą, nie posiada ona tylko jednego toru, ale rozgałęzia się na kolejne myśli, te z kolei rozgałęziają się na więcej, dlatego wszystko, co ma trzon, kręgosłup, rdzeń, każde rozumowanie, które w swych przemyśleniach skrupulatnie odcina kolejne rozgałęzienia myśli, by nie wybiec zbyt daleko od meritum, nie dać zwieść się na manowce, gdzie umysł zaczyna błądzić, a język desperacko rzucać coraz to mocniej abstrakcyjne słowne zlepki myśli; każde to rozumowanie jest tylko przekonaniem, które rzekomo ma zyskać status racji poprzez wystarczającą ilość argumentów, także tych, które zaczerpnięto z rzeczywistości. Jednak każde rozumowanie, tak naprawdę, nie powinno służyć temu, by przekazać jakieś prawidła lub racje, każde rozumowanie powinno być tak naprawdę przedstawieniem tego, jakie zdolności analityczne posiada umysł ludzki. By jednak istniała możliwość prezentacji tego, nie może istnieć zapis, który prezentuje powolne odcinanie gałęzi myślowych, by zachować sam trzon – pień, nie, nie może tak być, by głównym celem człowieka w jego rozumowaniu było przedstawienie racji i przekonanie do samej racji jak największej liczby ludzi. Tym bardziej nie może być tak, że człowiek, gdy uzna, iż jego przekonanie nabrało już formy racji, pragnie rację tą przekuć w prawdę, aż ta zyska miano absolutu. To metafizyczne dążenie, egoistyczna chęć przedstawienia nagiej, metafizycznej, dogłębnej prawdy jest w gruncie rzeczy tylko śmiesznym przejawem ludzkiego zadufania. Myśleć, że istnieją jednostki wybrane do poznania prawdy, by następnie głosić ją światu? Dawać na tacy to, co zawiłe, dogłębne i duchowe, mówiąc jednocześnie o objawieniu, siebie określać jako oświecony byt, jest naprawdę cholernie puste i śmieszne, a przy tym tak bardzo ludzkie. Filozofia, której głównym celem jest ukazanie prawdy, przekazanie racji, stworzeniem spójnego systemu myślowego niczym nie różni się od żadnej ze sztuk. Każdy dysponuje podobnymi narzędziami, jak w malarstwie są to farby, pędzle, tak w filozofii umiejętność rozumowania, analizy wniosków, ale też powinna być to umiejętność samemu sobie stawiania kontrargumentów. Jeśli istnieje jakaś filozofia, która jest faktycznie prawdziwa, to nie posiada ona racji, nie przedstawia jednego punktu patrzenia, nie jest czymś, co można określić jako spójne i kompletne, prawdziwa filozofia to wieczny brak odpowiedzi, nadmiar rozmyślań i pytań, to intelektualna nerwica, która nigdy nie przyniesie finalnej odpowiedzi, a ukaże tylko szereg procesów, jakie mają miejsce w chwilach intensywnego rozmyślania, by udowodnić, że to, co dogłębne i prawdziwe, nigdy nie będzie filozoficzne, bo filozofia jest tylko językiem. Tym samym, wolnym i zagubionym językiem, który nigdy nie nadążał za natłokiem myśli.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Jacob_Filth, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.