10 kwietnia 2019 roku, godz. 14:48 1,9°C

KANAPKA

Przyniosłaś wczoraj z powrotem do domu kanapkę, którą Ci rano zrobiłem do pracy. Składała się z chleba na naturalnym zakwasie i solonego, a środek wypełniłem masłem i wędliną - indykiem w galarecie. Przyszło, że ja zjadłem tą kanapkę i było to doświadczenie z kategorii tak zwanego nieba w gębie. Po dziewięciu godzinach chleb z naturalnych komponentów przesiąkł też smakiem i zapachem masła oraz wilgocią galarety i zawartego w niej indyka. Smak i zapach wędliny też przemieszały się z pozostałymi zapachami i smakami, a całość była po prostu doznaniem niesamowitym i niewypowiedzianym, tak bardzo bardzo smacznym.

To zdarzenie wczorajszego popołudnia przypomniało mi chwile sprzed trzydziestu i więcej lat, kiedy robiłem sobie rano czy popołudniu kanapki na wieczór. Rano przed wyjazdem do szkoły lub po południu, po obiedzie, kiedy potem szedłem pracować w lesie lub paść krowy na leśnych i polnych drogach lub leśnych polanach albo nad licznymi śródpolnymi rowami. Wtedy czasy były zdecydowanie lepsze, bo żadnemu piekarzowi nie przyszłoby do głowy dodać polepszacza do ciasta chlebowego czy do ciasta, z którego wypiekał potem bułki, bo zapadł by się ze wstydu lub sanepid po prostu zamknął by mu piekarnię, a wymiar sprawiedliwości skazał na wieloletnie więzienie za próbę masowego mordu. W chlebie od czasu do czasu znajdowaliśmy zakrętki z butelek od wódki, co po naszych interwencjach kończyło się dotkliwymi karami finansowymi dla piekarzy - wtedy głos klienta miał znaczenie, bo zresztą wybryki takie były bardzo niebezpieczne dla zdrowia i mogły się fatalnie skończyć dla przełożonych piekarzy alkoholików.

Robiłem sobie na kolacje cztery kanapki. Kromki smarowałem żółtym masłem od naszych dwóch krów. Smak tego masła był o wiele intensywniejszy niż tego teraz kupowanego w dzisiejszych sklepach i supermarketach. Na masło kładłem pokrojone wcześniej pomidory, najczęściej malinowe, w okresie letnim ze swojego ogrodu warzywnego, który był dość sporym zagonem. Na pomidora kładłem grubą warstwę szczypioru od cebuli lub najlepiej samą cebulę krojoną w grube plastry. Zostawiałem tak przygotowane kanapki w biały rzeźbionym poniemieckim kredensie i wieczorem miałem danie proste i przepyszne. Pomidory puściły sok, cebula puściła sok, że cała kanapka była aż wilgotna, a zapach i smak, który na zawsze zapamiętam i zabiorę do wieczności. Oczywiście przyprawiałem jeszcze całość solą i pieprzem. Swoistą odmianą tej kanapki była wersja, w której zamiast masła dawałem smalec. A jak już jesteśmy przy smalcu, to oczywistą oczywistością jest, że tworzyłem kanapki ze smalcu ze skwarkami i cebulką, kładąc na to smarowidło i kromki kiszonego ogórka, otrzymując również arcydzieło polskiej sztuki kulinarnej. Wtedy byłem bardzo ruchliwym człowiekiem i spalanie miałem nieprawdopodobnie i ile bym ich nie zjadł - tych kanapek, to byłem chudy jak szczapa drewna.

Jeszcze wspomnę tutaj o jednym rodzaju kanapek. Też bardzo prostym, a bardzo bardzo smacznym. Na chleb rozsmarowywało się po prostu śmietanę i posypywało ją cukrem. To wszystko i było to jedzenie przesmaczne i bardzo bardzo sycące, chyba najbardziej przeze mnie uwielbiane w okresie dzieciństwa. Potem przyszedł właśnie czas fascynacji kanapkami z pomidorem i cebulą.

Kiedy pojadłem, to już tylko umyć się i siadaliśmy przed telewizorem, a potem ja zdecydowanie już wybierałem radio i audycje redaktorów Kaczkowskiego, Niedźwieckiego, Beksińskiego, Webera, a potem wędrowałem na poddasze domu, gdzie było składowane siano i tam spałem. Piękny beztroski czas. No prawie...

fyrfle Mirek
 11 kwietnia 2019 roku, godz. 12:33

Jeszcze raz serdecznie dziękuję. Cieszę się, że komuś sprawiłem radość i ten ktoś napisał to. :)

fyrfle Mirek
 10 kwietnia 2019 roku, godz. 16:11

:) pozdrawiam i smacznego Lila:)