13 maja 2019 roku, godz. 10:33

JELONEK

Potoki górskie rodzą się gdzieś wysoko na zboczach gór i najczęściej początkiem ich są podziemne źródła i cieki wodne, które drążą ziemię w zboczach tychże gór i w pewnym momencie wybijają na powierzchnię. Autor miał okazję widzieć to cudowne dzieło natury w Beskidach i jest urzeknięty jego pięknem, dobrem i mocą sprawczą. Takie źródło wybija i potem stróżki wody spływają po zboczu, między trawami, między jagodziwiem w dół i zbiegiem chwil i metrów łączą się ze strugami kolejnych źródeł. Tak tworzą się strumyczki, które niżej łączą się w strumienie, a potem już są na tyle silne, że żłobią drobne koryta w łąkach i pomiędzy wikliną czy krzewami róż, a nad nimi osiedlają się kaczeńce i skowronki. Woda rozpędza się, moc jej rośnie, przybywa decybeli, a może tylko więcej trosk świata w sobie niesie nurt. Ziemiste i skaliste podłoże broni się przed naporem wody i kieruje ją pomiędzy siebie, a więc tworzą się ostre zakola. Piękne esy, floresy i mini zatoki, jeszcze zagłębienia uwidaczniające korzenie olch, wierzb i lip, a i dąb musi uznać siłę nurtu potoku. Czasem więc, zawieje wiatr i słychać trzask ich upadków. Dalej nurt pieniąc się i wybrzuszając po kamieniach, które sam odkrywał, płynie i wpada do wioski, a w niej rwie pomiędzy domami, sadami i ogrodami. Często kiedy po deszczach wody przybiorą na sile, to czynią niezłe spustoszenia w obejściach i domach. Czemu ludzie jednak budują domy nad rzekami? A zwłaszcza nad potokami górskimi? Pewnie głupota, pycha, chciwość i naprawdę podszepty diabła ich do tego pchają. Dlatego ich narzekania na podtopienia coroczne są nieuzasadnione. A nim taki potok, czy rzeczka górska wpadnie do Wisły, Soły, Skawy, Sanu czy Wieprza, to w miarę spokojnie często popędzi doliną pełną pól i łąk,stając się miejscem ujęcia wody dla wodociągów, fabryk napojów gazowanych.

Potok płynie i tworzy się już miliony lat, ale było tak, że było zlodowacenie i niejaka morena czołowa lub tam inny naturalny buldożer szedł od północy i rzeźbił też ziemię w i przy potoku, a kiedy sobie poszedł, powodowany z powrotem wracającym do normy umiarkowanej klimatem, to pozostały wyżyny, wąwozy i głazy. Jak takim głazem przeorało w poprzek nurtu takiej górskiej rzeczki, to powstał jar lub wąwóz, a w naszym przypadku chodzi o "Wąwóz Collorado", nazwany tak przez bohaterów naszego opowiadania na cześć słynnej piosenki zespołu "Lombard", która to pieśń rozrywkowa, w latach osiemdziesiątych dwudziestego stulecia miała swoich fanów.

Wąwóz był pięknym zjawiskiem przyrodniczo-naturalnym. Porośnięty na zboczach krzewami róży, tarniny i maliny zapraszał twórców nalewek na żniwa. Upiększony krzewinkami poziomek w czerwcu przywoływał dzieci wracające ze szkoły i gospodynie domowe. Jeszcze rosły na jego zboczach wierzbownice, żywokosty i mimozy, czyli nawłocie, a więc czasem przywędrowali tutaj zakochani nastolatkowie na konsumpcję miłości, czy tylko zwyczajnej chęci zwanej potrzebą chwili, koniecznością wejścia w świat dorosłych w sposób właściwy, czyli przez zbieranie doświadczeń i danie upustu życiu nim zostanie tylko ustatkowaniem i związkiem potwierdzonym przysięgą sakramentu. Czy to tak było, czy to tak nie było potem, to mniejsza oto, ale fakt faktem, że wąwóz w sobotę i w niedzielę wypełniał się mężami. Uczynili sobie z niego klub wesołego wina, wesołej nalewki, wesołej wódeczki, radosnej skrzynki piwa. Oczywiście praca była na zmiany, więc frekwencja gościła w wąwozie od poniedziałku do piątku również. Jednak oni specyficznie rozumieli małżeństwo, a więc płodzili dzieci i oddawali wypłatę żonie, a premię wykorzystywali na kultywowanie dozgonnych męskich przyjaźni od przedszkola. Wąwóz więc kwitł gwarem ludzkich głosów, często podniesionych, często oburzonych, często zapowiadających bitkę, a potem przeprosiny i w związku z tym trzeba było ponownie się napić. Pito na zdrowie i tłuczono szkło. Rozmawiano o bieżących wiejskich nowinach - komu się co urodziło i z kim, spierali się o Górnika Zabrze i Legię, czemu ci co kradną mają lepiej w życiu co piją, o wszelkie zatargi wiejskie, o słynne miedze i płoty, rozmawiali i nie wiedzieli czemu się tak żrą o wszystko, czemu wciąż modlą się o plagi na sąsiada, czemu chodzą do kościoła, a ich życie nie ma nic wspólnego ze zgodą, a dopiero żywioł zmuszał ich do (czasowego) porzucenia toporków i współdziałania. Tam był swoista enklawa tego chocholego tańca, który trwał nie posuwając spraw naprzód.

