6 września 2021 roku, godz. 8:28 13,8°C

KRONIKI RODZINNE - MAMA I TATA

Pewnie gdyby nie wybuch drugiej wojny światowej,czyli,gdyby nie nastąpi tragiczny polski wrzesień roku tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego, to wątpię, moi rodzice spotkali się. Choć dla nich wojna nie była, jak oboje opowiadali, końcem ich świata. Zawsze podkreślali w swoich opowieściach ogromną biedę i wszelkie zacofanie, jakimi była dotknięta sanacyjna II Rzeczypospolita. Brud, choroby i brak dostępu do lekarzy, więc wciąż dosłownie leczenie czarami. Głód ziemi na wsi dotkniętej bezrobociem i często dosłownym głodem,bo ziemia nie mogła wyżywić wielodzietnych rodzin. Straszliwe rozwarstwienie społeczne i wiele podziałów, a przede wszystkim podział na rasę panów i resztę. Choć wkrótce rasa panów też zaznała czym jest życie w świadomości niższości i bycia pogardzonym. Nomen omen są tacy,którzy twierdzą, że taka, a nie inna polityka ówczesnych władz i jeszcze kilkaset lat wstecz, doprowadziła do krwawej niedzieli na Wołyniu i tamtego nieludzkiego, choć przecież ludobójstwa na Polakach.

Tata urodził się w 1925 roku w Szynkielowie, w województwie dzisiejszym łódzkim. Szynkielów był o kilkanaście kilometrów od Wielunia, więc Tata, Ciocia i Dziadek podkreślali zawsze, że owej w zasadzie nocy słyszeli wybuchy w Wieluniu i że było to coś strasznego. Czy miał iść tego dnia do szkoły, nie wiem. Szkoła była chyba siedmioletnia, więc przypuszczam, że na majętność moich dziadków, to kolejne szczeble nauki były nawet poza zasięgiem marzeń. Za to wkroczyli dumni Niemcy. Zawsze wyglądało to tak, że na początku jechały te motocykle na trzech kołach z przyczepkami. Gdzieś się ulokowali i przystępowali do działań. Piąta kolumna to fakt, więc przywieźli ze sobą pełne dane o polskiej inteligencji i artystach, gospodarce i kto dla tej gospodarki ważny. Mieli też i takie dane, że mama mojego taty była Niemką, więc wezwali ją szybko i kazali podpisać volkslistę. Nie było większej Polki niestety od tej Marii i oczywiście nie zgodziła się, więc Niemcy ukarali ją, każąc synowi natychmiast się spakować i wywieźli mojego wówczas czternastoletniego tatę do dzisiejszej wschodniej części Niemiec na roboty do , jak to mówił tata baora. Tam pracował w gospodarstwie rolnym sześć lat. Nigdy słowem nam o tamtym czasie nie opowiedział. Umiał blank po niemiecku, ale nigdy, do końca życia nie wypowiedział słowa po niemiecku. Kiedy mojemu starszemu rodzeństwu, niektórym, odbiło i w latach osiemdziesiątych tamtego stulecia, zaczęli starania o czerwony paszport, na podstawie pochodzenia babci, to wpadł w furię i jednocześnie tragiczny smutek. Słowem nie powiedział, gdzie odbywał roboty i zniszczył wszystkie dokumenty. Uznał, to postępowanie dzieci za zdradę ojca i Polski. Potem nie przystąpił też do niemieckiego programu ochłapów za sześć lat niewoli. Oni wtedy wypłacili niewolonym Polakom po parę marek, za często sześć lat pozbawienia wolności, ciężkich robót i pogardy.

Mama urodziła się w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym siódmym pod Lublinem w Ćmiłowie. Do wojny ukończyła pięć klas szkoły podstawowej. Wrzesień przerwał jej marzenia o wyuczeniu się na nauczycielkę. Zresztą złudne marzenia, bo ludzi ze wsi, nawet majętnych chłopów, stać było na wykształcenie tylko jednego potomstwa i zawsze był to potomek męski. Taki był wtedy "klimat". O wojnie mamy wielokrotnie pisałem, jak ukrywał ich tata w specjalnie wykopanej ziemiance. Ukrywał ich przed zbydlęceniem polskich, ukraińskich i żydowskich partyzantów. Gorzki to paradoks, ale żadna kobieta,ani podlotka w ich wsi, przez pięć lat stacjonowania Niemców nie doznała krzywdy jakiejkolwiek od jakiegokolwiek niemieckiego żołnierza.

Skończyła się wojna. Tata wrócił z Niemiec, Mama stanęła przed dylematem co dalej. Łódzkie i Lubelszczyzna była nadal skrajnie biedne. Szybko podjęli decyzję, że wstępują do organizacji Służba Polsce i oboje znaleźli się w Kowarach. Nie wiem, co tam robiła mama, ale tata był strażnikiem w kopalni uranu w Kowarach. Tam się poznali i pobrali. Mieszkali u brata taty i bratowej w Kostrzycy. Wiem, że mamie mieszkanie na kupie nie odpowiadało, więc pracowała nad tatą i w końcu wyjechali do budującej się kopalni miedzi Rudna. Pomogło przy skłonieniu taty do wyjazdu takie zdarzenie, że z nudów strzelali w jakimś zbiorniku przy kopalni do ryb wygrzewających się pod powierzchnią wody i nastąpił rykoszet, który ranił kolegę strażnika. Jeszcze w Kowarach urodził się mój najstarszy brat. Ostatni z nas urodzi się 19 lat później. W tamtym okresie tata wstępuje do PZPR i będzie gorliwie w niej działał, aż nie zostanie z niej wyrzucony za naiwność, czyli uczciwość.

