19 października 2012 roku, godz. 21:18 24,3°C

Mrrr...

Powiem najkrócej,
w czym rzeczy istota,
bo może ktoś na to czeka:
Nie chodzi o to,
by człowiek miał kota,
tylko,
by kot miał człowieka.

F. Klimek

Dzień pierwszy: wybór.
No i chodzę i chodzę, a tu pustka jakaś sromotna... Ludzi dużo i owszem, ale każdy jakoś nie do pary chociaż pojedynczy... No jakoś tak nie pasuje to co w ich oczach do tego co dookoła nich i nie do końca wiem w czym problem. Gdzie szukać odpowiedniego człowieka? Tym bardziej: gdzie go mam znaleźć? Behemot ciągle tylko powtarza, że jak zobaczysz to będziesz wiedział, będziesz pewny, no że nie będzie żadnych wątpliwości po prostu... że to jak z tym, co spotyka ludzi i się potem do siebie szczerzą tygodniami, zupełnie jak Azor spod Biedronki na mój widok... No i że dopóki nie spotkasz tej właściwej osoby to taka pustka ciągle w Tobie mieszka i taki samotny się czujesz, ale jak raz te oczy zobaczysz odpowiednie, to już innych oglądać nie zechcesz. Ten Behemot to nieźle ma gadane, to pewnie przez ten wypadek, przez to auto, co go dwa miesiące temu potrąciło... strasznie mu się w głowie pomieszało. Chociaż może zawsze taki był? W sumie nie znałem go wcześniej, ciężko stwierdzić...Ale dosyć gadania, trzeba szukać, wybrać coś, bo jak tak dalej pójdzie skończę na śmietniku i jedyne co będę mógł sobie wybrać to swojego ulubionego menela.
Jest. Pierwsza... ale jakoś tak niesymetrycznie wygląda. Właściwie nie potrafię powiedzieć czym się ta jej asymetryczność przejawia, ale taka była moja pierwsza myśl. Chyba jedno oko większe ma od drugiego... i niżej też tak jakoś nierówno. Jak mógłbym żyć spokojnie z takim chaosem, nieporządkiem wokół siebie? No odpada. Szkoda, bo w sumie miała długie paznokcie, które potrafią fajnie drapać zapewne w niektórych miejscach...
Następna... Och, jaka jest piękna: jej złote włosy rozlewają się falami na ramiona, zielone kocie (!) oczy błyszczą odbitym słońcem, a uśmiech na ustach skierowany jest nawet do robaczków, które zgniata swym butem przez przypadek... Pachnie domem, takim rodzinnym, o którym każdy marzy i chciałby w nim żyć. Pachnie domem, w którym oddycha się miłością, nie powietrzem, domem, w którym także i ja mógłbym odnaleźć kąt dla siebie. Pachnie miłością do mnie... i przede wszystkim jest symetryczna, nie wprowadza sobą niepotrzebnego chaosu w wszechświat. To będzie ona! Przystępuję do obserwacji... Może połaszę się troszkę, by nawiązać już dziś pierwszy kontakt.
Och nie! A co to tam się wyłania zza rogu budynku? Co to za kudłatość kudłata? Pies? Pies! Pies!? Nie, nie, nie... Proszę, nie podchodź do niej, tylko nie to... Głaska go! No nie, głaska go... Spokojnie, to przecież jeszcze nic nie znaczy... Mogła tylko pogłaskać... Nie ma nadziei, nie ma nadziei... Przypięła czerwoną smycz do czerwonej obroży i odchodzi... Odchodzą razem.
Też coś, czerwona smycz, wstyd i hańba...
A może ta? Nie wygląda tak źle, a w akcie desperacji to czło... tfu! weźmie pierwsze lepsze z brzegu coś... Ale to nie tak miało być! Gdzie to uniesienie, gdzie ta pewność, że oto będę od teraz w dobrych rękach...? Miau... miau... miau... Może jednak ona? Kurczę, jest taka jakaś... dziwna. Oczy ma psychopaty i tak mi się wydaje, że to ona bardziej obserwuje mnie niż ja ją. Chyba czas uciekać, jak się nie pośpieszę to skończę jako zabawka dla jej staropanieńskiej samotności. Szybko, długa przez ulicę... Matko, moje serce... Ledwie zdołałem uciec przed nadjeżdżającym samochodem... ale przynajmniej ją zgubiłem.
Rezygnuję na dzisiaj, to jest bardziej stresujące niż opowiadał mi Behemot. Ludzie są męczący...
Chwilka! A to kto...? Jest niebywale piękna... jak na człowieka, oczywiście.
Siedzę schowany w krzakach naprzeciwko i obserwuję jej piękność, jej idealność, jej symetryczność, jej kociość... Ma piękne jasne, długie włosy, które wiatr rozwiewa na boki, uśmiech schowany na lepsze okazje niż wyrzucanie śmieci, no i oczy, którymi mnie tylko musnęła powierzchownie, takie psie, co w normalnych okolicznościach byłoby wadą, ale teraz... To ona. Jest moja. Czuję to, choć ona jeszcze te­go nie może wiedzieć, przechodząc swoimi po­marańczo­wymi balerinami kilka cen­ty­metrów obok mnie...
