12 stycznia 2021 roku, godz. 10:17 19,8°C

POWROTY DO LESBOS

Przyjechałem do kotliny na początku jesieni 2015 roku, bo mnie ktoś pokochał i ja pokochałem ją. Rzuciłem 50 lat na Dolnym Śląsku i wiele innych dogmatów, sakramentów i najważniejsze - ludzi rzuciłem w cholerę. Szybko się okazywało, że ciemnogród, to był tam, a tutaj, wbrew powszechnym opiniom jest słodycz Babilonu i nieskrępowanie obyczajów Sodomy i Gomory, zatem papież stąpał owszem po tej ziemi i wszyscy się z tego cieszą, ale życie jest po to, aby płatać mu figle, czyli do kościoła iść trzeba i dbać oń zgodnie z piątą bumagą kościelną, ale na przykład rzopa jest jak kot i o jedny dziuze cy pnioku nie wycymo.
Dobrze mi się tu żyło i szybko wrastałem w tutejsze klimaty. Eks teściowa mojej przyszłej nowej żony i różyczki narzekały, ale Bóg jest Bóg. Mam wrażenie, że nie ma nic wspólnego z wyznawaną przeze mnie religią. Po prostu Chop w każdej ze swoich Osób lubi scynście i mo kajsik gdzieś, co godo wieś. Żyłem sobie więc jak to się żyje w raju, czyli "full na maxa". Lubiłem wsiąść do autobusu linii 5 i pojechać po książkę do księgarni, czy jakie złoto dla Hanuś i lody zjeść w Alicji lub latte wypić w Waniliowej. Wracałem objuczony codziennymi zakupami: pasztetem, boczkiem, szynką czy jeszcze salcesonem z Rajczy albo jeszcze tymi genialnymi pięcioma bochenkami chleba z piekarni Kastelikowej, czyli do raju przywoziłem niebo gębom.
I tak nadszedł był grudzień, a z jego biegiem Boże Narodzenie. Dzień przed Wigilią żonuś jadąc do pracy na seven o clock zabrała mnie i wysadziła wedle sklepu mięsnego Rajczy, i szybko kupiłem spore ilości na święta: boczku, szynki, salcesonu, pasztetu, kabanosów i swojskiej oraz coś z kurzyny, po czym objuczony poszedłem na przystanek, gdzie czekałem na Solaris linii nr 5. Odjeżdżał o siódmej trzydzieści cztery. Jeszcze więc dwadzieścia minut zostało. Przyszły z dworca PKP. Pierwsza wyglądała na szesnaście lat, a druga na dziewiętnaście. Ubrane w kozaki z cholewami wysokimi do kolan - czarnymi w obydwu przypadkach, miały też kurtki zimowe puchowe prawie do kolan. Młodsza różową, a starsza czerwoną. Chusty na szyi czarne w od czasu do czasu pociągnięte złotymi kreskami. I różowe nauszniki. Były szczupłe, ale o jędrnej masie mięśniowej. Ciągnęły dwie lotnicze walizki do bagażu podręcznego w barwach homoseksualnej tęczy. To spowodowało, że w ogóle wtedy zwróciłem na nie uwagę. Rozmawiały ze sobą, a ja słuchałem. Szybko wiedziałem, że młodsza ma na imię Milena, a starsza Malwina. Wyłapałem też, że są jakoś związane z najznamienitszym uniwersytetem w województwie śląskim. No i że jadą do pensjonatu pani Tlaukowej w naszej wiosce, który mieści się w Placu Machowców. Piękny pensjonat, zbudowany z drewnianych bali w stylu zakopiańskim, a przypomina klasyczny ongiś szlachecki dworek z dwoma drewnianymi kolumnami i gankiem. Dobrze słuchałem. Wysiadły ze mną i pociągnęły za sobą przez most na rzece płynącej przez centrum wsi swoje sześciobarwne walizeczki, a resztę bagażu miał dowieźć kurier. Zostaną tu do Święta Objawienia Pańskiego, czyli do Trzech Króli.