Tata pracuje w Rudnej. Mama rodzi i wychowuje kolejne dzieci. Jest jej skrajnie trudno. Mieszkają kątem u różnych ludzi w różnych wsiach zagłębia miedziowego. Taty kariera partyjna się rozwija,ale jest w nim sprzeczność, bo wpuszcza do domu księdza po kolędzie.To nie umyka UB i władzom partyjnym. Dostaje ostrzeżenie, ale na zachętę propozycję kariery partyjnej. Szkół i szkoły w samej Moskwie. Mama jest przerażona wizją jego nieobecności. Kochają się.Tata zostaje i na dodatek chrzczą dzieci i biorą kościelny ślub. Nie zostają wyrzuceni na bruk, ale partia załatwia im ciężarówkę i zostają wywiezieni do Sławięcic. Dzisiaj to dzielnica Kędzierzyna - Koźla. Ojciec będzie pracował w PGR. Tata jest skrajnie uczciwy i obojgu trudno jest mieszkać z Niemcami. Tamtejsza ludność mówi po niemiecku i zwraca się do mamy po niemiecku. Mama, która mieszkała w smogu i zapach z Majdanka nie umie powstrzymać się przed nienawistnymi komentarzami i przeprowadzają się do Ujazdu, a ostatecznie do Pawłowic obok Namysłowa, gdzie są już tylko Polacy. Pracuje w PGR tata i cały czas prześladuje go mankament uczciwości. Mieszkańcy poniemieckiego pałacu nie mogą zdzierżyć, że swoje zwierzęta utrzymuje ze swojej działki, kupuje pasze, chodzi na nieużytki kosić pokrzywy. Wspomina o procederze pracowników PGR egzekutywie PZPR. Nazajutrz w jego komórce znajdzie milicja kilka worków zboża i paszy. Jest jeszcze jeden problem, może tragiczniejszy, po jednym z kolejnych porodów mama nie wytrzymuje i zaczyna pić.

Tym razem wywożą ich kilkanaście kilometrów dalej do lasu, gdzie w wielkiej polskiej już leśniczówce mieszka emerytowany lub raczej wyautowany przedwojenny leśniczy. Bez prądu, bez wody, ale na ropie naftowej. Pokłady są jednak zbyt małe, aby je eksploatować. Tylko woda jest zanieczyszczona ropą, stąd gmina dowozi im wodę beczkowozem. Po kilku latach lasy państwowe dadzą im dom kilometr na zachód, już po stronie przedwojennej granicy niemieckiej. To był dom po niemieckich robotnikach leśnych. Jeden pokój, kuchnia, sławojka na polu, tam dworze, przy zbiorniku na obornik. Zamieszkują tam z nami siedmiorgiem.

Od kilku lat małżeństwo ich jest ziemią tragiczną. Alkoholizm mamy nigdy nie będzie zrozumiany i przyjęty przez tatę. Dochodzi i będzie dochodziło do dantejskich scen, które kiedyś podjąłem w jednym z opowiadań około wielkanocnych bodajże. Oszczędzę sobie tego, co działo się na szklarce i ich dalszego wspólnego życia. Alkoholizm jest jak bakcyl. Zniszczył część mojego rodzeństwa, a siostrę zabił. Tak zdeterminował okrutnie nasze życie. Ale zawsze z ciepłem i radością wspominam chwile, kiedy mama była trzeźwa. Wtedy była najwspanialszą mamą. Do taty miałem dystans. Nie był często uczuciowy,ale wymagał pracowitości i uczciwości. Zaraził mnie uczciwością, pracowitością też, choć nie podzielał tego, że ja zarobione pieniądze chciałem wydawać na kino, koncerty, teatr, operę, bilety na mecze Śląska Wrocław i książki oraz płyty i kasety, no i mnóstwo gazet i tygodników. Humanizmem zaraziła mnie bardziej mama, ale to już wielokrotnie opisywałem - te noce spędzone z nią na rozmowach, słuchaniu radia, dyskusjach o muzyce, każdej muzyce, o przeczytanych książkach i aż dziw, że w żaden sposób nie przełożyło się to we mnie na jakąkolwiek chęć do edukacji szkolnej.

Tata zmarł w 1996 roku na raka płuc. Przeżył jako jedyny o kilkadziesiąt lat swoich kolegów z kopalni uranu w Kowarach, którzy umarli na nowotwory i chorobę popromienną. Mama przeżyła go o 26 lat i zmarła pod koniec lutego ubiegłego roku w wieku 94 lat. Czciłem i czczę i będę czcił ich pamięć. Nie mam o nic pretensji. Tak miało być i tyle. Niczego nie żałuję. Mimo wszystko dałem i daję radę, na podstawie tej miłości, którą od nich dostałem. Szkoda, że dopiero tak późno pojąłem, że tak ważna jest ich historia, bo bym ich wypytał o ich życie świadomie i zapamiętał, i pewnie zapisał wszystko.

Victoria Angel
 6 września 2021 roku, godz. 13:53

Mam troszkę podobną historię o swoim dziadku. Żałuję, że nie byłam w stanie dziejów z życia mojego dziadka opisać, bo zmarł kiedy ja byłam jeszcze dzieckiem. Pozdrawiam. :-)

fyrfle Mirek  6 września 2021 roku, godz. 20:22

Pozdrawiam serdecznie.