9 lipca 2021 roku, godz. 8:36 4,0°C

- tytuł roboczy -

Rozdział I (poprawiony)

Był blisko. W towarzystwie dwojga dusz, które niegdyś patrolowały Stare Urwisko, obecnie jednak, spragnione ludzkich uczuć, żerowały na Podróżniku; kierował się w stronę Kanionu. Każdy dzień podróży był niewidoczną formą wewnętrznej, stopniowej śmierci. (Palce czasu zanurzone w gorzkim ciele. Od kiedy pamięć sięga pierwszych promieni słońca, bóstwa przemawiały do nas za pośrednictwem niezliczonych myśli, dróg i sposobów. Jestem wyobcowany. Sęp nade mną czuwa. Jeśli liczy na coś miękkiego, w czym można zanurzyć dziób, spić reszki krwi, co zakrzepły w żyłach, gdy ucichło życie wraz z tętnem; moje niezdarne uczucia.) Nie był w stanie przewidzieć, czy tak intensywna podróż, w trakcie której tych dwoje dusz wyżera jego emocjonalność, nie odbije się negatywnym echem na dalszym, spokojnym już życiu, jakie planował wieść po powrocie z podróży.
Od pewnego czasu miewał sny o wiele bardziej intensywne. Być może jego psychice udało się znaleźć sposób, by rzeczy dla niego ważne, wartościowe, upchać w metafizyczny, prywatny świat majaków. (Wszystkie te zlepieńce, rzucone pod nogi, oskarżam was o poczucie winy, ja nadęty i dumny, zapominalski człowiek, który pokochał życie mocniej, niż na to zasługuje, ślęczę właśnie nad kawałkiem pustej strony, w nadziei, iż odnajdę tam właśnie to życie, które było tak bliskie mojemu sercu.) Jeśli tak było, coraz częstsze koszmary, muszą być dowodem, iż wiecznie głodne dusze znalazły drogę do jego azylu.
Ten jeden koszmar był szczególnie wyraźny, a jednocześnie intensywny. Stał obok wysokiego drzewa. Korzenie wplątanego w jego stopy. W ustach miał pąki kwiatów, we włosach młode gałązki. Zespolony z tym drzewem wiedział, iż musi strzec owocu, który nań rośnie. Jakiś cień czyhał za plecami. Nie był jednak w stanie się odwrócić. Paraliżował go lęk. Wreszcie, co było okupione ogromnym wysiłkiem, niemal całkowitą utratą przytomności, odwracał głowę. Wtedy cień chwytał owoc i go pożerał. Miał wrażenie, iż jednocześnie ktoś pożera jego serce, kęs za kęsem pozbawia wspomnień. Potem przychodziła jego żona. Nie miała twarzy. Czuł jednak, iż sprawił jej zawód. W pierwszej chwili był zły na samego siebie, jednak zaraz potem nie pozostało nic innego jak obojętność. Budził się wtedy z krzykiem, który dusze wychwytywały. Przez chwilę patrzyły pustym wzrokiem w jego oczy, potem zdawały się uśmiechać. Mówiły coś do siebie, chociaż ich mowa przypomina bardziej świst powietrza, niż język, po czym odwracały się w stronę celu podróży i z wolna tam właśnie ruszały. A on podążał za nimi.
Wszystko, co dotychczas słyszał o duszach uwięzionych w Rdzawym Parku, było legendami. Nie spodziewał się spotkać żadnej w trakcie swojej podróży. Najwierniejsze temu, co faktycznie odczuwał, jak również sposobowi, w jaki dusze się zachowują i komunikują, była niewielka książka, a raczej coś na wzór dziennika spisanego odręcznie. Znalazł go przed laty w jednym ze starych antykwariatów. Właściciel, zaskakująco młody i oczytany, którego śmiało określić można handlarzem, nie chciał jej sprzedać. Dlatego całą przeczytał na miejscu, po czym rozkojarzony spojrzał w oczy handlarza, a ten z dziwnym uśmiechem odpowiedział, iż nie warto w to wierzyć, bo słowa te spisał wariat, który teraz przebywa w szpitalu psychiatrycznym na oddziale zamkniętym. Jak to nazwał, to nic innego jak metaforyczny obraz toksycznej relacji, w której tamten trwał zbyt długo, narażony na negatywny wpływ emocjonalnych wampirów, które żywiły się tym, co czuje. Jego wrażliwość musiała im widocznie doskwierać, a dusze opisane w dzienniku są niczym innym, a zepsutym i pozbawionym empatii człowiekiem.
Wtedy też pierwszy raz zaczął rozważać swój mały koncept, iż wcale nie są pozbawione empatii, te ludzkie poczwary, które żerują na innych, a jedynie odruchy, które ludziom wydają się oczywiste i naturalne, dla nich są obce, natomiast ich zdolność odczuwania tego, co czuje druga osoba, musi być silniejsza, bardziej intensywna i wyostrzona, by lepiej mogły poczuć smak każdego z uczuć. Jakież to miało teraz znaczenie? Nie mógł pozbyć się myśli, a raczej wspomnienia, które stanowi mniej lub bardziej dosłowne zakończenie wspomnianego dziennika. Człowiek ten pisał, iż sposób żerowania dusz na człowieku, podzielony jest na kilka etapów. Mają one swoje ulubione uczucia, poszukują tego, co ludzie nazywają wspomnieniem, natomiast one mówią o tym łakomy kąsek. Dlatego w pierwszej kolejności żywią się samymi emocjami. Wykradają te pozytywne. Aż człowiek powoli obojętnieje. Staje się niewzruszony, przestaje mu na czymkolwiek zależeć. Następnie, gdy człowiek staje się niby w środku martwy, powoli zaczynają wykradać wspomnienia. Te mało ważne i błahe. Gdy nieco się rozochocą, zaczynają żerować na negatywnych emocjach. Gdy to robią jednak, człowiek zaczyna je przeżywać intensywnie. Smutek, rozpacz, desperacja, złość, nienawiść, bezsilność. Stawiają człowieka na skraju szaleństwa, by następnie rzucić się na jego wspomnienia. Odrzeć go z wszystkiego, czym dotychczas był. Obryzgają jego osobowość, skrawek po skrawku, aż dochodzą do jądra, do esencji, do tego, co filozofom spędza sen z powiek, a ludziom religijnym towarzyszy jako potwierdzenie wyjątkowości. W końcu człowieka, który postradał już zmysły, pozbawiają duszy. Co dzieje się z takim człowiekiem? O tym nie można powiedzieć, tak samo jak autor dziennika nie był w stanie, bo zamknięty w psychiatryku, nigdy nie doświadczył tego, co przeżywa człowiek pozbawiony duszy. Wspomniał jedynie, iż poczuł w środku coś, jakby zimne dziąsła, które zaczęły ssać jego duszę, a on teraz jedyne, co czuje, to wewnętrzny chłód, którego nic nie ukoi.
Nie wie, ile mogę mieć czasu. Nie wie, czy dusze zostawią go w spokoju, skoro jest dla nich tyle co rozpoczętym daniem. Kanion oddalony jest kilka dni drogi. Finalnie, być może uda mi się stąd uciec.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Jacob_Filth, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.