Przyszedłem do domu i żeby mi goście świąteczni nie przeszkadzali, to nie wszedłem na górę do kuchni, gdzie toczyło się życie rodzinne, tylko poszedłem do piwnicy i stamtąd spokojnie zadzwoniłem do Jurka z Zawiercia. Był za aktywnej służby dyżurnym w miejskiej, ale miał pasję - lubił wiedzieć. To złożyłem mu życzenia i poprosiłem, żeby mi sprawdził kim są dziewczyny. Kiedy przyglądałem się zatem im nazajutrz na pasterce, to wiedziałem, że młodsza jest studentką starszej. Ma 19 lat, a starsza już doktor i ma 29 lat. Faktycznie są parą i mieszkają na Francuskiej.
Niedługo się okazało, że ścieżki ich spacerów pokrywają się z naszymi. One też chodziły na wzgórze 455 i siadały na ławce pod kapliczką na wrzosowisku. Jak prawdziwe turystki mówiły nam dzień dobry, po nowym roku już widząc nas nie puszczały swoich dłoni. We wsi nie trzymały swoich rąk. Nie prowokowały. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że się kochają, to rozeszło się w mig. Nikogo to nie obchodziło. Zadzwoniły nawet na plebanię i poprosiły księdza dyżurnego o kolędę i przyszedł. Przyszedł sam proboszcz. Myślę, że stary by wszczął aferę, ale w sierpniu przeniósł go biskup gdzieś wysoko w góry, do lasu nad samą granicę ze Słowacją. Nowy wierzy w dogmaty i sakramenty, to znaczy jest im posłuszny, ale poza tym rozumie, że tak naprawdę Bóg wykracza poza Kościół i wiejskie pojęcie religii.
W grudniu 2016 roku znowu pojechałem z żoną Mercedesem do powiatowego miasta i wysiadłem w zatoczce przy mięsnym sklepie, a potem znów objuczony mięsiwem wracałem na przystanek przy dworcu PKP i zaskoczenie, ponownie idą na przystanek z dworca i żywo rozmawiają. Szok. Tak samo ubrane, te same walizeczki, starsza pracuje nad pierwszą książką naukową i jej wersją popularną, druga cieszy się, że pracuje w sztabie WOŚP. Starsza śmiejąc się do mnie zagaduje w końcu - w przyszłym roku jak się tutaj znów spotkamy, to stawia pan kawę. Odpowiadam, że nie ma co tak długo czekać i zaproponowałem, że możemy po którymś ze spacerów Golgotą Beskidów zejść do pensjonatu i wypić kawę. Tak się jednak dotychczas jakoś nie stało. Zaczęły wybierać wyższe szlaki: Skrzyczne, Hala, Romanka, Słowianka, Rysianka i Barania. Wyjednały sobie szacunek u kolonii mężczyzn koczujących za wiejskimi sklepami, czyli w miejscu o historycznym przezwisku "Zatoka Świń". To przejdzie do legendy wsi. Temu żebrakowi, co stracił chęć do pracy rzekomo po tragicznym wypadku w kopalni, to dały stówkę. To było na 50 Tatr.
Oczywiście przyjechały w 2017 roku i w kolejnych latach spotykaliśmy się na przystanku przy dworcu PKP. Są razem. W tym roku z rana w dzień przed Wigilią pojechaliśmy z żoną tylko po chleb autem najbardziej niezawodnym. Wędliny, szynki wędził tym razem szwagier w wyndzoku drewnem bukowym. Były o kilka bram niebios lepsze od tych ze samej Rajczy. Wracając, a byłem bez okularów, to się nie rozglądałem, bo i tak nic nie widziałem - poczułem tylko, że żona delikatnie skręca w kierunku zatoki przystanku.
- A zabierzemy je, może na nas pluć nie będą dewoty - i uśmiechnęła się głośno.
Z bliska zobaczyłem, że to one i mają wózek. Pomogłem im się zapakować. Poprosiły by zawieźć je na plebanię, bo prosił je proboszcz. Chce je i Marię, ich córeczkę z łona pani doktor zobaczyć i wypełnić papiery przed chrztem.

yestem yestem
 12 stycznia 2021 roku, godz. 18:50

Fajne. :)

fyrfle Mirek  15 stycznia 2021 roku, godz. 13:48

Dziękuję. Pozdrawiam serdecznie.