24 stycznia 2022 roku, godz. 21:55 107,1°C

Tęcza.

Powiedzieli , że został mi miesiąc życia. Miesiąc ! To raptem 30 dni i koniec. Koniec wszystkiego. Nigdy nie spojrzę na barwną tęczę, nie poczuje zapachu miasta po burzy, nie usłyszę kłótni sąsiedzkiej i ich nocnego godzenia. Nie otworzę książki, nie zaczytam się w niej nocą, kiedy ból nie pozwala mi zasnąć. Nie zjem arbuza, nie wypije lampki wina, nie zjem lodów czekoladowych.
Położą mnie w ciasnej trumnie , w sukience w zieloną kratkę. To moja ulubiona sukienka, ta, w której poznałam pana M. Pan M nic nie wie , o mojej chorobie, bo i po co ? Niby mnie kocha, chce założyć rodzinę, mieć dzieci. A ja umieram. Czy w ciągu tego miesiąca, można to wszystko mieć ? Nie można, tak na logikę.
Idę na lody. Sama. Pucharek lodów czekoladowych. Największy , jaki mają w ofercie.
Siadłam przy oknie, jak zawsze. Lody są przepyszne. Idealnie czekoladowe, zimne, z kawałkami czekolady.
Jutro też pójdę na lody, i pojutrze. I zawsze, aż do…
Miesiąc życia. Czy przed śmiercią mogę przytyć ? Może zmienię kolor włosów ? Co mam ze sobą zabrać na tamten Świat ?
Jezu, jaka ja jestem głupia. Umrę, zapakują mnie w trumnę, złożą do grobu i po wszystkim.
Tylko Pana M będzie mi żal. Dzisiaj mu powiem,że odchodzę. Że umieram ? Nie, że mam go dość, że go nie kocham i nie chcę z nim być. Jezu, jakie to jest książkowe. Siedzisz tam sobie w niebie , skazujesz manie na śmierć i co ? Tak bez zapytania, czy chcę ? Bez protokołu, zakazów, nakazów.
A może tak podanie, prośba, cokolwiek, a nie tylko zwyczajne UMRZESZ i już !
Tak ogólnie, Jezu...wybrałeś poniedziałek, czy niedzielę na moje powitanie ?
Czerwony dywan pewnie odpada, a drzwi otwarte będę, czy mam zapukać ?
Dobra, wystarczy. Lody zjedzone , idę do domu. Pan M zaraz wróci z pracy.
Dom. Nie, nie dom,a mieszkanie. Takie ładne, ciepłe, wygodne. Kocham te 2 pokoje z kuchnią i balkonem. I kocham Pana M.
Pan M wchodzi do środka.
-Witaj kochanie, już jestem.
Jak on mnie wkurza tym idealnym ułożeniem grzywki, ciepłym tonem głosu.
-Cieszę się. Zanim zasiądziesz do obiadu, muszę ci coś powiedzieć.
- Ok, umyję ręce tylko.
I co, niby taka przygotowana jestem, a słowa więdną mi w gardle.
-Jestem gotowy, czekam na potok słów.
-Nie chcę z tobą być, żyć, mieć dzieci.
- hi,hi,hi twoje poczucie humoru zawsze mnie rozbawia. Nie dostaniesz premii, tak ?
-Umieram.
-Przestań, zwolnili cię z pracy? Nie, to niemożliwe, jesteś najlepszym psychologiem.
Milczę.
-Powiesz , o co ci chodzi naprawdę ?
- No dobra, nie dostałam premii.
-Wiedziałem. Nie przejmuj się tym. To tylko kasa, w wypad nad morze i tak zorganizujemy. Za miesiąc ,ok?
-Za miesiąc ? Mam tyle czasu.
-Masz, masz...to co na obiad ?
-Ogórkowa , taka, jak lubisz. Idealnie kwaśna.
Za miesiąc pojedziemy nad morze. Może. A raczej nie pojedziemy. Może pojedzie Pan M.
-Słuchaj, w zasadzie to miałem ci powiedzieć o wyjeździe wieczorem,ale nosi mnie.
-O wyjeździe ?
-Szykuje się niezła robota, miesiąc za granicą, potem powrót i pakujemy się nad morze.
Wiem,że nie powinienem się zgadzać , że powinienem zapytać cię o zdanie,ale po tym wyjeździe szykuje się awans. A jak awans, to podwyżka. Kupimy większe mieszkanie, pobierzemy się, załozymy rodzinę.
-Tak, tak i kupimy psa. Zaśmiałam się szyderczo.
Dobrze,że wyjeżdża. Wiesz, Jezu nie jesteś taki okrutny. Jakoś zaplanowałeś to moje odejście.
Pan M spakowany, tej nocy było cudownie. Za miesiąc mnie już nie będzie.
Poranek. Pożegnanie z Panem M. Całus, przytulenie, do za miesiąc.
Cisza.
Ubieram się. Wzięłam urlop, ten zaległy. No cóż, w niebie, czy gdzie tam będę urlopu wypoczynkowego nie dają.
Ubieram się. Idę na lody. Czekoladowe.
Trzy tygodnie za mną.
Pan M dzwoni dziennie. Rozmawiamy. To dziwne, bo nie czuję jakbym miała umrzeć.
Czy mam napisać list pożegnalny? Czy zadzwonić, i...nie, nie uwierzy.
Napiszę lis.

Dostałam ataku. Zabrali mnie do szpitala. 21.10 umarłam.

Pan M wrócił do domu. Pustego. Nie rozumiał, dlaczego nic nie powiedziała ? Nie, powiedziała, to ja obróciłem jej słowa w żart. Dlaczego nie zaprzeczyła, nie zapłakała, Dlaczego ?
Pogrzeb za 2 dni.
Trumna, sukienka w kratkę, zieloną. Łzy, deszcz, tęcza. Zapach po burzy.
W szufladzie odnalazłem list.

„Niezaprzeczalnie , najpiękniejszą rzeczą jest kochać i być kochaną.
Miłość, jest kroplą padającego deszczu. W locie krystalicznie czysta, idealna. O nic nie pyta, nie obawia się zetknięcia z ziemią, przecież staje się jej żywicielką. Niewiele rozumie, po prostu jest. Przez chwilę. Ta chwila minęła, zetknęłam się z ziemią. Przed tobą wiele burz, opadów deszczu i pięknych kropel”

Tylko tyle i aż tyle.
Wziąłem kartkę, długopis i odpisałem.

„Moja ty, kroplo deszczu. Po każdej burzy na niebie pojawia się tęcza. To , mój most do ciebie „

20 lat później.
Deszcz pada ,krople rozbijają się o szybę. Zapach unosi się w powietrzu, jej zapach.
A tęcza wciąż ma swój początek i koniec.
To koniec.

kati75 Kati
 25 stycznia 2022 roku, godz. 11:47

Wyjątkowe opowiadanie!

yestem yestem
 24 stycznia 2022 roku, godz. 23:43

Piękne.

Nie płacz Ewcia Ewa
 24 stycznia 2022 roku, godz. 22:05

Nie mówcie mi : nie płacz...

Rozdarło mi serce.