Dzień drugi: obserwacja.
Siedzę i czekam na nią, na tą, która ma mi dać odpowiedź na wszystkie pytania, na tą która będzie mogła być dla mnie i w końcu poczuć się spełniona. No ale czekam, sądziłem pod jej blokiem całą noc, ciałko całkiem mi skostniało, a ona nie wychodzi... Sądząc po dzwonach kościelnych już szósta godzina, a mi tak zimno i nudno i tęskno i już chciałbym zapełnić jej tą dziurę w sercu sobą, a ona mi nie pozwala tym swoim dłużącym się zniknięciem. A co jeśli ona też w otchłani mieszkania chowa jakiegoś Burka, Azora, czy nie daj Boże, Dżekiego...? Muszę być cier­pli­wy... Cier­pli­wość to cno­ta. Jak wszys­tko co trud­ne do ut­rzy­mania czy zdo­bycia... Muszę byc cierpliwy, cierpliwy... Miau... miau... miau... Całkiem wygodna ta ławka, idealna na krótką drzemkę...
Dzień trzeci: obserwacja.
W końcu się pojawiła. Co prawda nie siedziałem tutaj cały czas, bo rozpraszały mnie pewne rzeczy, które koniecznie musiałem poganiać, sprawdzić, ale jednak miałem drzwi wyjściowe praktycznie cały czas na oku. Stęskniłem się za nią, za jej chwiejnym krokiem, jakby każdy podmuch wiatru przerzucał ją sobie z rąk do rąk. Wywnioskowałem, że nie ma psa, przecież bym zauważył... Idealnie. Chociaż sama jeszcze o tym nie wie, to całe jej mieszkanie jest przygotowane na mnie, jest czekaniem na mnie, jest mi przeznaczone. A i ona urodzona dla mnie, chociaż kilkanaście lat wcześniej niż ja... Już wtedy, była naznaczona mną. A teraz przyszedłem, by zabrać co swoje... Idę za nią małymi kroczkami, by nie zauważyła mojego małego istnienia, by nie przegoniła raz na zawsze odtrącając swoje jedyne szczęście pod moją postacią... Kiedy to kroczenie za nią zaczęło mnie już męczyć, jakby czytając w moich myślach, zatrzymała się u celu swojej wędrówki. A okazał się nim przystanek, skąd po chwili zniknęła w otchłani tego szarlatańskiego urządzenia, które od czasu do czasu rozjeżdża bez skrupułów moich mniej inteligentnych braci. Zapowiada się długie czekanie, długi dzień, długie nic... Ileż będę musiał tutaj na nią czekać? Tego nawet Behemot nie może przewidzieć niestety...
Dzień czwarty: obserwacja.
Nie mogłem wczo­raj wy­sie­dzieć na tym przys­tanku. Strasznie mnie gniotło wszystko wszędzie i wiatr zawiewał jakoś strasznie i nudno tak i nudno, minuty mijały jak godziny, więc już po paru minutach zupełnie zgłodniałem. Musiałem się czymś czym prędzej posilić i na samą myśl o posiłku śliniłem się zostawiając za sobą strużkę śliny. No, może teraz trochę przesadziłem, no ale głód to nie przelewki... Na szczęście śmiet­ników na tym pa­dole ludzkich łez nie bra­kuje, z czego skorzystałem z niemałą satysfakcją. Oczywiście wolałbym jeść żarełko z puszek z kotkiem, o co obecnie się staram, jednak na razie musi mi wystarczyć wspólny talerz z menelem. Gdy już zjadłem wykwitną kolację z bzyczeniem much w tle, poszedłem pod jej blok, by tam czekać na jej twarz. Gdy już wra­cała, zo­baczyła mnie w cieniu, nasze oczy błyszczały światłem la­tar­ni, a powietrze wibrowało... Usłyszałem jej przyśpie­szo­ny puls, ale szyb­ko się od­wróciła i po­biegła scho­dami do do­mu. Byłem zaskoczony, ale i zadowolony... Jej reakcja oznaczała, że czuje to samo co ja. A więc jesteśmy sobie przeznaczeni... Niestety od tamtego czasu, a dokładnie dzisiaj, jej nie spotkałem. Miau...
Dzień piąty: akcja.
Patrzę na jej falujące na wietrze włosy i smut­ny wzrok wpat­rzo­ny w ziemię znaj­dującą się kil­ka metrów po­niżej. Zas­ta­nawiam się, jak widzi otaczającą ja rzeczy­wis­tość. Widzę, że jest goła, przy­naj­mniej od pa­sa w górę, bo ty­le dos­trze­gam przez ot­warte ok­no, przez które się wychy­la. Widzę, jak wy­ciąga przed siebie ręce i łapie na roz­pa­loną skórę zim­ne krop­le deszczu... Za­myka oczy, za­cis­kając dłonie w pięści. Myśli, że jest sa­ma, że nikt jej nie widzi, jest ciem­no... w sa­mot­ności można być sobą. Pat­rzę na nią z uk­ry­cia i wyczuwam połączenie... Behemot jednak nie kłamał... Więc jednak jest jakiś przepływ informacji, jeśli wybierze się odpowiednią osobę i oswoi się wystarczająco swoje dusze... Jest sygnał... Nie odrywam oczu od tańca jej dłoni na deszczu, a do mojego mózgu wpływają informacje...

