16 maja 2014 roku, godz. 15:18 5,1°C

Papieros

Późny wieczór. Właściwie noc. Zegar już nie pamięta, kiedy wybił dwudziestą drugą.
Jest cicho. Idę na spacer chodnikiem, tym koło parku. Nie wiesz nawet, jak bardzo drzewa przerażają o tej porze. Dlatego nawet nie zamierzam wchodzić przez bramę.
Cisza. Mam wrażenie, że rozbija się i jest w każdym atomie tlenu. Przenika wszystko. Wibruje w uszach, mierzwi włosy, pachnie nocą.
Cisza. Przerywa ją gwizdanie utrudzonego wypiciem za dużej ilości piw pana. Prowadzi rower. Idzie powoli i wesoło gwiżdże. Już się tak nie boję, już nie jest cicho. Czuję się lepiej, pewniej.
Cisza. Pan z rowerem przestał gwizdać, jakby szukając gdzieś w sercu kolejnego fałszywego tonu. Bardzo długo nie gwiżdże. Nie wiem, może nawet zdążył już zapomnieć, jak bardzo umilał sobie i mi tę gwiaździstą sierpniową noc, chłodny sierpniowy wieczór. Nagle rozlega się przeraźliwy jazgot. O cholera! Ale bym się wywaliła. To tylko kot. Przebiega mi drogę najpierw jeden, za chwilę kolejny. Oba przeraźliwie miauczą, te dźwięki skaczą po moim ciele i wywołują dreszcze. Nugat zaczął szczekać i jak to głupi pies ma w zwyczaju - poleciał za nimi do parku. Przebrzydły, okropny, czasami naprawdę nie wiem, dlaczego go trzymam. Zabrałam go jak zwykle bez smyczy. Ufam mu. Dobrze jest mieć istotę, której się po prostu wszystko zawierza. Nugat zaraz wróci, wiem to, więc nie idę za nim. Nie mam zamiaru zbliżać się do bramy. Siadam na ławce i łudząc się, że to coś da, wołam:
- Nugat! Nugat… piesku. Chodź, wracaj!
Głupi pies, no głupi. Za kilka minut przyleci z powrotem, będzie się łasił i wytrze wieczorną rosę o moje nogi.
Cisza… Cisza stała się wspomnieniem. Z daleka słyszę poszczekiwanie mojego psa, obudziły się wrony, a pan z rowerem przypomniał sobie dalszą część utworu. Spoglądam na zegarek. Jedenasta.
Słuchając uważnie wygwizdywanej melodii, postanawiam zapalić papierosa. Miałam rzucić… Palę zawsze, kiedy czekam. Teraz zwiał mi Nugat, więc usprawiedliwiona wyciągam paczkę z prawej kieszeni. Biorę papierosa do rąk i oglądam go w zadumie. Ciągle słyszę tę melodię… Cholera, skąd ja ją znam? Klepię się po udach, próbując odnaleźć zapalniczkę. Jak zawsze włożę gdzieś i nie wiem gdzie. Mam zdecydowanie za dużo kieszeni. Zawsze kiedy coś włożę do płaszcza czy spodni, szukam tego w całym ubraniu i oczywiście nigdzie nie mogę znaleźć. Może dopada mnie skleroza? Alzheimer? Na to nigdy nie jest za wcześnie. A może to całkiem normalne - szukać. Ale ileż można, płuca już usychają z tęsknoty za dymem. Jest, w końcu znajduję ją. Zaplątała się w chusteczkę. Patrzę na zegarek, jedenasta siedem. Siedem cennych minut życia zmarnowałam na szukanie zapalniczki. Zapalniczki, która pomoże mi szybciej umrzeć, nawiasem mówiąc.
Pan z rowerem zatrzymuje się nieopodal pod drzewem. Jego melodia porusza jakieś zapomniane struny mojej duszy. Chyba splątały się już od nieużywania, zakurzyły, rozstroiły, a może i zardzewiały, kto je tam wie. Pospiesznie, jakby próbując zagłuszyć w sobie przypływ nagłego wzruszenia, zaciągam się. Ta melodia, skądś mi znana, próbuje mi przypomnieć, że ludzie popadają w kłopoty. Gdyby ten mężczyzna się nie upił, nie usłyszałabym jej. Przypuszczam, że nie upiłby się, gdyby nie miał problemu albo powodu do zatapiania smutku. Ta melodia tak samo brzmi tu, na obczyźnie, jak brzmiałaby w Polsce.
Polska… Obczyzna… Zaciągam się jeszcze raz, długo. Po chwili z hałasem wypuszczam dym, uważnie go obserwując. Wyciągam długie włosy spod kołnierza mojego płaszcza, kładąc je na lewym ramieniu, tym od pijanego mężczyzny. Zawsze to bezpieczniej zakryć twarz. Po policzku spływa mi jedna duża łza. Płynie powoli, wytycza szlak pozostałym. Płaczę. Ja, stara baba, ryczę jak dziecko. Zakładam nogę na nogę, opieram łokieć na kolanie i patrzę na papierosa. Napawam się widokiem wylatującego zeń dymu, podświadomie chcąc odwrócić uwagę od rzewnej, choć fałszywej do bólu melodii.
Pamiętasz? Wtedy, kiedy przyjechaliśmy tu na wakacje, śpiewałeś mi ją do ucha, nachylając się nade mną, gładząc moje włosy i wdychając ich zapach. Śpiewałeś, a później szeptałeś najpiękniejsze wyznania. A najpiękniejsze wyznania lądują na dnie serca, bo tam są najbezpieczniejsze. I najprawdziwsze.

