18 lutego 2021 roku, godz. 8:50

KURORT

Nie moja wina! Nie moja wina. Ani mała, ani wielka, bo żadna moja wina. Skoro mnie chcieliście rodzice, to mnie macie, ja tylko chcę mieć i być poza wszelkie granice wolności. Nie moja wina, ale Twoja się stała, jakim mnie ulepiłeś, to takim mnie masz, a ja wciąż aspiruje, do pięknego i jeszcze nowszego gnam, aż w końcu jestem nim i patrzcie na mnie, podziwiajcie, bierzcie przykład, naśladujcie, to ja mówię wam jak i kogo i czego już nie ma, bo nie o życie idzie wolności, tylko jeszcze raz podkreślę, aby młode było piękniejszym niż młodość.

Było się, się uczyłem i mam oraz jeszcze więcej mieć będę i jeszcze zauważalnym bardziej będę. Dlatego raz na kwartał muszę w kurorcie być, gdzie jedziemy wszyscy piękni młodzi po styl, po przeżywanie chwil ze sobą, niosąc kaganek albo najlepiej od razu podeptać wszystko niepostępowe. Podeptać w tańcu, podeptać w bójce, alkoholowym chwiejnym krokiem i na główny szlak wybierzemy się na wozach ciągniętych przez konie padające przed nami na kolana, bo wspieramy małe rodzinne biznesy, więc mamy ze sobą pół plecaka kamieni na zielonego, który przy wodospadzie wieszcza Żyda Polaka chce dać mu pić i żryć. Kto pierwszy podniesie kamień, ten zwycięża, a my jesteśmy zwycięzcami, wiadomo kto odpada, choćby pod gradem kamieni, bo piękna nasza.

Dziś w środę szybko o świcie weszedłem pod krzyż, a wierzcie mi, kiedyś zalśni tam tęcza. Potem wypalanie kurzych łapek w kącikach oczu młodych pięknych o nieukończonym, jeszcze trzecim krzyżyku. I zaraz morsowanie w sztucznej komorze, a popołudniem już późnym tlenienie włosów i jestem aniołem. Biała skóra, bielsze od białego zęby, uśmiech nimi zwycięzcy, złote włosy, idealnie gładka kibić, o której Kleopatra nawet nie śniła. I oscypki i oscypki. I bryndza i bunc. Nie mów mi matko i siostro, że zimą nie ma nigdzie takich serów. Byłem widziałem, a pani Lodzi z trzydziestego szóstego straganu mi to potwierdziła, taka uczynna, taka miła, a góralki nie kłamią, co najwyżej prorokują. I dżemy i miody mają prawdziwsze niż pszczołom mogło się umarzyć.

Pojedzony jestem, szczęśliwy jestem, gaździna specjalnie dla mnie dzisiaj kolacje zrobiła i jej córka Marysia była miła, wpatrzona, ach jaką ona miłą mi była. Potem wspólnie, jak rodzinnie obejrzeliśmy "Fakty" i ubraliśmy po nich się ciepło, a do plecaków wzięliśmy zdrady artefakty. Pod kożuch gazda wziął jeszcze siekierę, jak powiedział dla bezpieczeństwa i żeby sprawę doprowadzić do końca gdyby parchy przyszli. I poszliśmy w sile kilkunaścioro rodziny, bo gaździna mówi, że jakby kto co, to jesteście kuzyni. Szliśmy spod wielkiej skoczni do centrum, gdzie pijany niedźwiedź i to skubaniec biały, jak polarny, wiedzie na pokuszenie. Przyszło razem kilkuset, a prowadził nas przyjazny nasz radiowóz, a w radiowozie policjanci miny mieli niepodobne do prawa. Jestem jednak pewien, że byli niebiescy i po właściwej stronie. Unieśliśmy wysoko tektury przewieszone wpierwej na szyjach. Unieśliśmy wysoko dykty zatknięte na sztylach od mioteł. Unieśliśmy wysoko pochodnie wolności. Wznieśliśmy wysoko na pikach race, skrzyły słusznością krzyku. A krzyk wydzierał się z naszych gardeł prosty, zwalaający z posad świat, był pegazem unoszącym człowieka na miejsce, w którym niesłusznie podsiadł go Bóg. To człowiek Go stworzył i nadał imię, a on tak szybko o tym zapomniał i kazał się modlić, choć przecież jesteśmy piękni i młodzi, a swoją niedołężność sami pozamiatamy w kąt albo zastrzykiem. Ha! Więc wzbierał w nas ryk - uwolnić macice, wolność dla wolności, precz z fasolkami, precz z czarnymi pedofilami, bo nasze są nasze i trzeba im zrozumienia, winniśmy im współczucie i adopcje. Ale najważniejsze są dudki gazdom i gaździnom, a z nich, przez nie dobra zabawa ceprów do krwi i ekskrementów na głównym deptaku, a święty nieświętym, obrońca czarnych pedofili jeden, że też go ten wtedy nie zaciukoł.