To był ciężki dzień. Pot­rze­bowała odet­chnąć. Wychodząc dziś po połud­niu z ga­bine­tu pre­zesa czuła spływającą po wnętrzu uda strużkę sper­my... Stojąc w ok­nie i pat­rząc w ciem­niejącą z mi­nuty na mi­nutę przes­trzeń przy­pomi­nała so­bie to de­likat­ne łas­ko­tanie ja­kie wy­woływało na­sienie, tym sa­mym od­ciągając jej myśli od upo­karzających rzeczy, które ro­biła za­led­wie kil­ka mi­nut wcześniej. Pot­rząsnęła głową, a na jej twarz roz­sy­pały się długie, jas­ne włosy, miała dość wspo­mina­nia tych chwil... je­go od­dechu na skórze, je­go ob­leśne­go po­sapy­wania, gdy ty­mi wiel­ki­mi, tłus­ty­mi dłońmi trzy­mał ją w biod­rach i gwałtow­nie wbi­jał się w nią, by ulżyć so­bie i zmniej­szyć swoją frus­trację. A ona się zgadzała... zgadzała się, bo cho­ra mat­ka... bo dro­gie le­ki... bo wy­soki czyn­sz... bo jedze­nie... bo... zaw­sze zna­lazło się coś, co byłoby ważniej­sze od jej włas­ne­go szczęścia. A on dob­rze o tym wie­dział, wie­dział, że nie chce, nie może stra­cić tej pra­cy, że gdy­by nie ten ty­siąc złotych miesięcznie na jej kon­cie, mu­siałaby poszu­kać so­bie miej­sca pod la­tar­nią... co pew­nie i tak nie było by zbyt łat­we, bo w tej pra­cy kon­ku­ren­cja naj­większa... Więc stoi w ok­nie, w po­koju, który za­lewają ciem­ności i pat­rzy poz­ba­wionym, uczuć wzro­kiem w mrok. Czu­je się ob­serwo­wana, roz­gląda się, wyos­trza wzrok, przecze­suje wzro­kiem całą przes­trzeń ka­wałek po ka­wałku. W końcu coś dos­trze­ga.
Sie­dzi spo­koj­nie na dachu przed­szko­la nap­rze­ciw­ko i pat­rzy złoty­mi oczy­ma. Ob­serwu­je każdy jej ruch niczym nie­wzruszo­ny. Jej od­dech się us­po­kaja, spoj­rze­nia się krzyżują, nożem można ciąć po­wiet­rze...