Był sierpień. Przyszedłeś do mnie jak co dzień. Zabrałeś mnie na podwórko i niespodziewanie zawiązałeś mi oczy ciemną tasiemką. Kiedy się zdenerwowałam i, jak zwykle porywcza, zaczęłam się wydzierać, pocałowałeś mnie w usta. Uspokoiłam się, a ty, niepomny moich niedawnych pretensji, wziąłeś mnie na ręce i przerzuciłeś przez ramię. Jeśli myślałeś, że zachowam się spokojnie, grubo się myliłeś. Nie słysząc moich gróźb, próśb i krzyków, przeszedłeś kilka kroków i - uprzednio wymruczawszy kilka słów mających na celu przywrócenie mi spokoju - umieściłeś moją rozkrzyczaną osobę na tylnych siedzeniach jakiegoś samochodu. Zatrzasnąłeś drzwi i wybiegłeś, zostawiając mnie samą na kilka chwil. Wróciłeś z dwiema niewielkimi torbami - zobaczyłam, bo zdjęłam sobie to świństwo z oczu. I... zabrałeś mnie na wakacje. Prawdziwe wakacje za granicą... Tak jak zawsze chciałam. Chodziliśmy po tym samym parku, do którego boję się teraz wejść. Boję? A może... A może się wstydzę. Nie wiem. Tego konkretnego dnia też mijaliśmy drzewa, a ty...

Muszę zapalić. Zaciągam się tak bardzo, że aż łzy stają mi w oczach. A może to nie przez to?