Doszliśmy śpiewając, wznosząc, żądając słusznie do kościoła pod wezwaniem Serca Syna Tego Który Uzurpuje sobie być Ojcem i Stwórcą nas, którzyśmy tacy doskonali, tacy idealni i jeszcze potrafimy w nieskończoność naprawiać i przesuwać granice piękna i młodości i wiadomo nie poprzestaniemy. Nieśmiertelność, to tylko pierwszy etap nieskończoności naszych możliwości. A wierni zacofani popiołem zasypani wychodzili oczadzeni z kościoła, a widząc nasz tryumf wrócili się i z proboszczem ciągnęli sznury, a dzwony poczęły zagłuszać nasz radosny zwycięski rewolucyjny krzyk rewolucji. Wznieśliśmy wszystkie nasze dykty, tektury, kije i flagi sześciokolorowe i zagrzmieliśmy - Boże coś Polskę, Ojczyznę wolną racz wrócić! Potem Kobiety skandowały - premier! A mężczyźni odpowiadali - Ukrzyżuj! A dalej gaździny krzyczały - Adrian! Adrian! Adrian! i panowie im chórem odpowiadali - Na stos! Na stos! Na stos! Wreszcie nieletnie nie dziewice i te, co już po zabiegu wynikającego z prawa do "Ronda Praw Kobiet" wydzierał ból z wolnych gardeł - Kaczor! Kaczor! Kaczor! A my młodzi odkrzykiwaliśmy - Morderca! Morderca! Morderca! A potem one znowu skandowały to plugastwo, a my odpowiadaliśmy - Tyran! Tyran! Tyran! A dzwony dzwoniły, a ciemnogród uklęknął i ukradł na pieśń "Boże coś Polskę", a potem jeszcze niewolnicy Watykanu Różaniec zaczęli mówić pod klechy przewodnictwem, więc wybrzmieliśmy im - chodźcie z nami! Chodźcie z nami! Chodźcie z nami. Durne stare baby i młode nawiedzeńce nie poszły, za to kilkanaście radiowozów przyjechało.

Doszliśmy do końca manifestacji przeciwko rządowej antywolnoścowej mafii i powoli niby zaczęliśmy się rozchodzić, co oczywiście było nieprawdą, bo mieliśmy świetny konspiracyjny plan. Swoim ścieżkami doszliśmy każdy z osobna pod Górę Samobójców w centrum kurortu i tam najhardzi z z volvolksklanu ułożyli wielki naprawdę stos. Odczekaliśmy pół godziny aż wszyscy się zejdziemy partyzanci wolności w ojczyźnie okupowanej przez kaczogród i wielki wolnośćkrator pochodnią tęczową odpalił od od świecy, której światło zostało zakorbione ze światła pokoju harcerzom. Odpalił i podpalił stos kaczokuwety. Potem paliliśmy namalowane przez nas portrety i lalki szmacianki i plastikowe, symbolizujące prezydenta, premiera, ministrów, marszałka i panią prezes. Tryumfowaliśmy.

Zasiałeś wujku trochę mądrego niepokoju we mnie. Bo co jak to wszystko, to tylko widowisko było, jak kulig, aby z nas głupich Ceprów wyżydzić dudki? Co jak to wszystko, to miraż, jak to echo wyśpiewywane przez Andrzeja Zielińskiego w piosence Skaldów, co to odpowiada, bo mu płacą.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.