15 grudnia 2021 roku, godz. 11:24 6,3°C

WIGILIA ROKU 1989.

Popołudnie. Siedział na swojej pryczy po obiedzie. Wybór. Zostać tu i dzielić się opłatkiem z marynarzami, którzy za nim nie przepadają. Zwłaszcza z marynarzami obsługi stałej, z których jeden szczególnie - Hanys, mówił mu jak go nienawidzi. Miał nadzieję. Modlił się, że ten typowy kopalniok pojedzie w cholerę. Dostanie urlop. Ale został pierun.

Miał przepustkę stałą. Wyborem była kolacja wigilijna dla przyjaciół organizowana przez szefostwo i pracowników jednego lokalu, nie na tym głównym deptaku z Neptunem w Gdańsku, tylko tej równoległej, z tyłu, za głównymi kamienicami. Tam było dużo przytulnych knajpek. Jedną z nich sobie upodobał i 2-3 razy w tygodniu tam bywał. Zaprzyjaźnił się z włascicielami i obsługą oraz kilkoma stałymi bywalcami.

Wybrał. Ubrał mundur wyjściowy i pokuśtykał na przystanek SKM. Przyszedł. Byli przeszczęsliwi jego obecnością. Dawali mu prezenty. Przepraszał, że nie ma dla nich nic. To było nieważne, pocieszali go. Był im sam w sobie, prawie jak ten Nowonarodzony.
Z głośników, z których codziennie wydobywała się smooth jazzowa muzyka albo psychodelia Pink Floyd lub Dead Cane Dance, wyjątkowo płynęły najpiękniejsze polskie kolędy

Opłatek. Życzenia. Płacze. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. W nich wielka niepewność jutra. Dwanaście, to było samych dań z ryb. I nietypowo. Wielkie święto. Wielka radość. Szampan zatem. Potem, mimo ryb, czrwona wytrawna Rioja. Śpiewanie kolęd. Spotkali się ludzie, którzy znali przynajmniej trzy zwrotki kilkudziesięciu polskich kolęd.

marka piotr
 15 grudnia 2021 roku, godz. 22:33

Ciekawa opowieść.

fyrfle Mirek  16 grudnia 2021 roku, godz. 9:03

Dziękuję. Pozdrawiam serdecznie.