... poprosiłeś mnie o rękę. Tak po prostu klęknąłeś pośrodku mokrej trawy, nie zważając na nic dookoła. Cały ty. Powiedziałeś: Kocham cię. W rękach trzymałeś bukiet stokrotek, które zerwałeś, kiedy nie patrzyłam, a w oczach miałeś iskierki. Na twarzy błąkał ci się uśmiech, ten, który zawsze tak lubiłam. Natychmiast kazałam ci wstać. Nie chodziło o to, że robiłeś mi wstyd, skądże, wcale nie przyszło mi to do głowy, ale nie mogłam przyjąć do wiadomości, że ty... klękasz... klękasz przede mną. Orzekłeś zdecydowanie, że nie ruszysz się z tej mokrej trawy, która brudzi ci spodnie, i będziesz tak wbijał kolana w ziemię, dopóki nie odpowiem. Rozpłakałam się wtedy, kucnęłam, rzuciłam się na twoją szyję i przewróciłam cię. A kiedy oboje wylądowaliśmy na trawie, wyszeptałam twierdzącą odpowiedź i pocałowałam cię w ucho.
Nazajutrz, nie wiem, jak to się mogło stać, otrzymałeś wezwanie. Podczas naszego codziennego spaceru, kiedy trzymaliśmy się za ręce, powiedziałeś, że musisz wracać. Zaprotestowałam. Miały to być dwa tygodnie dla nas: ja i ty, nic dookoła. Odgarnąłeś mi kosmyk włosów z czoła. Widziałam na twojej twarzy bezradność i niechęć do kłótni, dlatego zaczęłam krzyczeć i płakać. Przecież wieczorem mieliśmy iść na wystawę, dla której przyjechaliśmy właśnie tu. Wiedziałeś, jak mi zależało, żeby obejrzeć ją z tobą. Kiedy przestałam się wydzierać, nie obraziłeś się, ale otoczyłeś mnie ramieniem i pozwoliłeś moim brudnym łzom wsiąkać w twoją koszulę. Mruczałeś mi do ucha obietnice i przyczyny, przez które miałeś wyjechać. Mówiłeś o Polsce... że powstanie, a my przecież po kryjomu, w wielkiej tajemnicy wyjechaliśmy, że tyle osób nam pomogło, że teraz ty musisz pomóc im i Ojczyźnie. Przecież nasz wyjazd graniczył z cudem, ale kiedy już doszedł do skutku, postanowiliśmy zostać tu do końca wojny... Ale ty musiałeś wracać, musiałeś walczyć, musiałeś wybierać. I wybrałeś. Obiecałeś, że wrócisz do mnie, kategorycznie zabroniłeś mi jechać ze sobą. Przysiągłeś, że kiedy tylko skończy się wojna, przyjedziesz. Zażartowałeś, że nie klęczałbyś tyle na mokrej trawie, żeby się ze mną nie ożenić. Kazałeś czekać, pisać listy, pamiętnik, zacząć tkać narzutę na nasze łoże małżeńskie, mówiłeś, że dajesz mi czas nauczyć się gotować, bo nie pociągniesz długo na samej jajecznicy. Roześmiałam się przez łzy i wtedy pocałowałeś mnie po raz ostatni.

Cisza. Pan z rowerem usnął. Rytmicznie pochrapuje. Przybiega Nugat i wyciera się o moje nogi długo, zaskoczony, że jeszcze go nie odepchnęłam. Patrzę na zegarek. Jedenasta dziesięć. Ja cofnęłam się wstecz o tyle lat, a minęły zaledwie trzy minuty. To niesprawiedliwe, że wspomnienia trwają tak krótko. Ocieram łzę, ale po przetartym szlaku toczy się kolejna. Siedzę i patrzę na moją fajkę. Nugat wrócił, mogę ją już wyrzucić.
Moje niespełna osiemdziesięcioletnie kości domagają się zmiany pozycji, ale zaciągam się. Wiem, że powinnam wyrzucić tego cholernego papierosa, tak sobie przecież postanowiłam. Wypuszczam dym z westchnieniem. Patrzę na papierosa, uśmiecham się krzywo i kręcę głową. Palę.
Przecież czekam.

~ Ariadna ~ Adrianka
 18 maja 2014 roku, godz. 2:23

No, wreszcie znalazłam tekst, na który czekałam. Piękna, wzruszająca historia o prawdziwej miłości, która trwa nadal, oparta na nadziei. Jednocześnie przedstawiasz wyraz bólu i cierpienia tej kobiety, która wciąż czeka na swojego ukochanego, bo nie chce dopuścić do siebie myśli, że już nigdy więcej go nie zobaczy. Ludzie czasami zamykają oczy na prawdę, ponieważ nieraz cierpią bardziej kiedy okazuje się dla nich zbyt bolesna. Pomysł na opowiadanie przepiękny, w dodatku odpowiednio dobrane słownictwo, uczucia j ten pijak nucący melodię - to wszystko sprawia, że to opowiadanie jest wyjątkowe. Wzruszyłam się, czytając tę historię. Liczę na więcej podobnych tekstów od Ciebie.
Pozdrawiam serdecznie ;)

Honoo. Paulina
 17 maja 2014 roku, godz. 00:03

Tak bardzo piękne i prawdziwe. Wzruszyłam się. Bo to właśnie jest prawdziwa miłość...