Każdy z nich nosił szpicmiano, czyli przezwisko, przydomek. Brały się one chyba stąd, że dzieci rodziło się dużo,a nazwiska były często takie same, bo we wsi w zasadzie mieszkały klany rodzinne i były usadowione w placach, a więc na terenie dwóch trzech ulic. Szpicmiana były więc koniecznością, aby wiedzieć kto jest kto, o kim mowa. W wąwozie więc królowali po świty poniedziałkowe mężowie z rodów Czechów i Jaksów: Ciultrąba, Feniks, Zacior, Bidun, Papetek, Wiejek, Janosek, Kiszka, Poltroll, Basior syn Nieumytej, czy jeszcze Zajawka wnuk Rocha. Był też i oczywiście Rimpocze.

Siedzieli sobie i spożywali na zboczu, często, a nawet przeważnie paląc ognisko i piekąc kiełbaski, czy ziemniaki. Gdy było deszczowo nie rezygnowali, a chowali się przed deszczem w piwnicach, które mieli wyfedrowane w ziemi, w których trzymali ziemiopłody, a nawet wędzone mięso. Pewnego dnia Rimpocze ni z gruszki, ni wiedziony modlitwą lub opętaniem, przyniósł cały rondel sznycli, które były smaczne i podchodziły do akurat spożywanej, jak zwykle w ogromnych ilościach czystej. Chwalili wszyscy Rimpocze i pytali skąd taka na? A, że jelonka złapał na wnyki, odpowiadał im dumny i prymujący, na wpół ślepy rencista. Basior wprawdzie przez sekundę pomyślał - jak ten ślepak na jelonka zasadził się w lesie? Jak tam weszedł? Ale uspokoił sam siebie tym, że powszechnie mówili we wsi, że ta jego ociemniałość, to ściema przy pomocy górniczych łapówek, albowiem Rimpocze wcześniej dojeżdżał na kopalnię jak prawie wszyscy. Fakt trochę nie widział po tym jak kiedyś zaniosło go na melinę do Fiszbina i Kukła, i tam spożyli ponoć paliwo do odrzutowców nie wiadomego pochodzenia. Potem ludzie mówili, że Fakir brat Kukieła przywiózł je w dodatkowym baku Tira z bazy w Rammstein, ale pewnie najprawdopodobniej Fiszbina szwagier zakosił metanol w robocie. Rimpocze miał szczęście wtedy, bo tamci umarli na miejscu, a on przeżył.

Kotlety z jelonków stały się przebojem kulinarnym, legendą wąwozu. Piwa ,wódki, wina, nalewek, a nawet bimbru nie brakowało, tylko Szajer był dziwny i nie rezygnował z wody brzozowej i autowidolu. Doprowadzał wszystkich do szału, kiedy przez chleb kilkakrotnie przesączał denaturat i nawoływał ich, aby przeszli na stronę jego cudownej alchemii, co kolor jagód odwołuje,a czystość spirytusu powołuje. A potem, gdzieś w okolicy 22 lipca nagle umarł Kućka i wszyscy poszli dwa i pół kilometra w górę wsi do kościoła i potem po mszy odprowadzali trumnę na pogrzeb. Poltroll usłyszał stojąc przed kościołem, jak baba skarżyła się babie, że jej też zaginął Bernardyn.

Dobry żart tynfa wart powiadają. A tym żartem z kolegów Rimpocze przeszedł do legendy wsi i stał się treścią wieści gminnej już w kolejnym pokoleniu. Oni go nie przekreślili. Nic się nie stało dalej razem pili. Dalej pili bardzo dużo, a w poniedziałek kobiety z małymi dziećmi nie mogły dostać się do lekarza, bo poczekalnię doktora szczelnie wypełniali górnicy szczególnie. Potem, gdy przyszło do wcześniejszej emerytury, to okazało się, że wielu z nich ma kilka lat do odpracowania. Tak powstał jeden z najpiękniejszych domów mieszkalnych w powiecie, który wybudował pewien lekarz z sercem. Kiedy dziadek z wnuczkiem przejeżdża dzisiaj koło niego, to mówi - wnusiu, to jest tak zwany DOM GÓRNIKA, a wiąże z nim się piękna opowieść.

A nasi bohaterowie? Jak potoczyły się ich losy w latach dziewięćdziesiątych tamtego stulecia? Prawie w stu procentach wszyscy umarli. Wątroba jednak po pewnym czasie przestaje się odradzać, serca nie wytrzymują pompowania alkoholu i nie tak dużo,więc i żyłki pękały. Place wokół wąwozu Collorado stały się placami wdów. A Rimpocze przeżył. Ma już z dziewięćdziesiąt lat i jest żywą legendą po czasach bardzo romantycznych, bardzo swobodnych, bardzo nieśpiesznych, kiedy to było pięknie, skromnie i przede wszystkim wesoło.

fyrfle Mirek
 16 maja 2019 roku, godz. 10:20

Też mnie urzekła :)

Lola Lola Mika
 14 maja 2019 roku, godz. 17:45

Ciekawa historia, warta przeczytania :)