Zauważyła mnie. To dob­rze, nie po­myliłem się myśląc, że jest wyjątko­wa... Nie po­myliłem się wy­bierając ją. Jakiś facet pod­chodzi do­ niej od tyłu bez­sze­les­tnie i obej­mu­je w pa­sie. Gdy je­go skóra spo­tyka się z na­gością, jej umysł trzeźwieje, a połącze­nie między na­mi zos­ta­je przer­wa­ne. Jes­tem zły, to ­nie tak miało wyglądać! Czym prędzej zes­ka­kuję z dachu i biegnę pod jej blok i miauczę pod nim tak długo, aż jej twarz po­jawia się w ok­nie...
- Ki­ci ki­ci... - woła mnie.
Nie reaguję, za to skomlę jeszcze bar­dziej, żeby zwa­bić ją na dół, żeby do mnie zeszła... Dla do­dania dra­matyz­mu kładę się na ple­cy i wy­ginam tyl­nie łap­ki... Jej głowa zni­ka z ot­wo­ru w ścianie, a po upływie dziesięciu mi­nut słyszę te tak bardzo znane kro­ki w od­da­li, a po­tem co­raz bliżej... Dla zacho­wania po­zorów miauczę da­lej żałośnie, by po­budzić jej ko­biece, naiw­ne ser­ce...
- Oj, ty mały bieda­ku, co ci się stało? Prze­cież nie mogę cię tu­taj zos­ta­wić, chodź dam ci mleczka, ja­kiejś kiełba­ski, na pew­no znaj­dzie się ja­kieś miej­sce dla ciebie... no chodź tu­taj, nie bój się...- mówi us­po­kajająco, biorąc mnie de­likat­nie na ręce.
Wte­dy ją gryzę, za­tapiam swo­je małe ząbki w jasną skórę jej nad­gar­stka. Na te kil­ka se­kund mój jad prze­dos­ta­je się do jej krwiobiegu i za­nim zdąży od­skoczyć prze­rażona i wy­puścić mnie z rąk na podłogę u swoich stóp, już jest mo­ja. W tym cza­sie ra­na na jej ręce zni­ka całko­wicie tak sa­mo jak os­ta­nie mi­nuty z jej pa­mięci. Pat­rzy na mnie i dos­trze­gam jak po­woli na powrót sta­je się sobą i pod­chodzi do mnie i bie­rze na swo­je ciepłe dłonie.
- Oj, ty mały bieda­ku, co ci się stało? Prze­cież nie mogę cię tu­taj zos­ta­wić, chodź dam ci mleczka, ja­kiejś kiełba­ski, na pew­no znaj­dzie się ja­kieś miej­sce dla ciebie... no chodź tu­taj, nie bój się...
A więc Behemot miał rację... To faktycznie działa...

Tak my, koty, wybieramy sobie właścicieli.
Miau...

CzerwonaJakKrew Laura
 13 marca 2013 roku, godz. 23:03

Zgadzam się z PetroBlues... Tęskno nam, tęskno nam tu... Takie jakoś bardziej puste cytaty bez Ciebie... Życzę inspiracji.... :)

Sheldonia Laura
 8 marca 2013 roku, godz. 15:31

Jakże miło, że zajrzałeś w me skromne (opuszczone nieco ostatnio) progi:)
Nie mam weny, nie mam o czym pisać, mam nudne życie, szukam inspiracji...:)
Także pozdrawiam, Petro:)

PetroBlues Kociamber
 27 lutego 2013 roku, godz. 18:52

O! Opowiadanie o mnie:D Jak na kota przystało, łaszę się nisko i z szacunkiem:P

Tak poważnie to zaintrygowałaś mnie, bardzo mi się podoba Twój pomysł:)

PS: Czemu ostatnio tak mało piszesz? Tęskno:)

Pozdrawiam ciepło:)

luterin luterin
 4 listopada 2012 roku, godz. 1:15

Nie...no, ja chyba koty polubię !!! Zgadzam się z Laurą i Albertem jesteś mistrzynią słów, bezsprzecznie :))

CzerwonaJakKrew Laura
 25 października 2012 roku, godz. 18:59

Oootak,dla mnie też jesteś mistrzynią słów...
I ten utwór,który tak pięknie nam skomponowałaś...
A zakończenie... Niezaskakująco zaskakujące...

Pozdrawiam,
Czerwona

Albert Jarus Albert
 21 października 2012 roku, godz. 13:09

Oj godne to i urokliwe...
Bardzo mi się podoba Twój styl.
Zakończenie, wiem... musiało tak się skończyć, ale to w jaki obraz temu nadałaś- boskie :)
Jesteś mi tu mistrzem..

Sheldonia Laura
 20 października 2012 roku, godz. 7:27

Dziękuję:)
I faktycznie nie zauważyłam tego błędu, bo zazwyczaj piszę każdą część innego dnia i jakoś mi to umknęło;) Dzięki.

Gothic Sanctuary Rosemarie
 19 października 2012 roku, godz. 23:54

Podoba mi się. : )
Tylko, dlaczego na początku w opisie kobieta ma czarne włosy, a później, a dokładnie we fragmencie o szefie, jasne?